Ciekawość prowadzi do mądrości.

   Miałam w przerwie między zajęciami obejrzeć coś odprężającego, ale nie do końca mi się udało zrealizować ten plan. Dlatego pomyślałam, że opiszę tu film, który obejrzałam wczoraj wieczorem. Przygotujcie się na magiczne dwie godziny, które gwarantuje dramat historyczny pt. „Medicus”.

medicus   Słowem wstępu wypadałoby wspomnieć, że film jest (oczywiście, bo jak inaczej…) oparty na powieści. Autorem dzieła o tym samym tytule jest niemiecki pisarz Noah Gordon. Za produkcję ekranizacji wzięli się reżyser Philipp Stölzl i scenarzysta Jan Berger. Chociaż światowa premiera filmu miała miejsce 25 grudnia ubiegłego roku, my musieliśmy czekać aż do kwietnia. Mimo wszystko, warto było.

   Akcja filmu ma miejsce w jedenastowiecznej Anglii. Mały chłopiec o imieniu Rob, przybity śmiercią matki, prosi wędrownego znachora o szansę poznania sztuki medycznej. Przynajmniej na tyle, na ile zna ją ów balwierz. Mężczyzna tłumaczy chłopcu, że choroby, na którą zmarła jego matka, nie da się wyleczyć. Początkowo jest niechętny, by Rob z nim wędrował, ale w końcu go przygarnia. Mijają lata, a chłopiec rośnie ucząc się od balwierza podstaw medycyny, lecz nadal nurtuje go chęć zrozumienia bocznej choroby. Kiedy wychowujący go mężczyzna traci wzrok, panowie udają się do „specjalisty”, jedynego w okolicy, który umie balwierza wyleczyć. Rob zainteresowany takim cudem dowiaduje się, że taką wiedzę może posiąść jedynie pod okiem sławnego lekarza perskich królów Ibn Siny. Chłopak opuszcza Anglię, rozpoczyna długą, trudną i pełną wyrzeczeń drogę do poznania tajników medycyny.

medicus2   Jak na mój gust film jest genialny. Jasne, pełno w nim przymrużeń oka do prawd historycznych w momentach niewygodnych dla fabuły. Można się też przyczepić, że wiele szczegółów bardzo różni film od książki. Ale wiecie co? Mam to gdzieś. Dawno już nie widziałam tak wciągającego filmu. Dawno już nie oglądałam filmu, który tak skutecznie i konsekwentnie zabraniał mi odwrócić wzrok od ekranu. Nie jestem fanką historii, a tym bardziej średniowiecza, poza tym, zniechęcały mnie licznie pojawiające się wątki religijne. To wszystko przestaje być ważne, kiedy razem z Tomem Payne’m w roli Roba odkrywamy sekrety medycyny i z każdą chwilą chcemy wiedzieć więcej. Klimatem „Medicus” trochę przypominał mi „Pachnidło”, ale mogę śmiało powiedzieć, że jest mniej obrzydliwy.

   „Medicus” to jeden z takich filmów, o których chce się pisać i chce się dyskutować. Naprawdę szczerze go polecam. Teraz już kończę, ale serdecznie zapraszam do komentowania i wyczekiwania na kolejny wpis, który (mam nadzieję) będzie opowiadał o czymś równie ciekawym. A teraz pytanie: jak zabić pozostałe dwie godziny do zajęć?

Mam chęć na Quentina.

Przepraszam, miałam pisać trochę częściej. Tymczasem dopadło mnie przeziębienie i wszystko, na co mam teraz ochotę to spanie. Cóż, odliczałam minuty aż zrobi się ciemno i będę mogła położyć się do łóżka bez najmniejszych wyrzutów sumienia, a tu nagle wpadłam na pomysł zorganizowania sobie podkołderkowego seansu. Na razie wiem, że będzie Tarantino, ale nie zdecydowałam jeszcze czy puścić „Pulp Fiction” po raz n-ty, czy „Kill Bill” po raz drugi. Ooo, a może „Grindhouse”, na który ostatnio wszystkich próbuję namówić?

Co do „Ojca Chrzestnego”, obejrzałam drugą część następnego dnia, ale tak jak fani poczekali kilkanaście lat na trójkę, tak samo ja potrzebuję chwili oddechu. Muszę przyznać, że dwójeczka bardziej mi się podoba, zwłaszcza te sceny, które ukazywały wcześniejsze życie Vita Corleone. No i proszę was! Młody Robert DeNiro! Nie byłabym kobietą, gdybym nie uznała go za wisienkę na torcie.

Cóż, chyba zaraz włączę ten „Grindhouse” i wskakuję pod kołdrę. Oczywiście mówię o „Death Proof” z kaskaderem Mikiem. Kolejny świetny aktor poprzedniego pokolenia. Jednak nie wypada tak tylko wspomnieć o filmie i zakończyć wpis, prawda?grindhouseFilm „Grindhouse: Death Proof” to nie kino dla małych dziewczynek. Ten podzielony na dwie części thriller jest kwintesencją twórczości Quentina Tarantino, a to oznacza dużo krwi, wulgaryzmów i bezpruderyjności. W obu częściach tego filmu kilka dziewcząt próbuje się zabawić, jednak na ich drodze staje niejaki Kaskader Mike, który uwielbia prędkość i zabijanie. Tylko czy zawsze kobiety są bezbronne? Czy za każdym razem sztuczki Mike’a wyjdą mu na dobre? Przetoczy się sporo krwi zanim widz dostanie odpowiedź na te pytania.

Tu nie ma co pisać, tu trzeba oglądać. Dlatego dziękuję za przeczytanie dzisiejszego wpisu i wskakuję już pod tą moją kołderkę, bo pisząc wpis zjadłam już prawie całą kolację przygotowaną na seans. :) Do przeczytania następnym razem!

„Mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia…”

   Urządziłam dzisiaj sobie małe nadrabianie zaległości. Po długim czasie wpajania sobie pomysłu, że muszę kiedyś obejrzeć wszystkie części „Ojca chrzestnego” w końcu nadszedł czas na jego realizację. Co prawda, każda z części jest tak straszliwie długa, że dałam radę obejrzeć tylko pierwszą, ale w niedługiej przyszłości znajdę jeszcze kilka godzin na pozostałe dwie. I nie będę z tym czekać tyle, ile zbierałam się do pierwszego elementu tej sławnej trylogii Francisa Forda Coppoli.

och   Wiem, wiem. „Ojciec chrzestny” to klasyk, może nie powinnam mówić złego słowa o nim, ale muszę przyznać, że mnie nie powalił. Oczywiście to nie tak, że kompletnie mi się nie podobał. Cóż, pierwszy zarzut to fakt, o którym już wspomniałam – zdecydowanie odrzucająca długość. Fragmenty były naprawdę piękne, bardzo wzruszające, ale połowa fabuły była dla mnie kompletnie nie zrozumiała (miejscami nawet NUDNA), ale za to mogę winić tylko swoją pustą głowę. Lubię filmy gangsterskie, więc aż wstyd się przyznać, że mimo starannego wpatrywania się i próby zrozumienia filmu, kiedy pojawiły się napisy, jedyne nazwiska postaci jakie kojarzyłam to Vito i Michael Corleone. Clemenza, McCluskey? A którzy to? Dobrzy? Źli? Czułam się jak kompletna idiotka. Teraz minęło już jakieś pół godziny od zakończenia  seansu i jakoś powoli to wszystko układa się w mojej ciasnej główce. Poza tym wszystkim, ten film naprawdę nie powinien mi się podobać. Raczej szybko denerwuję się jeśli jestem świadkiem choć szczypty szowinizmu, a „Ojciec chrzestny” jest nim wysycony.

  Jeszcze jedna myśl przychodzi mi do głowy. Uwielbiam Ala Pacino i postać Michaela Corleone też mi się na początku bardzo podobała. Teraz uczucia mam mieszane, zupełnie jak po „Człowieku z blizną”. To taka gorycz, albo nawet smutek spowodowany przemianą lubianego bohatera w kogoś złego.

   Cóż, jestem nieco rozczarowana, ale na pewno bardzo zaintrygowana. Trochę żałuję, że tak długo zwlekałam z tak ważnym seansem. Z tego co napisałam może wynikać, że film mi się nie podobał, a tak nie jest. Był naprawdę bardzo fajny i pewnie jutro obejrzę dwie następne części, ale chyba nie takiego przebiegu wydarzeń spodziewałam się po tym filmie. Dam znać jutro, jak zareagowałam na „dwójkę” i „trójkę.”

CDN czy FIN?

      Cóż, zastanawiałam się przez kilka dni nad dalszym losem mojej filiżany. Myślę, że to, co najbardziej mnie zniechęca to deadline, więc postanowiłam je odrzucić. Dlatego już od dzisiaj cup-of-art będzie funkcjonował jak każdy normalny blog. Nie będzie wpisów co sobotę – będą wtedy, kiedy będę miała coś ciekawego do napisania. Mam nadzieję, że uda mi się zorganizować swój czas tak, żeby po każdym obejrzanym filmie (a przynajmniej po znacznej ich większości, bo nie zawsze się da) napiszę swoją szybką, bardziej rzeczową niż do tej pory opinię. Podsumowując, będzie częściej, ale mniej. Taka forma będzie chyba trochę bardziej przystępna, prawda?

Zacznę już dziś. Tak zaintrygowała mnie Abigail Breslin w „Połączeniu”, że postanowiłam obejrzeć jej inny film. Zdecydowałam się na „Bez mojej zgody” z 2009 roku, w którym dziewczyna wystąpiła u boku m.in. Cameron Diaz i Aleca Baldwina. Abigail gra tu kilkunastoletnią dziewczynkę, która została poczęta przez rodziców w celu ratowania swojej starszej siostry chorej na białaczkę. Kiedy rozpoczyna się film, grana przez Breslin nieletnia Anna składa pozew do sądu przeciwko swoim rodzicom, aby uzyskać niezależność medyczną. Film całkiem porządny, ale chyba nie dla każdego. Całkiem ciekawa historia, fajna forma. Lubię filmy, w których końcówka każe inaczej spojrzeć na całość. Dobrze jest wtedy obejrzeć sobie taką historię jeszcze raz, wykreować zupełnie nowe spojrzenie na nią. Na filmwebie oceniłam ten dramat na 7/10, ale akurat ja jestem dość wymagającym widzem, więc do zdecydowanie dobra ocena.

bez mojej zgody     Mój blog nie skończył nawet roku, a tu kolejna zmiana. Cóż, kto szuka nie błądzi, prawda? Wiem tylko tyle, że lubię oglądać filmy i chcę w swoim życiu jak najwięcej pisać. Każdy szuka sobie celu i odpowiedniej do niego drogi, nie widzę nic złego w zmienianiu jej, gdy widzimy, że jest niewłaściwa. Pozdrawiam, do zobaczenia w bliżej nieokreślonej przyszłości.

;)

„This one made it personal.”

    Tydzień temu zaprezentowałam raczej ckliwy film, na pewno pełen wartości, ale dość nudny dla osób poszukujący wrażeń. Ostatnio obejrzałam tak porywający thriller, że nie mogę nawet znaleźć słów by jakoś zgrabnie zacząć dzisiejszy wpis. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się tak samo jak mi, proponuję więc przejść do rzeczy. Zaczynamy rozmyślania nad „Połączeniem”. 1

     Film ten miał premierę ponad rok temu, ale nie pamiętam, żeby był jakoś szczególnie promowany. Scenarzystą „Połączenia” jest Richard D’Ovidio, a reżyserem Brad Anderson, autor m.in. filmu z 2005 roku pt.: „Mechanik”. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Women’s International Film Festival w Regal South Beach 26 lutego 2013. Film okazał się sukcesem komercyjnym, zarobił prawie 60 milionów dolarów pomimo otrzymania mieszanych recenzji. Halle Berry, która grała główną rolę, była nominowana do nagrody Teen Choice Awards dla najlepszej aktorki w kategorii dramatów i najlepszej aktorki na festiwalu BET Awards.

2

    Halle Berry wciela się w postać Jordan Turner, telefonistki odbierającej połączenia alarmowe na numer 911. Na początku filmu odbiera połączenie z niejaką Leah Templeton, która zgłasza włamanie do jej domu. Połączenie to przez drobny błąd Jordan kończy się fatalnym niepowodzeniem. Następnie akcja zostaje przeniesiona do dnia około pół roku później. Jordan nie odbiera już połączeń ze względu na szczególne przeżycia sprzed kilku miesięcy. Zajmuje się wprowadzaniem nowych pracowników do świata, w którym kiedyś ona była jedną z lepszych. Jedna z nowicjuszek na oczach Jordan odbiera telefon, z którym wyraźnie sobie nie radzi, Jordan więc przejmuje słuchawkę. Okazuje się, że nastoletnia Casey została porwana i przerażona dzwoni z bagażnika samochodu. Jej telefon jednak jest na kartę, co uniemożliwia zlokalizowanie dziewczyny. Turner obiecuje sobie, że drugi raz nie popełni tego samego błędu. Nastolatka i telefonistka mają na swojej drodze sporo do przejścia, ale Jordan robi wszystko, by Casey przeżyła tę dramatyczną sytuację.

       Swój podziw zacznę od młodej Abigail Breslin, którą w tym filmie znamy jako Casey. Siedemnastoletnia wtedy dziewczyna świetnie poradziła sobie w tak trudnej roli. W niczym nie ustępowała aktorskiej weterance Halle Berry. Myślę, że tworzyły bardzo dobry duet, choć jest naprawdę niewiele scen, w których występują razem. Również Michael Eklund jest godny zauważenia w roli psychopatycznego oprawcy. Co najbardziej podobało mi się w „Połączeniu” to fakt, że akcja porwała moją uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy. Kiedy zostało ostatnie dziewięć minut filmu akcja została delikatnie „przyciszona”, a ja byłam pewna, że to już koniec, że zostały jakieś same końcowe sceny pokazujące, co wydarzyło się po całej sprawie. Nic takiego! Od tego filmu nie mogłam odwrócić oczu od samych początków do kompletnego końca. Myślę, że osoby spostrzegawcze dojrzą pewne sceny nieścisłości, których nie chcę wymieniać, aby nie psuć nikomu seansu. Są jednak drobne niedociągnięcia w scenariuszu. THE CALL

      Dzisiaj tak szybciutko. Jestem ostatnio kompletnie zablokowana twórczo i każde słowo wychodzi mi z ogromnym trudem. Nie wiem jakie są dalsze losy tego bloga. Naprawdę nie chcę go zawieszać, kończyć ani nic podobnego, ale nie wyobrażam sobie sytuacji w której musiałabym zmuszać się do pisania. Cóż, zostańmy na tym, że za tydzień jeszcze spróbuję. :) Dlatego zapraszam wszystkich serdecznie do komentowania, dajcie mi odrobinę motywacji. Miłego weekendu, moi drodzy.

A.P.

„Chcę wiedzieć, czy o mnie myślał. Tak jak ja każdego dnia myślałam o nim.”

     W tym tygodniu miałam zaskakująco dużo pomysłów na recenzję, a mimo to dość trudno było mi się zdecydować. Miałam wrażenie, że powinnam dzisiaj skupić się na czymś, co będzie niosło za sobą jakiś głębszy sens, jakąś myśl. Z drugiej strony nie chciałam też nadawać dzisiejszemu wpisowi oszukanej wzniosłości. Wybór padł na film, moim zdaniem bardzo ciekawy i oryginalny – ale ja zawsze lubiłam kino brytyjskie, zawarty w nim specyficzny klimat, specyficzny humor. Chociaż ten film potwierdza on regułę, że ostatnio wszystkie filmy powstają na bazie książek, zdecydowałam się o nim napisać. Zobaczmy, komu jeszcze się spodoba „Tajemnica Filomeny”.

KINÓWKI.pl      „Tajemnica Filomeny” to brytyjski dramat wyreżyserowany przez Stephena Frearsa. Scenariusz napisali Jeff Pope i odtwórca głównej męskiej roli – Steve Coogan. Film powstał na podstawie książki Martina Sixsmitha pt.: „Zagubione dziecko Filomeny Lee”. Ekranizacja tej publikacji miała premierę 31 sierpnia 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Dramat brał wtedy udział w Konkursie Głównym. Polska premiera kinowa przypadła na koniec lutego bieżącego roku. Film jest raczej odważny, bardzo łatwo zarzucić mu antykatolickość (co jest bardzo pozorne, ale o tym później). Mimo takiej ogromnej kontrowersji, którą za sobą niesie, został doceniony na niejednej gali nagród filmowych. Ekipa tego dramatu może pochwalić się czterema nominacjami do Oscarów i trzeba do Złotych Globów. Zdecydowanie najbardziej godny wspomnienia jest fakt, że „Tajemnica Filomeny” w Konkursie Głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymała aż dziewięć nagród, m.in. za najlepszy scenariusz.

2      Fabuła tego dramatu jest moim zdaniem nieprawdopodobnie ciekawa. Może nieco ckliwa, może nieco „babska”, ale czasem warto zrobić sobie przerwę od brutalnych filmów Kubrick’a czy Tarantino. Co ciekawe, w zaskakująco dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistą historią życia Filomeny Lee. Kiedy film zaczyna się poznajemy dziennikarza Martina Sixsmitha tuż po utracie pracy w BBC. Niedługo potem zaczepia go młoda kobieta, której matka wiele lat wcześniej straciła syna. Córka Filomeny prosi Sixsmitha o spotkanie z poszkodowaną. Mężczyzna początkowo niechętny, w końcu poznaje panią Lee. Ta opowiada mu jak doszło do jej tragicznego rozstania z synem. Wtedy dowiadujemy się, że chłopiec był dzieckiem nieślubnym. Ojciec samotnie wychowujący nastoletnią wtedy Filomenę, oddał ją pod opiekę siostrom zakonnym. Zakonnice z kolei bardzo mocno karały ją za grzech, którego się dopuściła. Bardzo młoda jeszcze Filomena przeszła ciężki poród, w czasie którego jej syn niemal zmarł – to wszystko oczywiście było początkiem jej pokuty. Aby młoda matka i jej syn Anthony mogli żyć wśród zakonnic, pani Lee musiała sporo przecierpieć. Nic jednak nie przekraczało granic jej wytrzymałości, Fil zrobiłaby wszystko, by być z synem. Jednak pewnego dnia do sióstr z wizytą przyjechali goście ze Stanów, którzy zabrali chłopca ze sobą. Historia wymuszonej adopcji poruszyła serce Martina i postanowił on pomóc starszej pani odnaleźć jej pięćdziesięcioletniego syna. Film przedstawia drogę, którą Martin i Filomena razem przeszli by odnaleźć Anthony’ego, odkrywa tajemnice i grzeszki sióstr zakonnych, a przede wszystkim uczy mieć nadzieję i walczyć mimo przeciwwskazań.

      Filomena Lee zagrana przez Judi Dench jest wyjątkowo ciepłą, uroczą i pocieszną babcią. Myślę, że jest to osoba, która potrafi wybaczać, jest wierna swoim przekonaniom i żyje w zgodzie z sobą i z Bogiem. To naprawdę przyjemne popatrzeć na osoby tak silne i szczęśliwe w życiu zbudowanym na zasadach, które wielu ludzi ma dziś za naiwność. Jej historia jest tak przejmująca, że mam ochotę wszystkim wyśpiewać jak potoczyły się poszukiwania Filomeny i Martina. Na całe szczęście ten film to nie tylko dobra fabuła. Historię dziarskiej Irlandki osadzono w przepięknych sceneriach wśród chłodnych angielskich krajobrazów. Dodatkowo Judi Dench i Steve Coogan stanowią naprawdę zgrabnie dogadującą się parę postaci. Mnie osobiście Steve bardzo przypominał Christophera Waltza, do którego mam spory sentyment. Jednak zdecydowanie największym plusem tego dramatu jest fakt, że mimo przytłaczającej tematyki jest to film niesamowicie relaksujący. Nie oglądamy rzewnej historyjki, czy wyciskacza łez. Nie jest to czysta, chamska gra na emocjach. Poza tym subtelnie zarysowanym, brytyjskim humorem, bardzo ciekawe są kwestie bohaterów. Szczerze mówiąc, mogłabym przytoczyć tu sporo cytatów podpatrzonych z tego starcia dwóch światów, ideologii, dwóch sposobów patrzenia na rzeczywistość. Podoba mi się, że to oskarżanie Kościoła i wytykanie mu jakichkolwiek błędów jest mocno pozorne, bo tak naprawdę w wielu scenach i kwestiach wypowiadanych przez aktorów scenariusz broni katolików i ich religijności. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że film promuje zdrową, szczerą wiarę, co mi osobiście bardzo odpowiada.

philomena

    Cóż, zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu, nie bez powodu przecież powstrzymywałam się od sypania spoilerami, na które miałam ochotę zdanie po zdaniu. Myślę, że warto zapoznać się ze sposobem bycia pani Filomeny, to naprawdę urocza, inspirująca postać. Dziś już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Kto wie, może znowu was zaskoczę jakąś ciekawą muzyką? Teraz już się żegnam i życzę wszystkim ciepłych, spokojnych świąt Wielkiejnocy.

„Was all this legal? Absolutely not.”

    Jest na świecie stanowczo za dużo rzeczy ważnych, żeby je teraz wymieniać. Oczywiście pozycje na tej liście i ich konfiguracja są różne dla każdego człowieka. Przecież każdy ma inne priorytety, przecież nie każdemu z nas zależy równie mocno na tej samej sprawie. Dziś napiszę o filmie ukazującym życie człowieka, który dobrze wiedział, czego chce. Sięgał tylko to, co było mu do szczęścia potrzebne i szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu, że mu się udało. Trzeba mieć silny charakter, by uparcie dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli droga do nich wiodąca jest pełna zagrożeń zdrowia, życia i wolności. Upraszczając, dziś o „Wilku z Wall Street”.

      Tytuł filmu, o którym dziś piszę na pewno każdemu obił się o ucho. Określane komedią kryminalną ostatnie dzieło reżysera Martina Scorsese zawitało do światowych kin 17 grudnia ubiegłego roku, polacy musieli czekać zaledwie kilkanaście dni dłużej. Zapewne ze względu na wielki prestiż i przypuszczalnie spory budżet, jeszcze przed premierą film był owiany aurą geniuszu. Chociaż był nominowany do 39 nagród, wygrał tylko jedną. Co prawda, nagroda była stuprocentowo zasłużona, bo trafiła do Leonardo DiCaprio, którego gra aktorska jest jednym z mocniejszych punktów. Prawda jest taka, że „Wilk z Wall Street” jest jedną wielką reklamą rozpustnego życia, na którą patrzy się całkiem przyjemnie tylko ze względu na to, że została wykonana bardzo profesjonalnie przy udziale wielu bardzo dobrych fachowców. Problem w tym, że treść sama w sobie nie porywa. Przynajmniej nie porwała mnie.

     Z jednej strony nazywany jest najlepszym filmem ubiegłego roku, z drugiej zaś szufladkowany do kategorii pustych, przesadnie wulgarnych, a nawet nudnych. Niektórzy zarzucają mu (nie wiem, czy mogę to tak nazwać) promowanie związków kazirodczych. Cóż, „Wilk z Wall Street” jest określany biografią niejakiego Jordana Belforta, który prowadzi narrację przez większość filmu. Wręcz oprowadza widza po swoim bogatym życiu chwaląc się nim, zupełnie jakby oprowadzał gościa po swojej nowej posiadłości. Opowieść zaczyna się, kiedy Jordan był raczej skromnym, początkującym brokerem giełdowym, któremu nawet na myśl nie przyszłoby to, co już parę lat później jest dla niego chlebem powszednim. Szybko zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy dzięki swojej niebywałej umiejętności sprzedaży. Niedługo później jego chciwość rośnie, a on sam pozwala sobie zachłysnąć się bogactwem. Rzuca się w świat rozpusty i ze swojej rozwijającej się w oszałamiającym tempie firmy maklerskiej urządza wielki burdel. Kiedy kokaina, morfina i inne perełki z porannego zestawu wspomagaczy przestają dawać mu odpowiedniego kopa, zaczyna brać wycofane ze sprzedaży leki. Muszę przyznać, że film wciąga, chociaż osobiście w czasie seansu głęboko zastanawiałam się jaki element tej wysoko promowanej farsy mi się podoba.

     Bo podobał mi się. Nie mogę powiedzieć, że trafił do gromadki moich ulubionych filmów i szczerze wątpię, że obejrzę go jeszcze raz. Na ogół nie lubię tego, co jest stworzone tylko po to, żeby się wszystkim podobało, ale tym razem zostałam przekupiona. Każda minuta tego filmu jest jak frytka w McDonald’s – niby brzuch pełny, same frytki też nie są szczególnie dobre, ale jakaś dziwna siła każde skubnąć jeszcze jedną, przecież jedna nie zaszkodzi. Nie miałam nic lepszego do roboty to obejrzałam, chociaż jak na taki film „o niczym” to „Wilk z Wall Street” jest zdecydowanie za długi.  Było tylko kilka scen spośród całej fabuły, które jakoś bardziej uchwyciły moje łase na wzruszenia serducho. Jedyną wartością odżywczą tych stu osiemdziesięciu „frytek” był Leonardo DiCaprio. Żałuję, że ten bardzo utalentowany aktor nie zdobył jeszcze Oscara, wierzę, że kiedyś mu się uda, ale cieszę się, że nie wydarzyło się to za sprawą tak przeciętnego filmu. Nie można też zauważyć pozostałych aktorów, bo Matthew McConaughey, Margot Robbie, czy Kyle Chandler również poradzili sobie świetnie, a Jonah Hill, grający Donniego był chyba moją ulubioną postacią. W sumie to wszystko – gra aktorska, muzyka, charakteryzacja i kostiumy, scenografia itd. – naprawdę wszystko jest wprost genialne, na pierwszy rzut oka zachwycające. Jedyne, czego brakuje to jakiś sensowny wniosek. Chociaż muszę przyznać odrobinkę spoilerując, że Jordan dostał za swoje grzeszki. Szkoda tylko, że nie wyciągnął wniosków i dalej żyje sobie gdzieś tam zbijając forsę na naiwnych ludziach by móc opłacić sobie kokę i dziewczynki. Na koniec dodam, że ktoś ciekawski policzył ile razy w „Wilku z Wall Street” pada słowo „fuck”. Ta magiczna liczba wynosi aż 506, co po krótkich przeliczeniach daje nam częstość padania tego słowa około 3 razy na minutę. Wyobrażacie sobie trzygodzinny film, w którym mówi się „fuck” (lub jego odmianę) średnio co 20 sekund?

     Nikt chyba nie spodziewał się, że recenzja najgłośniejszego filmu ubiegłego roku będzie krótka? Mam taką nadzieję i kończę dzisiejszą pracę nie przedłużając już więcej. Dzięki wszystkim za uwagę i zapraszam za tydzień. Jeśli dobrze pójdzie to może wtrącę jakąś recenzyjkę muzyczną? Co w na to? Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu. :)

A.P.

„The closer you look the less you’ll see.”

     Wracam po krótkiej przerwie, cała i zdrowa na szczęście. Tak jak obiecałam, przygotowałam na dziś wpis o całkiem przyjemnym filmie. Tym razem chciałam odbiec troszeczkę od tych napompowanych, przesadnie patetycznych dramatów, ale też starałam się unikać przekolorowanych komedii. Dlatego wybrałam film pierwotnie określony jako thriller, ale po obejrzeniu mogę śmiało stwierdzić, że ma on w sobie pewną lekką żartobliwość. Dodatkowo skusiła mnie obsada, a w niej m.in. legendarny Morgan Freeman, Jesse Eisenberg znany z  „Social Network”, czy Mélanie Laurent odkryta przeze mnie dzięki „Bękartom Wojny”. Przechodząc do rzeczy, dziś przedstawiam „Iluzję”.

      Reżyserem filmu jest Louis Leterrier, autor filmów „Transporter” i „Incredible Hulk”. Jego najnowsza praca, czyli „Iluzja” miała światową premierę 21 maja 2013, a polską nieco ponad miesiąc później. Ekipa zdobyła nagrodę People’s Choice w kategorii ulubiony thriller, a na gali Saturnów mogła cieszyć się dwoma nominacjami. Thriller zdobył mieszane recenzje, ale niewątpliwie okazał się sukcesem kasowym. Podobno nawet produkcja sequela „Iluzji” została oficjalnie potwierdzona.

       Kiedy film się zaczyna poznajemy czwórkę iluzjonistów i ich drobne sztuczki. J. Daniel Atlas jest ulicznym magikiem, a jego była asystentka, rudowłosa Henley Reeves występuje na scenie pokazując jak zakuta w łańcuchy potrafi uciec m.in. z akwariów. Jack Wilder to drobny kieszonkowiec specjalizujący się z imitowaniu głosów i otwieraniu zamkniętych drzwi, z kolei najstarszy z bohaterów – Merritt McKinney to mentalista, samozwańczy medium zajmujący się hipnozą. Cała czwórka otrzymuje zaproszenie do organizacji łączącej iluzjonistów zwanej Okiem. Jednak, aby do niej dołączyć muszą wykonać trzy przedstawienia globalnych rozmiarów. Po roku przygotowań główni bohaterowie nazwami Czwórką Jeźdźców rozpoczynają serię przekrętów, z którymi wiążą się ogromne sumy pieniędzy znikające z banków. Magiczne zagadki próbuje rozwiązać FBI i Interpol.

        Chciałoby się powiedzieć, że w filmie nie ma ani grama mało prawdopodobnych akcji typowych dla filmów o magii. Wszystko wydaje się z pozoru nie możliwe i sprawia wrażenie jednej wielkiej ściemy. Jednak każda ze sztuczek Czwórki Jeźdźców jest bardzo zręcznie wyjaśniona, mimo, że prawdziwy iluzjonista nie powinien zdradzać sekretu swojej magii. Jak już napisałam wcześniej, film jest naprawdę lekki, relaksujący i miejscami zabawny, choć przyznam, że jest też wyjątkowo intrygujący. Dodatkowo, mimo tego, że przez cały czas trwania filmu narzekałam tylko jakie to wszystko jest przewidywalne, zakończenie mnie odrobinę zaskoczyło. Podoba mi się to w jaki sposób iluzja została tu pokazana, wydaje mi się, że z odpowiednią ilością dystansu. Nie jest to uparte twierdzenie, że iluzja jest jedną wielką bzdurą, nie oglądamy też blisko stu dwudziestu minut uwielbienia magii i naiwnej wiary w nią. Kolejnym plusem „Iluzji” są ciekawie wykonane efekty specjalne, bo nie da się zaprzeczyć, że stanowią one spory procent całości. Znowu ekipa trafiła w punkt. Efekty nie są na miarę kolejnej części „Matrixa”, ale ich odpowiednia ilość i forma nadaje „Iluzji” odpowiedni klimat. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to sam scenariusz. Jego realizacja jak najbardziej mi pasuje, jednak jak na mój gust brakowało trochę scen pomiędzy występami Jeźdźców, cały film to praktycznie ich spektakle widziane jak w telewizji. Za to obsada to chyba największy plus tego filmu. Bardzo przyjemnie było patrzeć na pracę właściwie każdego z aktorów. Za bardzo się już rozpisałam, żeby wymienić każdego po kolei i opisać co mi się w ich grze podobało. A byłoby w czym przebierać! Oprócz osób które wymieniłam już we wstępie, w „Iluzji” wystąpili również Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Dave Franco i Michael Caine. Jedynie Isla Fisher w roli Henley wydawała mi się troszeczkę przesłodzona, cała reszta jak najbardziej pasowała do swoich ról.

     Podsumowując, jak najbardziej polecam. „Iluzja” to kino dla zmęczonych wymuszonym humorem dzisiejszych komedii, dla tych, którzy na moment chcą uwierzyć w magię. Na dziś już wystarczy, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Postaram się robić jak najmniej takich przerw jak tydzień temu. Miłego weekendu. :)

A.P.

„Prawdziwa historia Jaśka Meli.”

    Kiedy na naszej drodze pojawia się problem, próbujemy sobie z nim poradzić. Czasem nawet przydarzy się nam trochę ucierpieć, ale myślę, że każdy kryzys czegoś uczy. Wygrzebujemy się z dołka i idziemy dalej. Jednak kiedy z jednego dołka wpadamy w kolejny, zaczyna się robić nieciekawie. Z czasem brakuje sił i pomysłów skąd ją czerpać. W pewnym momencie kończy się motywacja do walki, nie widać nigdzie ani cienia sensu, by starać się dalej. Wtedy należy wyznaczyć sobie cel, do którego będzie można w miarę powoli dążyć, bez presji, bez deadlinów. Tak też zrobili rodzice głównego bohatera filmu, na który dość długo czekałam. Wypadł mi z głowy, a dziś wrócił. Choć minęło już trochę czasu od premiery, dzisiaj przedstawiam polski dramat biograficzny – „Mój biegun”.

    Film wszedł do kin 25 października ubiegłego roku. Praca reżysera Marcina Głowackiego jest jednym z kilku biograficznych filmów pod patronatem TVN-u. Zaraz po ekranizacjach m.in. choroby siatkarki Agaty Mróz czy walki Przemysława Salety o córkę, przyszedł czas na mini biografię niejakiego Jaśka Meli. Mimo, że na ten film pokładałam trochę więcej nadziei, z przykrością stwierdzam, że od przeciętnej nie odbiega. Nie potrafiłam oglądać go z przymknięciem oka, dlatego podobnie do swoich TVN-owskich bliźniaków „Mój biegun” postrzegam jako prosty film dla prostych ludzi, niegrzeszący szczególną głębią.      Czuję, że zaraz runie na mnie fala krytyki. Taka tematyka „nie grzeszy głębią”? To trochę zmarnowany potencjał, bo z takiej historii można było zrobić kawałek naprawdę dobrego psychologicznego kina, na które pewnie liczyłam. Janek Mela urodził się w 1988 roku w Gdańsku. Teraz jest podróżnikiem i działaczem społecznym, ale film opowiada o jego trudnej drodze do dorosłości. Kiedy był kilkuletnim chłopcem stracił brata, za co według filmu ojciec poniekąd obwiniał jego. Potem w wyniku porażenia prądem stracił lewe podudzie i prawe przedramię. Cały film opiera się na jego walce, na jego życiu w skrajnie ciężkiej sytuacji, na próbie odnalezienia motywacji do działania i w końcu o zdobywaniu niemożliwego.

    Fajnie, jest już fabuła intrygująca i stuprocentowo zapewniająca wielkie emocje. Niewątpliwie takie historie poruszają serce, ale to jak zostaną odebrane to już robota dla ekipy filmowej. Oglądając ten film miałam raczej wrażenie, że właśnie widzę jakiś dokument, a nie film, który miał być piękną, głęboką, czasami trudną opowieścią o walce. Nie wiem, dlaczego polscy producenci boją się robić filmy trudne. Jeśli jednak chodzi o dobór aktorów to nie do końca pokrywa się z moimi upodobaniami, ale to chyba najmniej ważne. Maciek Musiał, który wcielił się w rolę Jaśka, radził sobie jak mógł i myślę, że wyszło mi całkiem dobrze. Nie zachwycili mnie pan Topa i pani Walach, bo jeszcze bardziej wzmagali we mnie ten dziwaczny, serialowy posmak w odbiorze filmu.

     Po obejrzeniu paru wywiadów z Jankiem Melą jestem gotowa stwierdzić, jak ciepłym i silnym psychicznie jest człowiekiem. Myślę, że w naszym kraju przydałoby się trochę więcej takich osób. Szczególnie zachęcam do zapoznania się z tą postacią, bo niewątpliwie jest to facet godny zauważenia, bynajmniej nie z racji trudnej przygody jaką ma za sobą. Tymczasem kończę dzisiejszą recenzję i jak zwykle serdecznie zapraszam do przeczytania następnej recenzji już za tydzień. Życzę wszystkim miłego weekendu. :)

A.P.

Osiem filmów na ósmego marca.

     Najpierw Walentynki, potem Tłusty Czwartek, teraz czas na Dzień Kobiet. Kto nie lubi komercyjnych świąt? Cóż, moja opinia jest taka, że łatwiej jest narzekać na gromady czerwonych serduszek w sklepach niż oprzeć się trzynastemu pączkowi. Myślę, że do „świąt” stricte komercyjnych należy odchodzić z lekkim dystansem. Dziś jednak takie maleńkie wydarzenie trafiło na moją blogową sobotę, więc postanowiłam troszeczkę poświętować. Na dzisiaj przygotowałam więc zestaw najbardziej babskich filmów wszechczasów. Panowie – przygotujcie się na łzawe kino pań, panie – chusteczki w dłoń.

     Zacznę kultowym filmem „Śniadanie u Tiffany’ego”. To amerykański melodramat z 1961 roku, dzięki któremu większość fanów poznała Audrey Hepburn. Historia opowiada o życiu młodej dziewczyny, która „żyje na koszt bogatych adoratorów”. Pewnego dnia poznaje ją nowy sąsiad, więc zwariowana Holly wprowadza jego i widzów w swój szalony świat. Chciałabym zaznaczyć jeszcze niesamowity utwór „Moon River” ukazany w jednej ze scen. Doczekał się on wielu coverów, ale nadal najpiękniejsze wykonanie to uroczy śpiew Audrey.

   Pozycję numer dwa każdy musi znać. Czy lubicie, czy nie, może nawet nie oglądaliście– na pewno słyszeliście o „Dirty Dancing”. Ten film ma już dwadzieścia siedem lat, a znają go młodzi i starsi. To film muzyczny, myślę, że na nim bazują te wszystkie modne jakiś czas temu „Step Up” itp. Patrick Swayze i Jennifer Grey nadal jednak stanowią dla mnie bohaterów jedynego dobrego romansu z tańcem w tle.

    „Jeśli prostytutka i bezlitosny biznesmen mogą się w sobie zakochać, to znaczy, że każdy może.” Tak stwierdziła bohaterka grana przez Milę Kunis w jednej z lepszych komedii romantycznych ubiegłych lat. Te słowa mówią o legendarnej „Pretty Woman”. Myślę, że jest w nich ziarnko prawdy. Komedia z 1990 roku o historii Edwarda i Vivian jest nie tylko lekka i ponadczasowa, jest to idealny film dla każdej pani, która chce spędzić samotny wieczór i odetchnąć od życia. Lepsze niż Kopciuszek.

     Patrick Swayze po raz drugi, czyli „Uwierz w Ducha”. W tym filmie z 1990 roku walczy on o przetrwanie związku z Demi Moore, mimo wielkiej niemożliwości. Zostaje on postrzelony, ale jako duch powraca do swojej ukochanej by ją ostrzec. Brzmi na historię mocno naciąganą, ale kto nie kojarzy sceny ukazanej niżej na zdjęciu? Typowy babski ma być romantyczny, a nie rzeczowy.

     Następny film opowiada o dziewczynie z zachowaniem, którego nie znoszę w filmach. Charlize Theron i Keanu Reeves tworzą naprawę fajną parę, ale tylko na miesiąc. „Słodki Listopad” to romans z 2001 roku. Bardzo irytowało mnie zachowanie głównej bohaterki, ale nie zmienia to faktu, że wiele kobiet i dziewcząt uwielbia ten film.

    Ten film, a raczej seria filmów opowiada o zawirowanym życiu Bridget Jones. Bohaterka ma wprost tłumy fanów, zarówno jeśli chodzi o książki, jak też ich ekranizacje. Szczerze mówiąc głęboko szanuję pracę Renée Zellweger, która wcieliła się w rolę Bridget. Pierwszy film ukazał się w 2001, ale to był tylko początek. Nawet ostatnio wydana została książka o dalszych losach bohaterki. No dziewczyny, która już czytała?

    Jeśli robię kolekcję najbardziej ukochanych filmów kobiet to absolutnym pewnikiem z kilku ostatnich lat jest „Pamiętnik”. Porywający i niesamowicie wzruszający dramat sprzed dziesięciu lat nadal porusza serca wielu pań. Starszy pan czyta chorej na Alzheimera Allie pamiętnik młodej dziewczyny z bogatego domu zakochanej w chłopcu pracującym w tartaku. Muszę przyznać, że to jeden z moich ulubionych filmów z kategorii romansów.

     Na koniec komedia, która równie mocno porywa serca pań. „Diabeł ubiera się u Prady”, film z roku 2006, który opowiada o perypetiach młodej dziennikarki rozpoczynającej karierę w znanym czasopiśmie modowym. Świetna obsada i niewymuszony humor czynią z tego filmy kawałek naprawdę dobrego, babskiego kina, w którym każda z pracujących pań może utożsamić się z główną bohaterką – Andy.

     Cóż, myślę, że już wystarczy. Przecież nie samymi filmami człowiek żyje. Z okazji dnia kobiet życzę czytelniczkom wszystkiego dobrego i zapraszam już za tydzień. Dziękuję za dotarcie do końca i życzę miłego dnia. :)

A.P.