„Oh, life is bitter-sweet, once you laugh and then twice you weep.”

Nie ma to jak przypomnieć sobie o blogu miesiąc po dodaniu ostatniej notki. :)

Blog nie został zawieszony, spokojna głowa. Po prostu autorka wpisów miała dużo spraw do pozałatwiania w ciągu ubiegłego miesiąca i nawet nie miała czasu, żeby przysiąść przy jakimś godnym polecenia filmie. Mimo to, obiecuję, niedługo pojawi się wpis. Już rozmyślam. :)

Trzymajcie się wszyscy.

Ciekawość prowadzi do mądrości.

   Miałam w przerwie między zajęciami obejrzeć coś odprężającego, ale nie do końca mi się udało zrealizować ten plan. Dlatego pomyślałam, że opiszę tu film, który obejrzałam wczoraj wieczorem. Przygotujcie się na magiczne dwie godziny, które gwarantuje dramat historyczny pt. „Medicus”.

medicus   Słowem wstępu wypadałoby wspomnieć, że film jest (oczywiście, bo jak inaczej…) oparty na powieści. Autorem dzieła o tym samym tytule jest niemiecki pisarz Noah Gordon. Za produkcję ekranizacji wzięli się reżyser Philipp Stölzl i scenarzysta Jan Berger. Chociaż światowa premiera filmu miała miejsce 25 grudnia ubiegłego roku, my musieliśmy czekać aż do kwietnia. Mimo wszystko, warto było.

   Akcja filmu ma miejsce w jedenastowiecznej Anglii. Mały chłopiec o imieniu Rob, przybity śmiercią matki, prosi wędrownego znachora o szansę poznania sztuki medycznej. Przynajmniej na tyle, na ile zna ją ów balwierz. Mężczyzna tłumaczy chłopcu, że choroby, na którą zmarła jego matka, nie da się wyleczyć. Początkowo jest niechętny, by Rob z nim wędrował, ale w końcu go przygarnia. Mijają lata, a chłopiec rośnie ucząc się od balwierza podstaw medycyny, lecz nadal nurtuje go chęć zrozumienia bocznej choroby. Kiedy wychowujący go mężczyzna traci wzrok, panowie udają się do „specjalisty”, jedynego w okolicy, który umie balwierza wyleczyć. Rob zainteresowany takim cudem dowiaduje się, że taką wiedzę może posiąść jedynie pod okiem sławnego lekarza perskich królów Ibn Siny. Chłopak opuszcza Anglię, rozpoczyna długą, trudną i pełną wyrzeczeń drogę do poznania tajników medycyny.

medicus2   Jak na mój gust film jest genialny. Jasne, pełno w nim przymrużeń oka do prawd historycznych w momentach niewygodnych dla fabuły. Można się też przyczepić, że wiele szczegółów bardzo różni film od książki. Ale wiecie co? Mam to gdzieś. Dawno już nie widziałam tak wciągającego filmu. Dawno już nie oglądałam filmu, który tak skutecznie i konsekwentnie zabraniał mi odwrócić wzrok od ekranu. Nie jestem fanką historii, a tym bardziej średniowiecza, poza tym, zniechęcały mnie licznie pojawiające się wątki religijne. To wszystko przestaje być ważne, kiedy razem z Tomem Payne’m w roli Roba odkrywamy sekrety medycyny i z każdą chwilą chcemy wiedzieć więcej. Klimatem „Medicus” trochę przypominał mi „Pachnidło”, ale mogę śmiało powiedzieć, że jest mniej obrzydliwy.

   „Medicus” to jeden z takich filmów, o których chce się pisać i chce się dyskutować. Naprawdę szczerze go polecam. Teraz już kończę, ale serdecznie zapraszam do komentowania i wyczekiwania na kolejny wpis, który (mam nadzieję) będzie opowiadał o czymś równie ciekawym. A teraz pytanie: jak zabić pozostałe dwie godziny do zajęć?

„Still I call it magic when I’m with you.”

    Trochę mnie tu nie było, ale miałam naprawdę ciężki tydzień. Bardzo dużo zaliczeń to wiele godzin nauki, co wypruwało mi żyły na tyle, że jedyne, co chciałam robić to położyć się i pozwolić sobie wyspać się przed porannym wstawaniem. Plus jest taki, że utkwiło mi w głowie parę piosenek, ponieważ nie umiem uczyć się bez muzyki. Jedną z nich jest „Magic” zespołu Coldplay, która to od jakiegoś już czasu promuje ich najnowszą płytę.

GS   Coldplay lubiłam zawsze, jedne albumy mniej, inne bardziej. Dziś premierę ma „Ghost Stories”, ich szósty już krążek. Zaintrygował mnie on jak mało który, odkąd tylko usłyszałam pierwsze nuty „Magic”. Jak na razie tylko w ten utwór zdążyłam się wsłuchać, bo po raz pierwszy usłyszałam go już jakiś czas temu. Reszta jest na chwilę obecną bardzo świeża, ale nie jestem rozczarowana. Najbardziej chciałabym pochwalić to, co uwielbiam w płytach muzycznych – przenikanie jednej piosenki w drugą. Między innymi dzięki temu całość jest naprawdę spójna, a przez prostotę wyjątkowo konsekwentna. Zespół nie nudzi tym samym bitem przez dwie godziny, wręcz przeciwnie, album wydaje mi się raczej skromny. Muzycy postanowili na krążku umieścić zaledwie dziewięć utworów, każdy w specyficznym, ciepłym klimacie. Jeśli chodzi właśnie o klimat tego albumu. Wydaje mi się tak bardzo… eteryczny, niemal kruchy. Poza wyjątkiem jakim jest piosenka „A Sky Full of Stars”, wszystkie piosenki są tak cudownie okraszone klimatem, o którym piszę. Jak dla mnie „Ghost Stories” jest miłym, wytęsknionym odetchnieniem po mocno energetycznym poprzedniku „Mylo Xyloto”. Wśród wielu, wielu przemyśleń nad tą płytą dominuje jedno – właśnie takie Coldplay lubię.

GS2   Jest jeszcze jedna ważna sprawa! Muszę jeszcze wspomnieć o wyjątkowo ciekawej oprawie graficznej albumu. Tak jak cała płyta, tak i okładka jest wykonana prosto i skromnie, ale niezwykle ciekawie. Powiem mało obiektywnie, że ostatnio szaleję za wszystkim, co niebiesko-granatowe, więc ta grafika to dla mnie kolejny argument potwierdzający wyższość „Ghost Stories” nad „Mylo Xyloto”. :)

   To tak miłe uczucie, kiedy długo czekało się na album i lekkimi obawami przed głębokim rozczarowaniem, które na szczęście się nie spełniły. Postaram się nie robić już tak długiej przerwy, bo mam teraz więcej czasu na pisanie i oglądanie filmów. Może dziś urządzę sobie wieczorny seans?

Mam chęć na Quentina.

Przepraszam, miałam pisać trochę częściej. Tymczasem dopadło mnie przeziębienie i wszystko, na co mam teraz ochotę to spanie. Cóż, odliczałam minuty aż zrobi się ciemno i będę mogła położyć się do łóżka bez najmniejszych wyrzutów sumienia, a tu nagle wpadłam na pomysł zorganizowania sobie podkołderkowego seansu. Na razie wiem, że będzie Tarantino, ale nie zdecydowałam jeszcze czy puścić „Pulp Fiction” po raz n-ty, czy „Kill Bill” po raz drugi. Ooo, a może „Grindhouse”, na który ostatnio wszystkich próbuję namówić?

Co do „Ojca Chrzestnego”, obejrzałam drugą część następnego dnia, ale tak jak fani poczekali kilkanaście lat na trójkę, tak samo ja potrzebuję chwili oddechu. Muszę przyznać, że dwójeczka bardziej mi się podoba, zwłaszcza te sceny, które ukazywały wcześniejsze życie Vita Corleone. No i proszę was! Młody Robert DeNiro! Nie byłabym kobietą, gdybym nie uznała go za wisienkę na torcie.

Cóż, chyba zaraz włączę ten „Grindhouse” i wskakuję pod kołdrę. Oczywiście mówię o „Death Proof” z kaskaderem Mikiem. Kolejny świetny aktor poprzedniego pokolenia. Jednak nie wypada tak tylko wspomnieć o filmie i zakończyć wpis, prawda?grindhouseFilm „Grindhouse: Death Proof” to nie kino dla małych dziewczynek. Ten podzielony na dwie części thriller jest kwintesencją twórczości Quentina Tarantino, a to oznacza dużo krwi, wulgaryzmów i bezpruderyjności. W obu częściach tego filmu kilka dziewcząt próbuje się zabawić, jednak na ich drodze staje niejaki Kaskader Mike, który uwielbia prędkość i zabijanie. Tylko czy zawsze kobiety są bezbronne? Czy za każdym razem sztuczki Mike’a wyjdą mu na dobre? Przetoczy się sporo krwi zanim widz dostanie odpowiedź na te pytania.

Tu nie ma co pisać, tu trzeba oglądać. Dlatego dziękuję za przeczytanie dzisiejszego wpisu i wskakuję już pod tą moją kołderkę, bo pisząc wpis zjadłam już prawie całą kolację przygotowaną na seans. :) Do przeczytania następnym razem!

„Mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia…”

   Urządziłam dzisiaj sobie małe nadrabianie zaległości. Po długim czasie wpajania sobie pomysłu, że muszę kiedyś obejrzeć wszystkie części „Ojca chrzestnego” w końcu nadszedł czas na jego realizację. Co prawda, każda z części jest tak straszliwie długa, że dałam radę obejrzeć tylko pierwszą, ale w niedługiej przyszłości znajdę jeszcze kilka godzin na pozostałe dwie. I nie będę z tym czekać tyle, ile zbierałam się do pierwszego elementu tej sławnej trylogii Francisa Forda Coppoli.

och   Wiem, wiem. „Ojciec chrzestny” to klasyk, może nie powinnam mówić złego słowa o nim, ale muszę przyznać, że mnie nie powalił. Oczywiście to nie tak, że kompletnie mi się nie podobał. Cóż, pierwszy zarzut to fakt, o którym już wspomniałam – zdecydowanie odrzucająca długość. Fragmenty były naprawdę piękne, bardzo wzruszające, ale połowa fabuły była dla mnie kompletnie nie zrozumiała (miejscami nawet NUDNA), ale za to mogę winić tylko swoją pustą głowę. Lubię filmy gangsterskie, więc aż wstyd się przyznać, że mimo starannego wpatrywania się i próby zrozumienia filmu, kiedy pojawiły się napisy, jedyne nazwiska postaci jakie kojarzyłam to Vito i Michael Corleone. Clemenza, McCluskey? A którzy to? Dobrzy? Źli? Czułam się jak kompletna idiotka. Teraz minęło już jakieś pół godziny od zakończenia  seansu i jakoś powoli to wszystko układa się w mojej ciasnej główce. Poza tym wszystkim, ten film naprawdę nie powinien mi się podobać. Raczej szybko denerwuję się jeśli jestem świadkiem choć szczypty szowinizmu, a „Ojciec chrzestny” jest nim wysycony.

  Jeszcze jedna myśl przychodzi mi do głowy. Uwielbiam Ala Pacino i postać Michaela Corleone też mi się na początku bardzo podobała. Teraz uczucia mam mieszane, zupełnie jak po „Człowieku z blizną”. To taka gorycz, albo nawet smutek spowodowany przemianą lubianego bohatera w kogoś złego.

   Cóż, jestem nieco rozczarowana, ale na pewno bardzo zaintrygowana. Trochę żałuję, że tak długo zwlekałam z tak ważnym seansem. Z tego co napisałam może wynikać, że film mi się nie podobał, a tak nie jest. Był naprawdę bardzo fajny i pewnie jutro obejrzę dwie następne części, ale chyba nie takiego przebiegu wydarzeń spodziewałam się po tym filmie. Dam znać jutro, jak zareagowałam na „dwójkę” i „trójkę.”

CDN czy FIN?

      Cóż, zastanawiałam się przez kilka dni nad dalszym losem mojej filiżany. Myślę, że to, co najbardziej mnie zniechęca to deadline, więc postanowiłam je odrzucić. Dlatego już od dzisiaj cup-of-art będzie funkcjonował jak każdy normalny blog. Nie będzie wpisów co sobotę – będą wtedy, kiedy będę miała coś ciekawego do napisania. Mam nadzieję, że uda mi się zorganizować swój czas tak, żeby po każdym obejrzanym filmie (a przynajmniej po znacznej ich większości, bo nie zawsze się da) napiszę swoją szybką, bardziej rzeczową niż do tej pory opinię. Podsumowując, będzie częściej, ale mniej. Taka forma będzie chyba trochę bardziej przystępna, prawda?

Zacznę już dziś. Tak zaintrygowała mnie Abigail Breslin w „Połączeniu”, że postanowiłam obejrzeć jej inny film. Zdecydowałam się na „Bez mojej zgody” z 2009 roku, w którym dziewczyna wystąpiła u boku m.in. Cameron Diaz i Aleca Baldwina. Abigail gra tu kilkunastoletnią dziewczynkę, która została poczęta przez rodziców w celu ratowania swojej starszej siostry chorej na białaczkę. Kiedy rozpoczyna się film, grana przez Breslin nieletnia Anna składa pozew do sądu przeciwko swoim rodzicom, aby uzyskać niezależność medyczną. Film całkiem porządny, ale chyba nie dla każdego. Całkiem ciekawa historia, fajna forma. Lubię filmy, w których końcówka każe inaczej spojrzeć na całość. Dobrze jest wtedy obejrzeć sobie taką historię jeszcze raz, wykreować zupełnie nowe spojrzenie na nią. Na filmwebie oceniłam ten dramat na 7/10, ale akurat ja jestem dość wymagającym widzem, więc do zdecydowanie dobra ocena.

bez mojej zgody     Mój blog nie skończył nawet roku, a tu kolejna zmiana. Cóż, kto szuka nie błądzi, prawda? Wiem tylko tyle, że lubię oglądać filmy i chcę w swoim życiu jak najwięcej pisać. Każdy szuka sobie celu i odpowiedniej do niego drogi, nie widzę nic złego w zmienianiu jej, gdy widzimy, że jest niewłaściwa. Pozdrawiam, do zobaczenia w bliżej nieokreślonej przyszłości.

;)

„This one made it personal.”

    Tydzień temu zaprezentowałam raczej ckliwy film, na pewno pełen wartości, ale dość nudny dla osób poszukujący wrażeń. Ostatnio obejrzałam tak porywający thriller, że nie mogę nawet znaleźć słów by jakoś zgrabnie zacząć dzisiejszy wpis. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się tak samo jak mi, proponuję więc przejść do rzeczy. Zaczynamy rozmyślania nad „Połączeniem”. 1

     Film ten miał premierę ponad rok temu, ale nie pamiętam, żeby był jakoś szczególnie promowany. Scenarzystą „Połączenia” jest Richard D’Ovidio, a reżyserem Brad Anderson, autor m.in. filmu z 2005 roku pt.: „Mechanik”. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Women’s International Film Festival w Regal South Beach 26 lutego 2013. Film okazał się sukcesem komercyjnym, zarobił prawie 60 milionów dolarów pomimo otrzymania mieszanych recenzji. Halle Berry, która grała główną rolę, była nominowana do nagrody Teen Choice Awards dla najlepszej aktorki w kategorii dramatów i najlepszej aktorki na festiwalu BET Awards.

2

    Halle Berry wciela się w postać Jordan Turner, telefonistki odbierającej połączenia alarmowe na numer 911. Na początku filmu odbiera połączenie z niejaką Leah Templeton, która zgłasza włamanie do jej domu. Połączenie to przez drobny błąd Jordan kończy się fatalnym niepowodzeniem. Następnie akcja zostaje przeniesiona do dnia około pół roku później. Jordan nie odbiera już połączeń ze względu na szczególne przeżycia sprzed kilku miesięcy. Zajmuje się wprowadzaniem nowych pracowników do świata, w którym kiedyś ona była jedną z lepszych. Jedna z nowicjuszek na oczach Jordan odbiera telefon, z którym wyraźnie sobie nie radzi, Jordan więc przejmuje słuchawkę. Okazuje się, że nastoletnia Casey została porwana i przerażona dzwoni z bagażnika samochodu. Jej telefon jednak jest na kartę, co uniemożliwia zlokalizowanie dziewczyny. Turner obiecuje sobie, że drugi raz nie popełni tego samego błędu. Nastolatka i telefonistka mają na swojej drodze sporo do przejścia, ale Jordan robi wszystko, by Casey przeżyła tę dramatyczną sytuację.

       Swój podziw zacznę od młodej Abigail Breslin, którą w tym filmie znamy jako Casey. Siedemnastoletnia wtedy dziewczyna świetnie poradziła sobie w tak trudnej roli. W niczym nie ustępowała aktorskiej weterance Halle Berry. Myślę, że tworzyły bardzo dobry duet, choć jest naprawdę niewiele scen, w których występują razem. Również Michael Eklund jest godny zauważenia w roli psychopatycznego oprawcy. Co najbardziej podobało mi się w „Połączeniu” to fakt, że akcja porwała moją uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy. Kiedy zostało ostatnie dziewięć minut filmu akcja została delikatnie „przyciszona”, a ja byłam pewna, że to już koniec, że zostały jakieś same końcowe sceny pokazujące, co wydarzyło się po całej sprawie. Nic takiego! Od tego filmu nie mogłam odwrócić oczu od samych początków do kompletnego końca. Myślę, że osoby spostrzegawcze dojrzą pewne sceny nieścisłości, których nie chcę wymieniać, aby nie psuć nikomu seansu. Są jednak drobne niedociągnięcia w scenariuszu. THE CALL

      Dzisiaj tak szybciutko. Jestem ostatnio kompletnie zablokowana twórczo i każde słowo wychodzi mi z ogromnym trudem. Nie wiem jakie są dalsze losy tego bloga. Naprawdę nie chcę go zawieszać, kończyć ani nic podobnego, ale nie wyobrażam sobie sytuacji w której musiałabym zmuszać się do pisania. Cóż, zostańmy na tym, że za tydzień jeszcze spróbuję. :) Dlatego zapraszam wszystkich serdecznie do komentowania, dajcie mi odrobinę motywacji. Miłego weekendu, moi drodzy.

A.P.

„Chcę wiedzieć, czy o mnie myślał. Tak jak ja każdego dnia myślałam o nim.”

     W tym tygodniu miałam zaskakująco dużo pomysłów na recenzję, a mimo to dość trudno było mi się zdecydować. Miałam wrażenie, że powinnam dzisiaj skupić się na czymś, co będzie niosło za sobą jakiś głębszy sens, jakąś myśl. Z drugiej strony nie chciałam też nadawać dzisiejszemu wpisowi oszukanej wzniosłości. Wybór padł na film, moim zdaniem bardzo ciekawy i oryginalny – ale ja zawsze lubiłam kino brytyjskie, zawarty w nim specyficzny klimat, specyficzny humor. Chociaż ten film potwierdza on regułę, że ostatnio wszystkie filmy powstają na bazie książek, zdecydowałam się o nim napisać. Zobaczmy, komu jeszcze się spodoba „Tajemnica Filomeny”.

KINÓWKI.pl      „Tajemnica Filomeny” to brytyjski dramat wyreżyserowany przez Stephena Frearsa. Scenariusz napisali Jeff Pope i odtwórca głównej męskiej roli – Steve Coogan. Film powstał na podstawie książki Martina Sixsmitha pt.: „Zagubione dziecko Filomeny Lee”. Ekranizacja tej publikacji miała premierę 31 sierpnia 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Dramat brał wtedy udział w Konkursie Głównym. Polska premiera kinowa przypadła na koniec lutego bieżącego roku. Film jest raczej odważny, bardzo łatwo zarzucić mu antykatolickość (co jest bardzo pozorne, ale o tym później). Mimo takiej ogromnej kontrowersji, którą za sobą niesie, został doceniony na niejednej gali nagród filmowych. Ekipa tego dramatu może pochwalić się czterema nominacjami do Oscarów i trzeba do Złotych Globów. Zdecydowanie najbardziej godny wspomnienia jest fakt, że „Tajemnica Filomeny” w Konkursie Głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymała aż dziewięć nagród, m.in. za najlepszy scenariusz.

2      Fabuła tego dramatu jest moim zdaniem nieprawdopodobnie ciekawa. Może nieco ckliwa, może nieco „babska”, ale czasem warto zrobić sobie przerwę od brutalnych filmów Kubrick’a czy Tarantino. Co ciekawe, w zaskakująco dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistą historią życia Filomeny Lee. Kiedy film zaczyna się poznajemy dziennikarza Martina Sixsmitha tuż po utracie pracy w BBC. Niedługo potem zaczepia go młoda kobieta, której matka wiele lat wcześniej straciła syna. Córka Filomeny prosi Sixsmitha o spotkanie z poszkodowaną. Mężczyzna początkowo niechętny, w końcu poznaje panią Lee. Ta opowiada mu jak doszło do jej tragicznego rozstania z synem. Wtedy dowiadujemy się, że chłopiec był dzieckiem nieślubnym. Ojciec samotnie wychowujący nastoletnią wtedy Filomenę, oddał ją pod opiekę siostrom zakonnym. Zakonnice z kolei bardzo mocno karały ją za grzech, którego się dopuściła. Bardzo młoda jeszcze Filomena przeszła ciężki poród, w czasie którego jej syn niemal zmarł – to wszystko oczywiście było początkiem jej pokuty. Aby młoda matka i jej syn Anthony mogli żyć wśród zakonnic, pani Lee musiała sporo przecierpieć. Nic jednak nie przekraczało granic jej wytrzymałości, Fil zrobiłaby wszystko, by być z synem. Jednak pewnego dnia do sióstr z wizytą przyjechali goście ze Stanów, którzy zabrali chłopca ze sobą. Historia wymuszonej adopcji poruszyła serce Martina i postanowił on pomóc starszej pani odnaleźć jej pięćdziesięcioletniego syna. Film przedstawia drogę, którą Martin i Filomena razem przeszli by odnaleźć Anthony’ego, odkrywa tajemnice i grzeszki sióstr zakonnych, a przede wszystkim uczy mieć nadzieję i walczyć mimo przeciwwskazań.

      Filomena Lee zagrana przez Judi Dench jest wyjątkowo ciepłą, uroczą i pocieszną babcią. Myślę, że jest to osoba, która potrafi wybaczać, jest wierna swoim przekonaniom i żyje w zgodzie z sobą i z Bogiem. To naprawdę przyjemne popatrzeć na osoby tak silne i szczęśliwe w życiu zbudowanym na zasadach, które wielu ludzi ma dziś za naiwność. Jej historia jest tak przejmująca, że mam ochotę wszystkim wyśpiewać jak potoczyły się poszukiwania Filomeny i Martina. Na całe szczęście ten film to nie tylko dobra fabuła. Historię dziarskiej Irlandki osadzono w przepięknych sceneriach wśród chłodnych angielskich krajobrazów. Dodatkowo Judi Dench i Steve Coogan stanowią naprawdę zgrabnie dogadującą się parę postaci. Mnie osobiście Steve bardzo przypominał Christophera Waltza, do którego mam spory sentyment. Jednak zdecydowanie największym plusem tego dramatu jest fakt, że mimo przytłaczającej tematyki jest to film niesamowicie relaksujący. Nie oglądamy rzewnej historyjki, czy wyciskacza łez. Nie jest to czysta, chamska gra na emocjach. Poza tym subtelnie zarysowanym, brytyjskim humorem, bardzo ciekawe są kwestie bohaterów. Szczerze mówiąc, mogłabym przytoczyć tu sporo cytatów podpatrzonych z tego starcia dwóch światów, ideologii, dwóch sposobów patrzenia na rzeczywistość. Podoba mi się, że to oskarżanie Kościoła i wytykanie mu jakichkolwiek błędów jest mocno pozorne, bo tak naprawdę w wielu scenach i kwestiach wypowiadanych przez aktorów scenariusz broni katolików i ich religijności. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że film promuje zdrową, szczerą wiarę, co mi osobiście bardzo odpowiada.

philomena

    Cóż, zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu, nie bez powodu przecież powstrzymywałam się od sypania spoilerami, na które miałam ochotę zdanie po zdaniu. Myślę, że warto zapoznać się ze sposobem bycia pani Filomeny, to naprawdę urocza, inspirująca postać. Dziś już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Kto wie, może znowu was zaskoczę jakąś ciekawą muzyką? Teraz już się żegnam i życzę wszystkim ciepłych, spokojnych świąt Wielkiejnocy.

„Czas przemija, pamięć nie.”

    Jakoś powoli brakuje mi natchnień. Dlatego dziś zamiast nad filmem postanowiłam popracować trochę nad muzyką. Myślę, że album, który wybrałam jest jednym z najbardziej wyczekiwanych z polskiego rynku muzycznego. Wiązały się z nim nadzieje i różne oczekiwania. Pewnie każdy, kto czekał na tę płytę wyobrażał ją sobie nieco inaczej. A jaka jest naprawdę solowa płyta Artura Rojka?

      Pan Rojek, były członek zespołów Myslovitz i Lenny Valentino, dziś raczy nas swoim pierwszym solowym projektem. Album zatytułowany „Składam się z ciągłych powtórzeń” miał premierę 4 kwietnia. Od dłuższego czasu promowany jest utworem „Beksa”, który pierwsze miejsce na liście przebojów trójki utrzymywał przez dobre kilka tygodni. Rojek tą płytą (i już od jakiegoś czasu OFF Festiwalem) udowadnia, że nie jest tylko maszynką do robienia dobrych kawałków dla Myslovitz.
    Płyta zaczyna się bardzo osobistym „Latem ’76″. To dobry utwór na rozpoczęcie pierwszego projektu. Myślę, że artysta tu się mocno otwiera, pokazuje swój prywatny świat. Słowa „gdybyś nie zahamował, nie byłoby mnie” wyśpiewane przez mężczyznę, który w wieku kilku lat prawie zginął pod kołami samochodu, mówią same za siebie – album będzie naprawdę osobisty. Ale czy to wszystko jest takie prawdziwe? Szczerze mówiąc, tylko Rojek wie co jest wspomnieniem, a co tworem wyobraźni. Można to przemyśleć podczas dalszych utworów m.in. „Beksy”, czyli wyżej przytoczonego singla. Kawałek ciekawy, ale uważam, że na płycie są inne, bardziej nadające się na promowanie albumu w radiu. „Beksa” jednak dobrze reprezentuje to wszystko, co po części istnieje w pozostałych piosenkach. Podoba mi się przechodzenie między utworami, podoba mi się taka niepolskość tego kawałka. „Beksę” cenię jednak najbardziej za to, że tak ciekawie ukazuje emocje, to dość rzadko spotykane w polskich produkcjach muzycznych ostatnich lat. W następnej piosence, czyli w „Krótkich momentach skupienia” bardziej da się wyczuć nowoczesność, ale nie jest to jeszcze tak irytujące jak mogłoby być. Ten kawałek mimo, że równie kipiący emocjami za sprawą charakterystycznego wokalu Artura Rojka, jest dużo mniej melancholijny. Przynajmniej muzycznie! Tekst, przyznaję, jest dość depresyjny. Numer cztery – „Czas, który pozostał”, chyba najmniej mi przypadł do gustu. Bardzo mocno przypomina mi amerykański rock eksperymentalny. To takie lekko teatralne brzmienie jest dosyć intrygujące, fajnie ubrany ciekawy tekst. Mimo wszystko, jak dla mnie to jest za dużo pomysłów skupionych w jeden numer. Mocno gryzą mi się te wspomniane teatralne granie z nowoczesną muzyką. Następną piosenkę fani poznali już jakiś czas temu. „Kot i pelikan” to nowa aranżacja utworu powstałego lata wcześniej. Niektórzy narzekają, że liczyli na jakieś nowe kawałki, ale przecież to tylko jeden na dziesięć! Moim zdaniem, Rojek podjął dobrą decyzję, dopracował starszą piosenkę i zgrabnie wkomponował ją w całość, która miała przecież być zanurzeniem we wspomieniach i potencjalnej, niespełnionej rzeczywistości. A „Kot i pelikan” to naprawdę porywająca spokojem i prostotą piosenka. Tym razem nie zgodzę się z zarzutami, przykro mi.
    Za to, stworzę własne zarzuty, bo nie rozumiem tego, co wydarzyło się w przypadku utworu „Kokon”. I to zaraz po tak delikatnym kawałku. Bardzo mimimalistyczny tekstowo, a dość mocno oparta na poszukiwaniu pomysłu ciekawej, nowoczesnej muzyki. Cóż, jeśli tak ma brzmieć muzyka w przyszłości, to pragnę dzisiaj umrzeć. Może jeszcze w tekście mogłabym znaleźć coś, co mnie zainteresuje, ale to wszystko. Rojka teksty zawsze mi się podobały, więc nie czuję się jakoś szczególnie zauroczona tym kawałkiem. To na szczęście zamienia się diametralnie przy następnym kawałku – „To, co będzie”. Myślę, że to jeden z lepszych utworów tego albumu. Trochę przypomina mi muzykę z jej lat świetności w Polsce, czyli z lat 90. Tutaj dostałam to, na co czekam zawsze przy przesłuchiwaniu nowej płyty, czyli piosenkę, która wpadnie w ucho i będzie mi brzęczeć w głowie przez tydzień. „To, co będzie” niezaprzeczalnie pobudza i motywuje. Miło dostać tak przyjemny zastrzyk energii z rąk (i ust…) Artura Rojka. Następne są „Syreny”, czy chyba najbardziej radiowy kawałek. To właśnie do tej (i do poprzedniej) piosenki będę wracać. Największe plusy tego utworu to jego jakaś naturalność, ona niesie za sobą głębokie odetchnienie, jak oczekiwana wiosna po zimie poprzednich przesadnie modernistycznych numerów na tej płycie. Jedynie mała wstaweczka elektryczna gdzieś w środku i to echo doklejone do wokalu Rojka, psują odbiór, ale to na tyle mało, że da się przełknąć. Zwrotka następnej piosenki – „Lekkość”, jakoś dziwnie przypomina mi tango, sama nie wiem dlaczego. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona tym utworem, ale to może kwestia czasu, bo w sumie nie widzę powodów, żeby go nie lubić. Pozwolę sobie przejść już do ostatniego kawałka. To krótkie interludium z motywem z utworu pierwszego. Ładne zakończenie całego albumu. Tak jak płynne przejścia między piosenkami, tak samo podobają mi zakończenia podobne do początków. To wszystko tak estetycznie spinają całość i nadają mi na nią apetytu.
  Zdecydowanie płyta Rojka jest bardzo rozbudowana i bogata w inspiracje najróżniejszymi gatunkami muzyki. Myślę, że warto jest zapoznać się z jego albumem, poszerzyć nieco swoje muzyczne horyzonty, bo bezwzględu na to, jakie kto ma – „Składam się z ciągłych powtórzeń” je poszerzy. Dzisiaj już kończę, ale zachęcam do komentowania. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

„Was all this legal? Absolutely not.”

    Jest na świecie stanowczo za dużo rzeczy ważnych, żeby je teraz wymieniać. Oczywiście pozycje na tej liście i ich konfiguracja są różne dla każdego człowieka. Przecież każdy ma inne priorytety, przecież nie każdemu z nas zależy równie mocno na tej samej sprawie. Dziś napiszę o filmie ukazującym życie człowieka, który dobrze wiedział, czego chce. Sięgał tylko to, co było mu do szczęścia potrzebne i szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu, że mu się udało. Trzeba mieć silny charakter, by uparcie dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli droga do nich wiodąca jest pełna zagrożeń zdrowia, życia i wolności. Upraszczając, dziś o „Wilku z Wall Street”.

      Tytuł filmu, o którym dziś piszę na pewno każdemu obił się o ucho. Określane komedią kryminalną ostatnie dzieło reżysera Martina Scorsese zawitało do światowych kin 17 grudnia ubiegłego roku, polacy musieli czekać zaledwie kilkanaście dni dłużej. Zapewne ze względu na wielki prestiż i przypuszczalnie spory budżet, jeszcze przed premierą film był owiany aurą geniuszu. Chociaż był nominowany do 39 nagród, wygrał tylko jedną. Co prawda, nagroda była stuprocentowo zasłużona, bo trafiła do Leonardo DiCaprio, którego gra aktorska jest jednym z mocniejszych punktów. Prawda jest taka, że „Wilk z Wall Street” jest jedną wielką reklamą rozpustnego życia, na którą patrzy się całkiem przyjemnie tylko ze względu na to, że została wykonana bardzo profesjonalnie przy udziale wielu bardzo dobrych fachowców. Problem w tym, że treść sama w sobie nie porywa. Przynajmniej nie porwała mnie.

     Z jednej strony nazywany jest najlepszym filmem ubiegłego roku, z drugiej zaś szufladkowany do kategorii pustych, przesadnie wulgarnych, a nawet nudnych. Niektórzy zarzucają mu (nie wiem, czy mogę to tak nazwać) promowanie związków kazirodczych. Cóż, „Wilk z Wall Street” jest określany biografią niejakiego Jordana Belforta, który prowadzi narrację przez większość filmu. Wręcz oprowadza widza po swoim bogatym życiu chwaląc się nim, zupełnie jakby oprowadzał gościa po swojej nowej posiadłości. Opowieść zaczyna się, kiedy Jordan był raczej skromnym, początkującym brokerem giełdowym, któremu nawet na myśl nie przyszłoby to, co już parę lat później jest dla niego chlebem powszednim. Szybko zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy dzięki swojej niebywałej umiejętności sprzedaży. Niedługo później jego chciwość rośnie, a on sam pozwala sobie zachłysnąć się bogactwem. Rzuca się w świat rozpusty i ze swojej rozwijającej się w oszałamiającym tempie firmy maklerskiej urządza wielki burdel. Kiedy kokaina, morfina i inne perełki z porannego zestawu wspomagaczy przestają dawać mu odpowiedniego kopa, zaczyna brać wycofane ze sprzedaży leki. Muszę przyznać, że film wciąga, chociaż osobiście w czasie seansu głęboko zastanawiałam się jaki element tej wysoko promowanej farsy mi się podoba.

     Bo podobał mi się. Nie mogę powiedzieć, że trafił do gromadki moich ulubionych filmów i szczerze wątpię, że obejrzę go jeszcze raz. Na ogół nie lubię tego, co jest stworzone tylko po to, żeby się wszystkim podobało, ale tym razem zostałam przekupiona. Każda minuta tego filmu jest jak frytka w McDonald’s – niby brzuch pełny, same frytki też nie są szczególnie dobre, ale jakaś dziwna siła każde skubnąć jeszcze jedną, przecież jedna nie zaszkodzi. Nie miałam nic lepszego do roboty to obejrzałam, chociaż jak na taki film „o niczym” to „Wilk z Wall Street” jest zdecydowanie za długi.  Było tylko kilka scen spośród całej fabuły, które jakoś bardziej uchwyciły moje łase na wzruszenia serducho. Jedyną wartością odżywczą tych stu osiemdziesięciu „frytek” był Leonardo DiCaprio. Żałuję, że ten bardzo utalentowany aktor nie zdobył jeszcze Oscara, wierzę, że kiedyś mu się uda, ale cieszę się, że nie wydarzyło się to za sprawą tak przeciętnego filmu. Nie można też zauważyć pozostałych aktorów, bo Matthew McConaughey, Margot Robbie, czy Kyle Chandler również poradzili sobie świetnie, a Jonah Hill, grający Donniego był chyba moją ulubioną postacią. W sumie to wszystko – gra aktorska, muzyka, charakteryzacja i kostiumy, scenografia itd. – naprawdę wszystko jest wprost genialne, na pierwszy rzut oka zachwycające. Jedyne, czego brakuje to jakiś sensowny wniosek. Chociaż muszę przyznać odrobinkę spoilerując, że Jordan dostał za swoje grzeszki. Szkoda tylko, że nie wyciągnął wniosków i dalej żyje sobie gdzieś tam zbijając forsę na naiwnych ludziach by móc opłacić sobie kokę i dziewczynki. Na koniec dodam, że ktoś ciekawski policzył ile razy w „Wilku z Wall Street” pada słowo „fuck”. Ta magiczna liczba wynosi aż 506, co po krótkich przeliczeniach daje nam częstość padania tego słowa około 3 razy na minutę. Wyobrażacie sobie trzygodzinny film, w którym mówi się „fuck” (lub jego odmianę) średnio co 20 sekund?

     Nikt chyba nie spodziewał się, że recenzja najgłośniejszego filmu ubiegłego roku będzie krótka? Mam taką nadzieję i kończę dzisiejszą pracę nie przedłużając już więcej. Dzięki wszystkim za uwagę i zapraszam za tydzień. Jeśli dobrze pójdzie to może wtrącę jakąś recenzyjkę muzyczną? Co w na to? Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu. :)

A.P.