„The closer you look the less you’ll see.”

     Wracam po krótkiej przerwie, cała i zdrowa na szczęście. Tak jak obiecałam, przygotowałam na dziś wpis o całkiem przyjemnym filmie. Tym razem chciałam odbiec troszeczkę od tych napompowanych, przesadnie patetycznych dramatów, ale też starałam się unikać przekolorowanych komedii. Dlatego wybrałam film pierwotnie określony jako thriller, ale po obejrzeniu mogę śmiało stwierdzić, że ma on w sobie pewną lekką żartobliwość. Dodatkowo skusiła mnie obsada, a w niej m.in. legendarny Morgan Freeman, Jesse Eisenberg znany z  „Social Network”, czy Mélanie Laurent odkryta przeze mnie dzięki „Bękartom Wojny”. Przechodząc do rzeczy, dziś przedstawiam „Iluzję”.

      Reżyserem filmu jest Louis Leterrier, autor filmów „Transporter” i „Incredible Hulk”. Jego najnowsza praca, czyli „Iluzja” miała światową premierę 21 maja 2013, a polską nieco ponad miesiąc później. Ekipa zdobyła nagrodę People’s Choice w kategorii ulubiony thriller, a na gali Saturnów mogła cieszyć się dwoma nominacjami. Thriller zdobył mieszane recenzje, ale niewątpliwie okazał się sukcesem kasowym. Podobno nawet produkcja sequela „Iluzji” została oficjalnie potwierdzona.

       Kiedy film się zaczyna poznajemy czwórkę iluzjonistów i ich drobne sztuczki. J. Daniel Atlas jest ulicznym magikiem, a jego była asystentka, rudowłosa Henley Reeves występuje na scenie pokazując jak zakuta w łańcuchy potrafi uciec m.in. z akwariów. Jack Wilder to drobny kieszonkowiec specjalizujący się z imitowaniu głosów i otwieraniu zamkniętych drzwi, z kolei najstarszy z bohaterów – Merritt McKinney to mentalista, samozwańczy medium zajmujący się hipnozą. Cała czwórka otrzymuje zaproszenie do organizacji łączącej iluzjonistów zwanej Okiem. Jednak, aby do niej dołączyć muszą wykonać trzy przedstawienia globalnych rozmiarów. Po roku przygotowań główni bohaterowie nazwami Czwórką Jeźdźców rozpoczynają serię przekrętów, z którymi wiążą się ogromne sumy pieniędzy znikające z banków. Magiczne zagadki próbuje rozwiązać FBI i Interpol.

        Chciałoby się powiedzieć, że w filmie nie ma ani grama mało prawdopodobnych akcji typowych dla filmów o magii. Wszystko wydaje się z pozoru nie możliwe i sprawia wrażenie jednej wielkiej ściemy. Jednak każda ze sztuczek Czwórki Jeźdźców jest bardzo zręcznie wyjaśniona, mimo, że prawdziwy iluzjonista nie powinien zdradzać sekretu swojej magii. Jak już napisałam wcześniej, film jest naprawdę lekki, relaksujący i miejscami zabawny, choć przyznam, że jest też wyjątkowo intrygujący. Dodatkowo, mimo tego, że przez cały czas trwania filmu narzekałam tylko jakie to wszystko jest przewidywalne, zakończenie mnie odrobinę zaskoczyło. Podoba mi się to w jaki sposób iluzja została tu pokazana, wydaje mi się, że z odpowiednią ilością dystansu. Nie jest to uparte twierdzenie, że iluzja jest jedną wielką bzdurą, nie oglądamy też blisko stu dwudziestu minut uwielbienia magii i naiwnej wiary w nią. Kolejnym plusem „Iluzji” są ciekawie wykonane efekty specjalne, bo nie da się zaprzeczyć, że stanowią one spory procent całości. Znowu ekipa trafiła w punkt. Efekty nie są na miarę kolejnej części „Matrixa”, ale ich odpowiednia ilość i forma nadaje „Iluzji” odpowiedni klimat. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to sam scenariusz. Jego realizacja jak najbardziej mi pasuje, jednak jak na mój gust brakowało trochę scen pomiędzy występami Jeźdźców, cały film to praktycznie ich spektakle widziane jak w telewizji. Za to obsada to chyba największy plus tego filmu. Bardzo przyjemnie było patrzeć na pracę właściwie każdego z aktorów. Za bardzo się już rozpisałam, żeby wymienić każdego po kolei i opisać co mi się w ich grze podobało. A byłoby w czym przebierać! Oprócz osób które wymieniłam już we wstępie, w „Iluzji” wystąpili również Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Dave Franco i Michael Caine. Jedynie Isla Fisher w roli Henley wydawała mi się troszeczkę przesłodzona, cała reszta jak najbardziej pasowała do swoich ról.

     Podsumowując, jak najbardziej polecam. „Iluzja” to kino dla zmęczonych wymuszonym humorem dzisiejszych komedii, dla tych, którzy na moment chcą uwierzyć w magię. Na dziś już wystarczy, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Postaram się robić jak najmniej takich przerw jak tydzień temu. Miłego weekendu. :)

A.P.

„Blame it all upon a rush of blood to the head.”

Cóż, powiem krótko – jutro wpisu nie będzie.

Teraz troszeczkę się wytłumaczę. Mam teraz sporo nauki, sporo biegania po lekarzach. Trochę się Ola pochorowała, a dodatkowo jak na złość wszyscy panowie i panie w jej szkole postanowili w jednym tygodniu zrobić zaliczenia. Dlatego weekend będę miała zajęty rozszyfrowywaniem kserówek z anatomii, przeglądaniem obrazów z tomografii i rezonansu oraz przetwarzaniem informacji dotyczących wykonywania EKG, w międzyczasie wykorzystując minimalne chwilunie na martwienie się o własne zdrowie.

W ramach prezentacji swoich planów na przyszłość tego bloga mogę powiedzieć, że niecierpliwie czekam na premiery płyt m.in Christiny Perri czy zespołów takich jak Coldplay czy Band of Skulls. Tak, o muzyce jeszcze ciut będzie. :) A poza tym, oglądam teraz trochę więcej filmów niż do tej pory. Zawsze będę chętna podzielić się swoimi spostrzeżeniami na ich temat, więc spokojnie, to jeszcze nie koniec. :)

Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu już dam radę wspomnieć wam o czymś ciekawszym niż moje nędzne życie. Chociaż przyznam, że po tym krótkim wpisie przypomniały mi się moje blogowe lata. Może znowu coś gdzieś popiszę? Kto wie…

Do zobaczenia, trzymajcie się. :)

„Prawdziwa historia Jaśka Meli.”

    Kiedy na naszej drodze pojawia się problem, próbujemy sobie z nim poradzić. Czasem nawet przydarzy się nam trochę ucierpieć, ale myślę, że każdy kryzys czegoś uczy. Wygrzebujemy się z dołka i idziemy dalej. Jednak kiedy z jednego dołka wpadamy w kolejny, zaczyna się robić nieciekawie. Z czasem brakuje sił i pomysłów skąd ją czerpać. W pewnym momencie kończy się motywacja do walki, nie widać nigdzie ani cienia sensu, by starać się dalej. Wtedy należy wyznaczyć sobie cel, do którego będzie można w miarę powoli dążyć, bez presji, bez deadlinów. Tak też zrobili rodzice głównego bohatera filmu, na który dość długo czekałam. Wypadł mi z głowy, a dziś wrócił. Choć minęło już trochę czasu od premiery, dzisiaj przedstawiam polski dramat biograficzny – „Mój biegun”.

    Film wszedł do kin 25 października ubiegłego roku. Praca reżysera Marcina Głowackiego jest jednym z kilku biograficznych filmów pod patronatem TVN-u. Zaraz po ekranizacjach m.in. choroby siatkarki Agaty Mróz czy walki Przemysława Salety o córkę, przyszedł czas na mini biografię niejakiego Jaśka Meli. Mimo, że na ten film pokładałam trochę więcej nadziei, z przykrością stwierdzam, że od przeciętnej nie odbiega. Nie potrafiłam oglądać go z przymknięciem oka, dlatego podobnie do swoich TVN-owskich bliźniaków „Mój biegun” postrzegam jako prosty film dla prostych ludzi, niegrzeszący szczególną głębią.      Czuję, że zaraz runie na mnie fala krytyki. Taka tematyka „nie grzeszy głębią”? To trochę zmarnowany potencjał, bo z takiej historii można było zrobić kawałek naprawdę dobrego psychologicznego kina, na które pewnie liczyłam. Janek Mela urodził się w 1988 roku w Gdańsku. Teraz jest podróżnikiem i działaczem społecznym, ale film opowiada o jego trudnej drodze do dorosłości. Kiedy był kilkuletnim chłopcem stracił brata, za co według filmu ojciec poniekąd obwiniał jego. Potem w wyniku porażenia prądem stracił lewe podudzie i prawe przedramię. Cały film opiera się na jego walce, na jego życiu w skrajnie ciężkiej sytuacji, na próbie odnalezienia motywacji do działania i w końcu o zdobywaniu niemożliwego.

    Fajnie, jest już fabuła intrygująca i stuprocentowo zapewniająca wielkie emocje. Niewątpliwie takie historie poruszają serce, ale to jak zostaną odebrane to już robota dla ekipy filmowej. Oglądając ten film miałam raczej wrażenie, że właśnie widzę jakiś dokument, a nie film, który miał być piękną, głęboką, czasami trudną opowieścią o walce. Nie wiem, dlaczego polscy producenci boją się robić filmy trudne. Jeśli jednak chodzi o dobór aktorów to nie do końca pokrywa się z moimi upodobaniami, ale to chyba najmniej ważne. Maciek Musiał, który wcielił się w rolę Jaśka, radził sobie jak mógł i myślę, że wyszło mi całkiem dobrze. Nie zachwycili mnie pan Topa i pani Walach, bo jeszcze bardziej wzmagali we mnie ten dziwaczny, serialowy posmak w odbiorze filmu.

     Po obejrzeniu paru wywiadów z Jankiem Melą jestem gotowa stwierdzić, jak ciepłym i silnym psychicznie jest człowiekiem. Myślę, że w naszym kraju przydałoby się trochę więcej takich osób. Szczególnie zachęcam do zapoznania się z tą postacią, bo niewątpliwie jest to facet godny zauważenia, bynajmniej nie z racji trudnej przygody jaką ma za sobą. Tymczasem kończę dzisiejszą recenzję i jak zwykle serdecznie zapraszam do przeczytania następnej recenzji już za tydzień. Życzę wszystkim miłego weekendu. :)

A.P.

Osiem filmów na ósmego marca.

     Najpierw Walentynki, potem Tłusty Czwartek, teraz czas na Dzień Kobiet. Kto nie lubi komercyjnych świąt? Cóż, moja opinia jest taka, że łatwiej jest narzekać na gromady czerwonych serduszek w sklepach niż oprzeć się trzynastemu pączkowi. Myślę, że do „świąt” stricte komercyjnych należy odchodzić z lekkim dystansem. Dziś jednak takie maleńkie wydarzenie trafiło na moją blogową sobotę, więc postanowiłam troszeczkę poświętować. Na dzisiaj przygotowałam więc zestaw najbardziej babskich filmów wszechczasów. Panowie – przygotujcie się na łzawe kino pań, panie – chusteczki w dłoń.

     Zacznę kultowym filmem „Śniadanie u Tiffany’ego”. To amerykański melodramat z 1961 roku, dzięki któremu większość fanów poznała Audrey Hepburn. Historia opowiada o życiu młodej dziewczyny, która „żyje na koszt bogatych adoratorów”. Pewnego dnia poznaje ją nowy sąsiad, więc zwariowana Holly wprowadza jego i widzów w swój szalony świat. Chciałabym zaznaczyć jeszcze niesamowity utwór „Moon River” ukazany w jednej ze scen. Doczekał się on wielu coverów, ale nadal najpiękniejsze wykonanie to uroczy śpiew Audrey.

   Pozycję numer dwa każdy musi znać. Czy lubicie, czy nie, może nawet nie oglądaliście– na pewno słyszeliście o „Dirty Dancing”. Ten film ma już dwadzieścia siedem lat, a znają go młodzi i starsi. To film muzyczny, myślę, że na nim bazują te wszystkie modne jakiś czas temu „Step Up” itp. Patrick Swayze i Jennifer Grey nadal jednak stanowią dla mnie bohaterów jedynego dobrego romansu z tańcem w tle.

    „Jeśli prostytutka i bezlitosny biznesmen mogą się w sobie zakochać, to znaczy, że każdy może.” Tak stwierdziła bohaterka grana przez Milę Kunis w jednej z lepszych komedii romantycznych ubiegłych lat. Te słowa mówią o legendarnej „Pretty Woman”. Myślę, że jest w nich ziarnko prawdy. Komedia z 1990 roku o historii Edwarda i Vivian jest nie tylko lekka i ponadczasowa, jest to idealny film dla każdej pani, która chce spędzić samotny wieczór i odetchnąć od życia. Lepsze niż Kopciuszek.

     Patrick Swayze po raz drugi, czyli „Uwierz w Ducha”. W tym filmie z 1990 roku walczy on o przetrwanie związku z Demi Moore, mimo wielkiej niemożliwości. Zostaje on postrzelony, ale jako duch powraca do swojej ukochanej by ją ostrzec. Brzmi na historię mocno naciąganą, ale kto nie kojarzy sceny ukazanej niżej na zdjęciu? Typowy babski ma być romantyczny, a nie rzeczowy.

     Następny film opowiada o dziewczynie z zachowaniem, którego nie znoszę w filmach. Charlize Theron i Keanu Reeves tworzą naprawę fajną parę, ale tylko na miesiąc. „Słodki Listopad” to romans z 2001 roku. Bardzo irytowało mnie zachowanie głównej bohaterki, ale nie zmienia to faktu, że wiele kobiet i dziewcząt uwielbia ten film.

    Ten film, a raczej seria filmów opowiada o zawirowanym życiu Bridget Jones. Bohaterka ma wprost tłumy fanów, zarówno jeśli chodzi o książki, jak też ich ekranizacje. Szczerze mówiąc głęboko szanuję pracę Renée Zellweger, która wcieliła się w rolę Bridget. Pierwszy film ukazał się w 2001, ale to był tylko początek. Nawet ostatnio wydana została książka o dalszych losach bohaterki. No dziewczyny, która już czytała?

    Jeśli robię kolekcję najbardziej ukochanych filmów kobiet to absolutnym pewnikiem z kilku ostatnich lat jest „Pamiętnik”. Porywający i niesamowicie wzruszający dramat sprzed dziesięciu lat nadal porusza serca wielu pań. Starszy pan czyta chorej na Alzheimera Allie pamiętnik młodej dziewczyny z bogatego domu zakochanej w chłopcu pracującym w tartaku. Muszę przyznać, że to jeden z moich ulubionych filmów z kategorii romansów.

     Na koniec komedia, która równie mocno porywa serca pań. „Diabeł ubiera się u Prady”, film z roku 2006, który opowiada o perypetiach młodej dziennikarki rozpoczynającej karierę w znanym czasopiśmie modowym. Świetna obsada i niewymuszony humor czynią z tego filmy kawałek naprawdę dobrego, babskiego kina, w którym każda z pracujących pań może utożsamić się z główną bohaterką – Andy.

     Cóż, myślę, że już wystarczy. Przecież nie samymi filmami człowiek żyje. Z okazji dnia kobiet życzę czytelniczkom wszystkiego dobrego i zapraszam już za tydzień. Dziękuję za dotarcie do końca i życzę miłego dnia. :)

A.P.

„Don’t let go”

     Kiedyś pisałam o tym, że trudno jest określić jedną prawdę, bo każdy z nas postrzega ją na swój sposób. Nadal uważam, że ciężko się z tym nie zgodzić, ale są sprawy niezaprzeczalne. Są sprawy, w których postrzeganiu nie uczestniczą emocje. Czy nam by się to podobało, czy nie. Podobne odczucie mam w sprawie dzisiejszego filmu. Dramat ten jednych zachwyci, drugich potężnie rozczaruje. Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, po której chcę stanąć stronie. Może to rozjaśni się w miarę pisania. Cóż, zatem przedstawiam wam ubiegłoroczny, głośny film „Grawitacja”.

     „Grawitacja” to amerykańskiej produkcji dramat z elementami science – fiction. Podobno kiedy reżyser Alfonso Cuarón we współpracy z synem Jonásem skończył pisać scenariusz, postanowił wstrzymać produkcję filmu, ponieważ ówczesne technologie nie pozwalały na stworzenie wszystkiego zgodnie z jego wizją. Produkcję rozpoczęto dopiero cztery lata później. W końcu film doczekał się światowej premiery zaplanowanej na 28 sierpnia 2013 i polskiej niecałe dwa miesiące później. Mimo mieszanych uczuć ze strony widzów, film zainkasował aż 31 nagród i 44 nominacje. Reżyser został nagrodzony m.in. Złotym Globem, ale ekipa „Grawitacji” zgarnęła najwięcej nagród na gali BAFTA. Tam wyróżniono ją sześcioma nagrodami m.in za najlepszy film, czy najlepsze efekty specjalne.

       Fabuła filmu jest raczej prosta. Grupa naukowców przebywa w przestrzeni kosmicznej w celu naprawy jednego z satelit. Po tygodniu spędzonym w kosmosie pani doktor Ryan Stone kończy powoli swoje zadanie, kiedy dostaje informacje o nadchodzących odłamkach z zestrzelonej satelity. Ona i Matt Kowalsky są jedynymi z całej grupy, którym udało się przeżyć. Razem starają się przetrwać w pełnym niebezpieczeństw i niespodziewanych zagrożeń świecie, by w końcu spróbować wrócić na Ziemię. Cała akcja filmu dzieje się w kosmosie, a jedynymi aktorami, których widzimy są Sandra Bullock i George Clooney.

     Może zastanawiacie się skąd taki wstęp? Po co stwierdzenie, że niektóre rzeczy są niezaprzeczalne? Otóż, niezaprzeczalnie film „Grawitacja” jest niesamowicie intrygujący, jest to obraz wyjątkowy,  inny niż wszystkie. Odnoszę jednak wrażenie, że jest to kino tylko dla laików. Wystarczy tylko, że widz potrafi logicznie łączyć pewne fakty poznane jeszcze w podstawówce i seans nabiera dziwnego posmaku, że to (prawie) wszystko, przecież nie jest możliwe. Nie chcę zdradzać końca filmu, ale nikogo nie zaskoczę pisząc, że Ryan Stone jest wiele razy postawiona w sytuacji ogromnego zagrożenia. Uważam się za kompletnego laika w dziedzinie astronomii, ale wiem, że ta kobieta za każdym razem nie miała prawa przeżyć. Po prostu prawdopodobieństwo takiego przebiegu wydarzeń jest zbyt niskie. Film jest właściwie oparty na efektach specjalnych, które, przyznaję, są wykonane pięknie, miło zawiesić na nich oko na minutę lub dwie. Ale półtoragodzinny film oparty na praktycznie zerowej fabule i całej masie efektów specjalnych jak dla mnie nie ma prawa bytu. „Grawitacja” na pewno przejdzie co historii, ale myślę, scenariusz jest trochę przesadzony. Widać, że starano się zrobić film jak najbardziej prawdopodobny, nie jest to czyste science – fiction. Nie potrafię omówić innowacyjności i genialnej pracy przy efektach specjalnych kosmicznej wersji „Cast Away”, ale mam wrażenie, że cały ten ogrom pozostawia lekki przesyt i wątpię, że kiedykolwiek wrócę jeszcze do tego filmu. „Grawitacja” to zdecydowanie seans jednorazowy.

     Myślę, że istnieją filmy, które każdy powinien obejrzeć. „Brzdąc” z Charlie Chaplinem, czy kultowy „Brudny Harry”. Dlaczego wkładam „Grawitację” do tej samej szuflady? Robię to, bo niektóre filmy – nawet owiane ogromną chwałą – nie zachwycają. Dzisiaj już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Każdemu czytelnikowi przesyłam wielkie dzięki za odwiedziny i życzę jak zwykle miłego weekendu. :)

A.P.

„Zawsze odnajdziesz mnie w swoich słowach, w nich właśnie żyję.”

     Czasami życie stawia nad przed sytuacjami, w których ciężko jest nam się odnaleźć. Nie można go jednak przewinąć jak filmu. Nie można żadnym sposobem, jak przy czytaniu książek, zerknąć na ostatnią stronę, by upewnić się, że wszystko skończy się dobrze. Życie to nie muzyka, którą umiemy, ot tak, wyłączyć. Czasem żałuję, że w życiu nie pojawia się napis „dwa lata później”, po którym oglądamy już tylko to, co jest piękne. Ostatnio oglądałam film, do którego na początku ciężko było mi się przekonać. Jednak film ten, „Złodziejka książek”, uświadomił mi, że warto przeżyć nawet to, co trudne, żeby mieć większą satysfakcję tego, co piękne. Trzeba przeżyć każdą sekundę, przecierpieć każdą boleść i rozkochać się w każdej przyjemności – tylko wtedy życie ma sens.

     Jak wiele filmów w obecnych czasach, tak i ten został oparty na książce. Zdjęcia do niego zaczęto kręcić wraz z początkiem marca 2013 w niemieckim Babelsberg Studio, premierę planując na bieżący rok. Prace szły dobrze, film wybiegał ponad terminarz, a pierwszy zwiastun opublikowano w sierpniu ubiegłego roku. W końcu film „Złodziejka książek” jako dzieło reżysera Briana Percivala, scenarzysty Michaela Petroniego, kompozytora Johna Williamsa i wielu innych, wszedł do światowych kin 3 października 2013, a do polskich – 31 stycznia 2014. Choć krytykowany przez część recenzentów, film zapewnił ekipie kilka nagród. Głównie młodej aktorce Sophie Nélisse, która wygrała na galach Satellite Awards, Hollywood Film Awards i Phoenix Film Critics Society. Poza nią wielu aktorów było nominowanych do nagród m.in. Geoffrey Rush do nagrody dla najlepszego aktora drugoplanowego na AACTA International Awards.

     Fabułę filmu jest dość trudno określić. „Złodziejka książek” przedstawia kilka lat z życia młodej niemki Liesel Meminger. Kiedy opuszcza ją matka, dziewczynka trafia do rodziny zastępczej –  bezdzietnego małżeństwa Hubermannów, którzy mieszkają w miasteczku wypełnionym nazistowską brutalnością. Jedną z największych trosk dziewczynki jest to, że nie potrafi czytać. Przybrana matka trzyma ją na dystans, lecz z ojczymem Liesel od początku dobrze się dogaduje. Hans uczy ją nowych słów i wzbudza zainteresowanie książkami. Mała niemka zaprzyjaźnia się z synem sąsiadów – Rudym. Dalej film przedstawia też tytułowe kradzieże książek od burmistrza przez Liesel oraz to, jak Hubermannowie ukrywają Żyda o imieniu Max.

     Jak już wspomniałam, nie wszyscy recenzenci wypowiadają się ciepło o tym filmie. Muszę przyznać, że dokładnie rozumiem dlaczego. Mimo, że mi się podobał i skali 1-10 dałam mu mocne 7, nie da się ukryć, że „Złodziejka książek” dłuży się przeokrutnie i jak drugą połowę pochłonęłam zaciekawiona, tak samo z pierwszą męczyłam się przerywając chyba ze trzy razy. Poza tym, sam pomysł nakręcenia tego filmu nie jest szczególnie dobry. Jest przecież naprawdę dużo dramatów z dzieckiem w roli głównej osadzonych w czasach drugiej wojny światowej. Tak naprawdę, jakiego problemu nie umieścić w tych czasach będzie on naprawdę przytłaczający i dramatyczny. Dlatego nie wiem, co musiałoby się w takim filmie dziać, aby był on szczególnie pomysłowy, czy wyjątkowy. Skoro już jestem przy znaczących minusach, muszę wspomnieć o dominującym i niesamowicie irytującym języku „niemgielskim”. Może tylko ja to tak odczuwam, ale mówienie słów angielskich i niemieckich na zmianę jest po pierwsze mało przekonujące, po drugie niezwykle mocno wtłaczające w głowę widza słówko (polskie tym razem) „niedbalstwo”. Możliwe, że powodem dłużącego się seansu jest wielowątkowość „Złodziejki książek”. Może gdyby film opowiadał po prostu o tym, jak Liesel kradła te książki, całość oglądałoby się lepiej. Tymczasem, ten motyw został poruszony przez skromne kilka minut, całą resztę zajmują pozostałe wątki – równie ciekawe, ale chyba już na inny film. Ale cóż, w każdym filmie o czasach nazizmu musi być rodzinka ukrywająca Żyda, tudzież kilku. Jednak ekranizacja powieści Markusa Zusaka ma też swoje plusy. Choć trochę ciężko je dostrzec, należy je podkreślić. Wśród nich klasyfikuje się przepiękna głębia kolorów i cudowne kostiumy. Liesel nawet ubrudzona błotem po szyję wygląda naprawdę pięknie. Do niezaprzeczalnych zalet filmu należą muzyka i wiele ujęć, które razem tworzą obraz przypominający sceny z melodramatów z klasyki kina. Jeszcze pokrótce opiszę grę aktorską, choć widzę, że ta recenzja do najkrótszych nie będzie należeć. Sophie Nélisse w roli Liesel Meminger jest niesamowita. Naprawdę, nie mogę się doczekać aż  ta czternastoletnia kanadyjka podrośnie i zacznie grać w kolejnych filmach. Mam tylko nadzieję, że ta śliczna, młoda dziewczynka nie zniknie z kina i nie rozpuści jej sława. Rosa Hubermann nie mogła być lepiej ukazana niż przez Emily Watson. Ta silna, zdystansowana postać świetnie pasowała do twarzy aktorki. No i na końcu śmierć. Śmierć, czyli narrator filmu, któremu głosu użyczył Roger Allam. Narracja zwykle irytuje mnie w filmach, brzmi trochę zbyt patetycznie. Tu jednak głos śmierci był tak subtelny i miękki, że zdobył moje zainteresowanie.

   Na dziś już wystarczy. Zapraszam do obejrzenia filmu, wołam też o cierpliwość, niekiedy pewne sprawy potrzebują czasu. Mam nadzieję, że czytelnikom podoba się nowa odsłona cup-of-art, zarówno tematyka jak i kolorystyka. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy dotarli aż do końca i życzę miłego weekendu. :)

A.P.

„Wolność – kocham i szanuję. Wolności oddać nie umiem.”

     Zakładając tego bloga nie byłam do końca pewna, o czym chcę pisać. W sumie to jedna z moich starszych sióstr podsunęła mi pomysł recenzowania. To z takiego poczucia nieokreślenia w sferze pisania ten blog ma formę jaką ma. Teraz czuję potrzebę obsypywania go recenzjami filmów, a opisywanie książek już dawno chyba zniknęło z mojej głowy i nie mam pojęcia kiedy jakaś powieść mogłaby się pojawić jako temat wpisu. Dlatego pozwolę sobie zmienić dziś troszeczkę konwencję bloga. Otóż, będą tu głównie recenzje filmów, od czasu do czasu wtrącone coś o muzyce. Po prostu odkryłam, że o filmach pisze mi się najszybciej, najprościej i najprzyjemniej. Oczywiście wszystko nadal jest całkowicie amatorskie. Z racji potrzeby przekazania takiej informacji nie owijam już w bawełnę. Dziś zaprezentuję film „Wałęsa, człowiek z nadziei”.


Od razu zaznaczam, że piszę o filmie, a nie o tym, co wydarzyło się naprawdę. Wydaje mi się, że nie do końca mam prawo wypowiadać się na temat pewnych wydarzeń, ponieważ kiedy miały one miejsce nie było mnie jeszcze na świecie. Wiem, że w Polsce uczucia wobec pana Lecha Wałęsy są dosyć skrajne, nie sądzę jednak, że mam jakiekolwiek podstawy do stawania po którejkolwiek stronie. Jak było naprawdę? Nie wiem. Mogę jedynie spróbować wyobrazić sobie te sytuacje z perspektywy samego Wałęsy, rządu, czy robotników na bazie podręczników do historii czy omawianego dziś filmu. Dlatego pozwolę sobie pożyczyć dwa słowa od blogującej koleżanki Ani: calm down.

„Wałęsa, człowiek z nadziei” to kolejne dzieło Andrzeja Wajdy. Reżyser stwierdził podobno, że film ten mógłby być następną częścią cyklu, w którym znajdują się już „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza”. Parę lat temu, gdy Wajda dopiero zbierał ekipę, zachodnie media spekulowały, jakoby scenariusz do filmu miała napisać Agnieszka Holland, jednak ostatecznie zrobił to Janusz Głowacki. Premiera miała miejsce 4 października ubiegłego roku, ale już miesiąc później odbył się uroczysty pokaz filmu w Audytorium w Kongresie USA w Waszyngtonie. Gościem honorowym był sam prezydent Wałęsa, który po obejrzeniu materiału stwierdził, że „nie jest aż tak bufoniasty”.


Mówiąc krótko, film opowiada przemianę prostego człowieka, jego drogę do zmiany gospodarki polskiej. Myślę, że sama koncepcja nie jest nikomu obca, mam na względzie fakt, że nawet taki tępak historyczny jak ja, wie mniej więcej co i jak. W filmie przeplatane są ze sobą sceny wywiadu włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci z Lechem Wałęsą, ze scenami ukazującymi przebieg historii i urywkami rzeczywistych nagrań z tamtych lat.

Zupełnie pomijam stosunek do samego Wałęsy, nie znam się na polityce, chyba nawet nie chcę się znać. Przedstawiam jedynie opinię o pracy Wajdy. Będę szczera – nigdy nie przepadałam za jego kinem. Tu mnie również nie przekonał, film zawdzięcza moje zainteresowanie tylko i wyłącznie kilku nazwiskom. Przede wszystkim zaangażowanie Roberta Więckiewicza do roli Lecha Wałęsy. Pomijam fakt, że Więckiewicz wydał mi się uderzająco podobny do granej przez siebie postaci. Myślę, że zrobił kawał dobrej roboty, szczególnie wyraźna jest jego praca nad charakterystycznym sposobem mówienia prezydenta. Agnieszka Grochowska w roli Danuty przedstawiła się równie pozytywnie. W wywiadach czytałam, że dość ciężko było jej znaleźć materiały do zbudowania postaci, ale zwyczajnie nie dało się jej pominąć. Grochowska przedstawiła Danutę Wałęsę dokładnie tak, jak można by ją sobie w owych czasach wyobrażać. Ale w filmie pojawia się wiele znanych polskich aktorów m.in. Maciej Stuhr, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Cezary Kosiński. Pojawia się również Dorota Wellman w roli Henryki Krzywonos. Co jednak nie pasuje mi w tym filmie to te powklejane autentyczne nagrania. Mam wrażenie, że przez nie całość jest mniej przekonująca. Jakbym chciała obejrzeć dokument – obejrzałabym dokument, a miał być przecież film biograficzny. Jedynie scena na końcu w miarę pasuje jako ładne zwieńczenie pracy, reszta wygląda troszeczkę tak, jakby ekipie zabrakło czasu na realizację wszystkich ujęć.


Film polecam starszym czytelnikom jako przypomnienie sobie wydarzeń sprzed trzydziestu lat, młodszym zaś jako troszeczkę ciekawszą niż w szkole lekcję historii. Nie uważam go za hit kinowy, dzieło, które wypełni mi oczy łzami, ale mimo to warto sobie w wolnej chwili film o Wałęsie obejrzeć. Dziś już kończę i zapraszam za tydzień na lekko odmienioną filiżankę sztuki. Cóż, życzę wszystkim miłego weekendu. :)

A.P.

„Tak bardzo walczę o życie, że nie mam już czasu żyć.”

     Zastanawialiście się czasem jak ułożyłoby się wasze życie, gdyby nagle spadła na was wiadomość o poważnej, czy nawet śmiertelnej chorobie? Czy umielibyście odważnie stanąć do walki, chwytać się brzytwy, łapać byka za rogi, czy może zawinęlibyście się gdzieś w kącie i w głębokiej depresji czekali na godzinę zero? Szczerze mówiąc, chyba nikt nie potrafi ocenić tego, jak zachowałby się w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami, nieuniknionej i bardziej rzeczywistej niż kiedykolwiek śmierci. W takiej sytuacji został postawiony główny bohater opisywanego dzisiaj filmu, Ron Woodroof z „Witaj w klubie”.

       Film Jeana Marca Vallée o oryginalnym tytule „Dallas Buyers Club” zadebiutuje w polskich kinach dopiero 14 marca, choć pierwszy trailer wypuszczono 27 sierpnia ubiegłego roku. Historia zarażonego wirusem HIV Rona Woodroofa miała premierę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto 7 września 2013. Dramat „Witaj w klubie” otrzymał sześć nominacji na gali Academy Awards, dwie nagrody Screen Actors Guild, a w czasie ceremonii rozdania złotych globów można było zobaczyć jak panowie McConaughey i Leto otrzymują nagrody dla najlepszego aktora i najlepszego aktora drugoplanowego. To nie koniec nagród, dzięki oryginalnemu scenariuszowi film był też nominowany na Writers Guild of America Awards. Z kolei National Board of Review nazwał „Witaj w klubie” jednym z najlepszych niezależnych filmów ubiegłego roku.

     Dramat, o którym mam dziś przyjemność pisać jest luźną biografią żyjącego w drugiej połowie ubiegłego wieku elektryka Rona Woodroofa, który w wieku trzydziestu sześciu lat dowiaduje się, że ma dość szybko postępujące AIDS. W filmie Ron jest raczej rasistą i homofobem, brzydzi się homoseksualistami. Nie wierzy, że może cierpieć na „chorobę pedałów”, bo przecież jest stuprocentowym mężczyzną. Początkowo próbuje wytłumaczyć sobie, że lekarze na pewno się pomylili, lecz gdy zauważa pogłębiające się objawy postanawia rozpocząć terapię. Zauważa jednak, że leki podawane przez lekarzy mu szkodzą. Ron postanowił wybrać pierwszą z opcji, które opisałam na wstępie, tzn. zaczął szukać innych leków. Ponieważ nie mógł ich dostać w Stanach pojechał najpierw do Meksyku. Po jakimś czasie otworzył klub dla ludzi chorych na AIDS, którym przywoził różne substancje niezagrażające życiu – m.in. witaminy i białka. Film opowiada głównie o problemach z jakimi się borykał prowadząc klub i o nieustannej walce Rona o życie, którego jak sam przyznał, nie miał czasu prowadzić tak jak by chciał.

     Ciekawa jest historia pomysłu na film biograficzny o Ronie. Wszystko rozpoczęło się latem 1992 roku, kiedy Bill Minutaglio, dziennikarz z Dallas Morning News, natknął się na artykuł o pacjentach z AIDS w różnych miastach w całych Stanach. Łączyli oni swoje zasoby, płacili przedsiębiorcom, aby oni dostarczyli im leki niezatwierdzone w USA. Minutaglio w końcu wpadł na trop Rona Woodroofa, wąsatego, zdrowo klnącego przewodniczącego klubu nabywców z Dallas. Po jakimś czasie udało mu się namówić Rona do rozmowy. Doprowadziło to do powstania artykułu „Buying Time” w magazynie Morning News’ Sunday. Krótko jego po opublikowaniu, scenarzysta Craig Borten pojechał do Dallas i spędził trzy dni na rozmowach z Woodroofem. Ich wynikiem jest scenariusz, na postawie którego film możemy oglądać dziś.

 

     W filmach biograficznych lubię to, że zawsze za fabułą kryje się jej alternatywna, prawdziwsza wersja. Jak w większości przypadków, w filmie jest parę odstępstw od prawdy. Nie chcę tu potencjalnym przyszłym widzom psuć seansu spoilerami, ale po obejrzeniu filmu zachęcam do doczytania faktów z życia Rona, bo niektóre z nich są naprawdę ciekawe. Myślę, że nie przekroczę żadnych granic jeśli napiszę, że Woodroof tak naprawdę nigdy nie jeździł na rodeo, czy że miał żonę. Ponadto, Woodroof był znany z dziwacznych zachowań, ale McConaughey ukazał go znacznie bardziej szorstkim i konfrontacyjnym, niż był w rzeczywistości. Skoro wspomniałam już o odtwórcy roli Rona, muszę powiedzieć, że w filmie wygląda naprawdę strasznie. Jest zupełnie do siebie nie podobny, tragicznie wychudzony – można przeczytać, że do roli zrzucił 17 kilogramów. Jego gra nie kończy się na samych gestach i słowach. Byłam pod wielkim wrażeniem pracy Matthew’a McConaughey’a, naprawdę nie dziwi mnie, że otrzymał nominację do Oskara za tę rolę. Jego znajomą lekarkę Dr Eve Saks zagrała Jennifer Garner, której chyba było ciężko się wybić przed dwóch szokujących bohaterów. Nie można przecież pominąć Jareda Leto, który w filmie wystąpił jako transwestyta Rayon, przyjaciel i współpracownik Rona. Nie wspomnę o samym przebraniu, o kostium i makijaż naprawdę nie trudno. Leto jest równie blady i wychudzony jak McConaughey, jego szkielet wybijający się ze słabo zarysowanych mięśni ubrany w różową sukienkę potrafi dać do myślenia.

     Cóż, nie rozpisałam się tak bardzo jakbym chciała, ale recenzja i tak jest już całkiem długa. Mimo wszystko, jest jeszcze tyle słów, które należałoby napisać. Myślę, że czytelnika podobnie jak siebie pozostawiam dziś z lekkim niedosytem. Jeśli kogoś ten temat wciągnął równie mocno jak mnie zapraszam do przeczytania paru zdań o Ronie Woodroofie, bo od tematu takiej osoby ciężko przejść bez słowa. Film serdecznie polecam, ale na dzisiaj już wystarczy. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

A.P.

„Pozorami gra nasz wspólny świat, chłoniecie go od lat.”

     Przyznam, że miałam potężne problemy z weną w tym tygodniu. Myślałam nawet o zawieszeniu bloga na jakiś czas. Desperacko szukałam inspiracji, a i tak jedyne na co miałam ochotę to leżeć i słuchać ulubionych melancholijnych kawałków. Któregoś jednak dnia poczułam potężne natchnienie do znalezienia czegoś ciekawego do opisania. Nie zdarzyło mi się przeczytać ostatnio żadnej interesującej książki, wychodzi na to, że wcale nie czytam tak dużo. Dwa ostatnie wpisy były o filmach, więc czas na album. Znajomi czasem narzekają, że nie piszę o niczym śpiewanym po polsku, dlatego to ustaliłam sobie za cel. Nie ułatwiło mi to wcale zadania, ale w końcu znalazłam parę ciekawych propozycji. Spośród nich wybrałam krążek dość popularnej młodej wokalistki. Muszę przyznać, że nowym albumem „(W)inna?” Ewy Farnej jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona.

     Ewę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy była charakterną nastolatką grającą muzykę po swojemu. Nie do końca podoba mi się sfera, w którą muzycznie Ewa teraz wkracza, choć nie wydaje mi się, że ktokolwiek jej coś narzuca. Co jest dla mnie kompletnie niesamowite, Ewa zadebiutowała mając jedyne 11 lat. Zwykle nie przepadam za małolatami zabierającymi się za muzykę myśląc, że powinny dać dorosnąć swojemu wokalowi. Ewa kompletnie niszczy mój mózg, kiedy słucham jej niezaprzeczalnego hitu „Cicho” i próbuję uwierzyć, że ta wypełniona ogniem dziewczyna ma kilkanaście lat. Farna nazbierała już sporo nagród, tyle, że trudno mi je tu wszystkie wymienić. Jest autorką już siedmiu albumów. Ogólnie Ewę Farną jako osobę publiczną odbieram raczej pozytywnie, chyba nawet gdzieś tam po cichu zazdroszcząc, bo mimo tego, że jesteśmy w tym samym wieku ona zdążyła zrobić tak dużo, a ja tak niewiele.

 

     Nie przepadam za kawałkami Ewy po czesku, ale przyznaję, bardzo to szanuję. Zawsze cenię, kiedy artysta śpiewa w swoim ojczystym języku. Mimo to, subiektywnie cieszę się, że większość utworów na albumie „(W)inna?” jest po polsku. Krążek ten został wydany 21 października ubiegłego roku dzięki wytwórni Magic Records, a w styczniu 2014 uzyskał status złotej płyty. W całej dyskografii jest to jak już wspomniałam siódmy album, jednak dopiero czwarty po polsku. „Dopiero” to bardzo złe słowo – kto w wieku 21 lat ma na koncie cztery albumy w jednym języku i trzy w innym?

     Wielka fanka Ewy zagląda mi przez ramię, więc chyba nie mogę napisać o płycie złego słowa. Cóż, postaram się być jak najbardziej rzeczowa. Album otwiera pierwszy singiel, czyli piosenka pt. „Znak”. Trochę wstyd przyznać, że teraz dopiero słucham jej pierwszy raz, wiem, że w sieci można było ją znaleźć już jakiś czas temu. Podoba mi się klimat tego utworu i bogaty zakres instrumentów. Dość ciężko jest określić tę piosenkę w kilku zdaniach, jest naprawdę różnorodna. Może trochę nie mój klimat, ale rozumiem, co może się innym w niej podobać. Dalej jest „Tajna misja”, utwór o formie charakterystycznej dla Ewy. Właśnie tak pamiętam jej utwory z poprzednich płyt. Nie mogę powiedzieć, że utwór jest najciekawszy na albumie, ale sądzę, że ma dość spory potencjał do wykonań na żywo. Dalej mamy bardzo popularny radiowy kawałek „Ulubiona rzecz”. Jest to drugi singiel z omawianego krążka, stąd tak duże zainteresowanie radia. Moim zdaniem piosenka jest całkiem ciekawa, ale trochę przesłodzona. Nie cierpię takich wokalnych popisówek w piosenkach, a „Ulubiona rzecz” jest nią naprawdę mocno wysycona. Sam koncept za to ciekawy, a teledysk jest pomysłowy, nakręcony z humorem i dobrym gustem. Lubię słyszeć tę piosenkę w radiu kiedy jadę samochodem, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona piosenka. Mały pomysł – „Ulubiona rzecz” grana akustycznie może okazać się prawdziwą perełką. Przy numerze cztery troszeczkę się wyciszamy. Utwór „Przepraszam” już w paru pierwszych nutach i słowach mówi wiele o sobie. Ten wokal wolę dużo bardziej niż z poprzednich kawałków. Uwielbiam, kiedy Ewa w czasie piosenki z niemalże szeptu przechodzi w pełnię swojego mocnego głosu. To idealny moment by przemyśleć błędy, jakie każdemu z nas wydarzyło się kiedyś popełnić. Brawo, Ewa, za „Przepraszam” czapki z głów. Równie spokojna, ale dużo weselsza jest piosenka „Nie w porę”. Najważniejsze co chcę o niej napisać – uwielbiam to, jak ciepła jest ta piosenka. W porównaniu z tymi radiowymi, trochę komercyjnymi kawałkami jest naprawdę dojrzała. Cieszę się, że Ewa umiała połączyć tak ciekawe, czysto akustyczne utwory z tamtymi ociekającymi niemal barokowym przepychem. Wstęp do „Ktoś z nami kręci”? Wow! Czy przy nagrywaniu płyty brała udział Whitney Houston?! Nie, to Ewa! Sama piosenka owiana aurą tajemniczości, a w wokalu dziewczyny słychać sporo emocji. Całkiem ciekawa jest też oprawa, dość mocna rockowa linia melodyczna. Dalej jest równie głośny kawałek „Daj mi żyć”. Obecność takich rockowych kawałków mnie cieszy. W twórczości Farnej to one zawsze podobały mi się najbardziej. Takich kawałków chcę od Ewy więcej. Chcę jej unikalnego charakteru, a nie komercyjnych muzycznych bubli, które może wydać tak naprawdę każdy. Co do następnej piosenki nie powiem nic dobrego. „Z napisami” mnie odrzuca już po pierwszym przesłuchaniu. Dlaczego? Dub step wszechobecny dosięgnął nawet Ewy Farnej. Lepiej przejdźmy dalej, bo tam czeka kolejny spokojny utwór. „Mamo!” nie jest piosenką lekką, dlatego trudno też jest o niej pisać. Wiele już powstało kawałków skierowanych do mam, chyba nie do końca przepadam za podstępnie ukrytymi w nich wymuszonymi patetycznie emocjami. Rozumiem jednak, że ten utwór może być jakoś szczególnie ważny dla artystki. Odpoczniemy teraz przy „Rutynie”. Podoba mi się ten klimat muzyki, a chyba bardziej powinniśmy skupić się na tekście. Myślę, że tu Ewa się trochę otwiera, raz jeden odpowiada na nieprzychylne komentarze. Wcale się jej nie dziwię, to musi być okropne uczucie kiedy każdemu wydaje się, że ją zna. Głównie dlatego szanuję ten utwór, dużym plusem są też mocno podkreślone zdolności wokalne Farnej, niektóre noty naprawdę wywołują ciarki na plecach. Na miejscu jedenastym ciekawy utwór z przekąsem, czyli „Poradnik dla początkujących”. No i jak przed chwilą zachwalałam niewątpliwe zdolności, tu uwielbiam tę prostotę i luz w jej głosie. Cała piosenka jest żartem, a jeśli się nie mylę – ja i Ewa mamy podobne poczucie humoru, bo żart jest bardzo dobry. No i to solo na koniec, genialne. Na koniec bardzo sympatyczne pożegnanie, w którym Ewa udowadnia, że pięknie śpiewa również po angielsku. Ten ostatni kawałek to takie trochę „ups, przypadkowo nagrał nam się mały jamming”, ale naprawdę wzbudza we mnie tylko pozytywne odczucia.

 

Cóż, no i co ja mogę na koniec napisać? Muzykę Ewy można lubić, a można za nią nie przepadać. To kwestia gustu. Niepodważalnym jest fakt, że to niesamowicie utalentowana, pełna poczucia humoru dziewczyna, która po prostu robi z muzyką to, co chce. To oczywiście bardzo dobre podejście, miejmy nadzieję, że Ewa Farna będzie się go trzymać jak najdłużej. Jak zwykle opinię zostawiam każdemu do wywnioskowania we własnym zakresie i kończę już dzisiejszy wpis. A przerwa? Będę walczyć, starać się, bo to naprawdę miłe uczucie patrzeć na notkę, której temat tak ciężko było wymyślić. Do przeczytania za tydzień!

Miłego weekendu :)

A.P.

„This one’s dead. Throw it away.”

     Nigdy chyba nie zdarzyło się, żebym pisała o czymś, co mi się nie koniecznie podobało. Chyba nie powinniśmy za szybko skupiać nadziei na czymś, co niekoniecznie będzie wyglądało tak, jak byśmy tego chcieli. Coś, co miało być tak wspaniałe okazało się jednym wielkim fiaskiem. Przedwczesne zachwyty niosą za sobą jedynie rozczarowanie. Tak właśnie było w przypadku mojego podejścia do filmu, o którym będę dziś pisać. Zawarta w tytule ciekawa tematyka z ogromnym potencjałem wzbudziła we mnie wielkie zainteresowanie, które niestety zgasło już po kilkunastu minutach. Mimo wszystko chcę podzielić się odczuciami po seansie, dlatego przedstawię dziś film „Handlarze dziećmi”.

      Film o oryginalnym tytule „Baby sellers” to dzieło amerykańskiego reżysera Nick’a Willinga. Dramat miał swoją premierę 17 sierpnia ubiegłego roku, ale w Polsce nie było o nim szczególnie głośno. Parę dni temu zupełnie przypadkowo dostrzegłam gdzieś tytuł tego filmu i znalazłam na portalu filmweb, by mniej więcej dowiedzieć się czegoś o fabule. Przeczytałam parę linijek tekstu, zakochałam się w plakacie, który zapowiadał ciekawy, klimatyczny dramat o naprawdę niebanalnej oprawie. Cóż, wszystko niby jest na swoim miejscu, ale tak jakby trochę mi czegoś brakowało. Ale o tym może potem.

      Jak już napisałam we wstępie, film „Handlarze dziećmi” nawet tytułem zdradza swoją intrygującą tematykę. Gdy rozpoczynamy seans poznajemy mieszkańców Indii, których rodziny mają się powiększyć. Zaraz potem przedstawiona zostaje nam Carla Huxley, szanowana właścicielka domu adopcyjnego i detektyw Nicole Morrison. W miarę trwania filmu dowiadujemy się skąd i na ile legalnie pani Huxley znajduje przyszłym rodzicom dzieci do adopcji. Cała fabuła opiera się na próbach ratowania dzieci porwanych m.in. z Indii czy Meksyku, jak również jest to nieudolna walka ze sprzedażą dzieci amerykanom zupełnie nieświadomym pochodzenia swoich nowych pociech. Co ciekawe, dom adopcyjny Carli zapewniał ludziom „adoptującym”, że mogą sobie wymarzyć jak ma wyglądać ich dziecko, a pani Huxley właśnie takie im dostarczała. Problem w tym, że nie zawsze prawdziwe było zapewnianie, że niemowlaki są sierotami.

     Podobało mi się, że widzowie nie są zanudzani przez pierwsze pół godziny. Jesteśmy od razu brutalnie wrzuceni na głęboką wodę. Taki zabieg bardzo mi imponuje, bo osobiście bardzo szybko się nudzę. Jeśli akcja książki lub filmu rozwija się zbyt długo, po prostu odkładam ją na potem i najczęściej nigdy nie wracam. Tu wszystko, co ważne dzieje się od pierwszej do ostatniej sekundy filmu. Muszę jednak przyznać, że „Handlarze dziećmi” mają taką dziwną atmosferę, jakby mało filmową. Konwencja bardziej tworzyła w mojej głowie wrażenie, że oglądam serial. Chyba brakowało mi mroczności, tajemniczości obiecanej na plakacie. Spodziewałam się dramatu o klimacie podobnym do tego w filmie „Oszukana” Angeliną Jolie. Zamiast tego dostałam obraz, który – daję słowo – przypomniał sceny z seriali typu „Agenci NCIS”. Rolę Carli Huxley powierzono Kirstie Alley, którą mając kilka lat uwielbiałam za rolę w filmie „I kto to mówi”. Przez te wszystkie lata aktorka zrobiła się trochę większa, a jej kariera opierała się raczej na tym ile przytyła i ile schudła. Cieszę się, że ją przywrócono do jej rzeczywistego zawodu. Aktorka, która zagrała detektyw Nic Morrison, czyli Jennifer Finnigan dodatkowo wzmogła we mnie poczucie, że oglądam jakiś kryminalny serial. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam widziałam Poppy Montgomery z „Bez śladu”. Film nie grzeszy innowacyjnością. Jest dość przewidywalny i wydaje mi się, kiepsko wykończony. Nagrodą za to wszystko są przewijające się piękne krajobrazy Indii. Oglądając „Handlarzy dziećmi” nie mogłam oprzeć się jednak wrażeniu, że reżyser i jego ekipa zmarnowali spory potencjał.

     Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie dokładnie powiedzieć, co poszło nie tak, niektóre sprawy potrafią nas głęboko rozczarować. To pewnie przez zupełnie mylne pierwsze wrażenie, które w pamięci zapisują obraz lub informację dużo bardziej pozytywną niż jest w zupełności. Dość często nabieram się na takie wrażenia, tak też było tym razem. Mimo to, polecam film do obejrzenia, do utworzenia własnej opinii o filmie „Baby sellers”. Na dziś to już koniec, ja serdecznie dziękuję za przeczytanie i jak zwykle zapraszam za tydzień. Miłego tygodnia. :)

A.P.