„This one made it personal.”

    Tydzień temu zaprezentowałam raczej ckliwy film, na pewno pełen wartości, ale dość nudny dla osób poszukujący wrażeń. Ostatnio obejrzałam tak porywający thriller, że nie mogę nawet znaleźć słów by jakoś zgrabnie zacząć dzisiejszy wpis. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się tak samo jak mi, proponuję więc przejść do rzeczy. Zaczynamy rozmyślania nad „Połączeniem”. 1

     Film ten miał premierę ponad rok temu, ale nie pamiętam, żeby był jakoś szczególnie promowany. Scenarzystą „Połączenia” jest Richard D’Ovidio, a reżyserem Brad Anderson, autor m.in. filmu z 2005 roku pt.: „Mechanik”. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Women’s International Film Festival w Regal South Beach 26 lutego 2013. Film okazał się sukcesem komercyjnym, zarobił prawie 60 milionów dolarów pomimo otrzymania mieszanych recenzji. Halle Berry, która grała główną rolę, była nominowana do nagrody Teen Choice Awards dla najlepszej aktorki w kategorii dramatów i najlepszej aktorki na festiwalu BET Awards.

2

    Halle Berry wciela się w postać Jordan Turner, telefonistki odbierającej połączenia alarmowe na numer 911. Na początku filmu odbiera połączenie z niejaką Leah Templeton, która zgłasza włamanie do jej domu. Połączenie to przez drobny błąd Jordan kończy się fatalnym niepowodzeniem. Następnie akcja zostaje przeniesiona do dnia około pół roku później. Jordan nie odbiera już połączeń ze względu na szczególne przeżycia sprzed kilku miesięcy. Zajmuje się wprowadzaniem nowych pracowników do świata, w którym kiedyś ona była jedną z lepszych. Jedna z nowicjuszek na oczach Jordan odbiera telefon, z którym wyraźnie sobie nie radzi, Jordan więc przejmuje słuchawkę. Okazuje się, że nastoletnia Casey została porwana i przerażona dzwoni z bagażnika samochodu. Jej telefon jednak jest na kartę, co uniemożliwia zlokalizowanie dziewczyny. Turner obiecuje sobie, że drugi raz nie popełni tego samego błędu. Nastolatka i telefonistka mają na swojej drodze sporo do przejścia, ale Jordan robi wszystko, by Casey przeżyła tę dramatyczną sytuację.

       Swój podziw zacznę od młodej Abigail Breslin, którą w tym filmie znamy jako Casey. Siedemnastoletnia wtedy dziewczyna świetnie poradziła sobie w tak trudnej roli. W niczym nie ustępowała aktorskiej weterance Halle Berry. Myślę, że tworzyły bardzo dobry duet, choć jest naprawdę niewiele scen, w których występują razem. Również Michael Eklund jest godny zauważenia w roli psychopatycznego oprawcy. Co najbardziej podobało mi się w „Połączeniu” to fakt, że akcja porwała moją uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy. Kiedy zostało ostatnie dziewięć minut filmu akcja została delikatnie „przyciszona”, a ja byłam pewna, że to już koniec, że zostały jakieś same końcowe sceny pokazujące, co wydarzyło się po całej sprawie. Nic takiego! Od tego filmu nie mogłam odwrócić oczu od samych początków do kompletnego końca. Myślę, że osoby spostrzegawcze dojrzą pewne sceny nieścisłości, których nie chcę wymieniać, aby nie psuć nikomu seansu. Są jednak drobne niedociągnięcia w scenariuszu. THE CALL

      Dzisiaj tak szybciutko. Jestem ostatnio kompletnie zablokowana twórczo i każde słowo wychodzi mi z ogromnym trudem. Nie wiem jakie są dalsze losy tego bloga. Naprawdę nie chcę go zawieszać, kończyć ani nic podobnego, ale nie wyobrażam sobie sytuacji w której musiałabym zmuszać się do pisania. Cóż, zostańmy na tym, że za tydzień jeszcze spróbuję. :) Dlatego zapraszam wszystkich serdecznie do komentowania, dajcie mi odrobinę motywacji. Miłego weekendu, moi drodzy.

A.P.

„Chcę wiedzieć, czy o mnie myślał. Tak jak ja każdego dnia myślałam o nim.”

     W tym tygodniu miałam zaskakująco dużo pomysłów na recenzję, a mimo to dość trudno było mi się zdecydować. Miałam wrażenie, że powinnam dzisiaj skupić się na czymś, co będzie niosło za sobą jakiś głębszy sens, jakąś myśl. Z drugiej strony nie chciałam też nadawać dzisiejszemu wpisowi oszukanej wzniosłości. Wybór padł na film, moim zdaniem bardzo ciekawy i oryginalny – ale ja zawsze lubiłam kino brytyjskie, zawarty w nim specyficzny klimat, specyficzny humor. Chociaż ten film potwierdza on regułę, że ostatnio wszystkie filmy powstają na bazie książek, zdecydowałam się o nim napisać. Zobaczmy, komu jeszcze się spodoba „Tajemnica Filomeny”.

KINÓWKI.pl      „Tajemnica Filomeny” to brytyjski dramat wyreżyserowany przez Stephena Frearsa. Scenariusz napisali Jeff Pope i odtwórca głównej męskiej roli – Steve Coogan. Film powstał na podstawie książki Martina Sixsmitha pt.: „Zagubione dziecko Filomeny Lee”. Ekranizacja tej publikacji miała premierę 31 sierpnia 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Dramat brał wtedy udział w Konkursie Głównym. Polska premiera kinowa przypadła na koniec lutego bieżącego roku. Film jest raczej odważny, bardzo łatwo zarzucić mu antykatolickość (co jest bardzo pozorne, ale o tym później). Mimo takiej ogromnej kontrowersji, którą za sobą niesie, został doceniony na niejednej gali nagród filmowych. Ekipa tego dramatu może pochwalić się czterema nominacjami do Oscarów i trzeba do Złotych Globów. Zdecydowanie najbardziej godny wspomnienia jest fakt, że „Tajemnica Filomeny” w Konkursie Głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymała aż dziewięć nagród, m.in. za najlepszy scenariusz.

2      Fabuła tego dramatu jest moim zdaniem nieprawdopodobnie ciekawa. Może nieco ckliwa, może nieco „babska”, ale czasem warto zrobić sobie przerwę od brutalnych filmów Kubrick’a czy Tarantino. Co ciekawe, w zaskakująco dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistą historią życia Filomeny Lee. Kiedy film zaczyna się poznajemy dziennikarza Martina Sixsmitha tuż po utracie pracy w BBC. Niedługo potem zaczepia go młoda kobieta, której matka wiele lat wcześniej straciła syna. Córka Filomeny prosi Sixsmitha o spotkanie z poszkodowaną. Mężczyzna początkowo niechętny, w końcu poznaje panią Lee. Ta opowiada mu jak doszło do jej tragicznego rozstania z synem. Wtedy dowiadujemy się, że chłopiec był dzieckiem nieślubnym. Ojciec samotnie wychowujący nastoletnią wtedy Filomenę, oddał ją pod opiekę siostrom zakonnym. Zakonnice z kolei bardzo mocno karały ją za grzech, którego się dopuściła. Bardzo młoda jeszcze Filomena przeszła ciężki poród, w czasie którego jej syn niemal zmarł – to wszystko oczywiście było początkiem jej pokuty. Aby młoda matka i jej syn Anthony mogli żyć wśród zakonnic, pani Lee musiała sporo przecierpieć. Nic jednak nie przekraczało granic jej wytrzymałości, Fil zrobiłaby wszystko, by być z synem. Jednak pewnego dnia do sióstr z wizytą przyjechali goście ze Stanów, którzy zabrali chłopca ze sobą. Historia wymuszonej adopcji poruszyła serce Martina i postanowił on pomóc starszej pani odnaleźć jej pięćdziesięcioletniego syna. Film przedstawia drogę, którą Martin i Filomena razem przeszli by odnaleźć Anthony’ego, odkrywa tajemnice i grzeszki sióstr zakonnych, a przede wszystkim uczy mieć nadzieję i walczyć mimo przeciwwskazań.

      Filomena Lee zagrana przez Judi Dench jest wyjątkowo ciepłą, uroczą i pocieszną babcią. Myślę, że jest to osoba, która potrafi wybaczać, jest wierna swoim przekonaniom i żyje w zgodzie z sobą i z Bogiem. To naprawdę przyjemne popatrzeć na osoby tak silne i szczęśliwe w życiu zbudowanym na zasadach, które wielu ludzi ma dziś za naiwność. Jej historia jest tak przejmująca, że mam ochotę wszystkim wyśpiewać jak potoczyły się poszukiwania Filomeny i Martina. Na całe szczęście ten film to nie tylko dobra fabuła. Historię dziarskiej Irlandki osadzono w przepięknych sceneriach wśród chłodnych angielskich krajobrazów. Dodatkowo Judi Dench i Steve Coogan stanowią naprawdę zgrabnie dogadującą się parę postaci. Mnie osobiście Steve bardzo przypominał Christophera Waltza, do którego mam spory sentyment. Jednak zdecydowanie największym plusem tego dramatu jest fakt, że mimo przytłaczającej tematyki jest to film niesamowicie relaksujący. Nie oglądamy rzewnej historyjki, czy wyciskacza łez. Nie jest to czysta, chamska gra na emocjach. Poza tym subtelnie zarysowanym, brytyjskim humorem, bardzo ciekawe są kwestie bohaterów. Szczerze mówiąc, mogłabym przytoczyć tu sporo cytatów podpatrzonych z tego starcia dwóch światów, ideologii, dwóch sposobów patrzenia na rzeczywistość. Podoba mi się, że to oskarżanie Kościoła i wytykanie mu jakichkolwiek błędów jest mocno pozorne, bo tak naprawdę w wielu scenach i kwestiach wypowiadanych przez aktorów scenariusz broni katolików i ich religijności. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że film promuje zdrową, szczerą wiarę, co mi osobiście bardzo odpowiada.

philomena

    Cóż, zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu, nie bez powodu przecież powstrzymywałam się od sypania spoilerami, na które miałam ochotę zdanie po zdaniu. Myślę, że warto zapoznać się ze sposobem bycia pani Filomeny, to naprawdę urocza, inspirująca postać. Dziś już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Kto wie, może znowu was zaskoczę jakąś ciekawą muzyką? Teraz już się żegnam i życzę wszystkim ciepłych, spokojnych świąt Wielkiejnocy.

„Was all this legal? Absolutely not.”

    Jest na świecie stanowczo za dużo rzeczy ważnych, żeby je teraz wymieniać. Oczywiście pozycje na tej liście i ich konfiguracja są różne dla każdego człowieka. Przecież każdy ma inne priorytety, przecież nie każdemu z nas zależy równie mocno na tej samej sprawie. Dziś napiszę o filmie ukazującym życie człowieka, który dobrze wiedział, czego chce. Sięgał tylko to, co było mu do szczęścia potrzebne i szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu, że mu się udało. Trzeba mieć silny charakter, by uparcie dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli droga do nich wiodąca jest pełna zagrożeń zdrowia, życia i wolności. Upraszczając, dziś o „Wilku z Wall Street”.

      Tytuł filmu, o którym dziś piszę na pewno każdemu obił się o ucho. Określane komedią kryminalną ostatnie dzieło reżysera Martina Scorsese zawitało do światowych kin 17 grudnia ubiegłego roku, polacy musieli czekać zaledwie kilkanaście dni dłużej. Zapewne ze względu na wielki prestiż i przypuszczalnie spory budżet, jeszcze przed premierą film był owiany aurą geniuszu. Chociaż był nominowany do 39 nagród, wygrał tylko jedną. Co prawda, nagroda była stuprocentowo zasłużona, bo trafiła do Leonardo DiCaprio, którego gra aktorska jest jednym z mocniejszych punktów. Prawda jest taka, że „Wilk z Wall Street” jest jedną wielką reklamą rozpustnego życia, na którą patrzy się całkiem przyjemnie tylko ze względu na to, że została wykonana bardzo profesjonalnie przy udziale wielu bardzo dobrych fachowców. Problem w tym, że treść sama w sobie nie porywa. Przynajmniej nie porwała mnie.

     Z jednej strony nazywany jest najlepszym filmem ubiegłego roku, z drugiej zaś szufladkowany do kategorii pustych, przesadnie wulgarnych, a nawet nudnych. Niektórzy zarzucają mu (nie wiem, czy mogę to tak nazwać) promowanie związków kazirodczych. Cóż, „Wilk z Wall Street” jest określany biografią niejakiego Jordana Belforta, który prowadzi narrację przez większość filmu. Wręcz oprowadza widza po swoim bogatym życiu chwaląc się nim, zupełnie jakby oprowadzał gościa po swojej nowej posiadłości. Opowieść zaczyna się, kiedy Jordan był raczej skromnym, początkującym brokerem giełdowym, któremu nawet na myśl nie przyszłoby to, co już parę lat później jest dla niego chlebem powszednim. Szybko zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy dzięki swojej niebywałej umiejętności sprzedaży. Niedługo później jego chciwość rośnie, a on sam pozwala sobie zachłysnąć się bogactwem. Rzuca się w świat rozpusty i ze swojej rozwijającej się w oszałamiającym tempie firmy maklerskiej urządza wielki burdel. Kiedy kokaina, morfina i inne perełki z porannego zestawu wspomagaczy przestają dawać mu odpowiedniego kopa, zaczyna brać wycofane ze sprzedaży leki. Muszę przyznać, że film wciąga, chociaż osobiście w czasie seansu głęboko zastanawiałam się jaki element tej wysoko promowanej farsy mi się podoba.

     Bo podobał mi się. Nie mogę powiedzieć, że trafił do gromadki moich ulubionych filmów i szczerze wątpię, że obejrzę go jeszcze raz. Na ogół nie lubię tego, co jest stworzone tylko po to, żeby się wszystkim podobało, ale tym razem zostałam przekupiona. Każda minuta tego filmu jest jak frytka w McDonald’s – niby brzuch pełny, same frytki też nie są szczególnie dobre, ale jakaś dziwna siła każde skubnąć jeszcze jedną, przecież jedna nie zaszkodzi. Nie miałam nic lepszego do roboty to obejrzałam, chociaż jak na taki film „o niczym” to „Wilk z Wall Street” jest zdecydowanie za długi.  Było tylko kilka scen spośród całej fabuły, które jakoś bardziej uchwyciły moje łase na wzruszenia serducho. Jedyną wartością odżywczą tych stu osiemdziesięciu „frytek” był Leonardo DiCaprio. Żałuję, że ten bardzo utalentowany aktor nie zdobył jeszcze Oscara, wierzę, że kiedyś mu się uda, ale cieszę się, że nie wydarzyło się to za sprawą tak przeciętnego filmu. Nie można też zauważyć pozostałych aktorów, bo Matthew McConaughey, Margot Robbie, czy Kyle Chandler również poradzili sobie świetnie, a Jonah Hill, grający Donniego był chyba moją ulubioną postacią. W sumie to wszystko – gra aktorska, muzyka, charakteryzacja i kostiumy, scenografia itd. – naprawdę wszystko jest wprost genialne, na pierwszy rzut oka zachwycające. Jedyne, czego brakuje to jakiś sensowny wniosek. Chociaż muszę przyznać odrobinkę spoilerując, że Jordan dostał za swoje grzeszki. Szkoda tylko, że nie wyciągnął wniosków i dalej żyje sobie gdzieś tam zbijając forsę na naiwnych ludziach by móc opłacić sobie kokę i dziewczynki. Na koniec dodam, że ktoś ciekawski policzył ile razy w „Wilku z Wall Street” pada słowo „fuck”. Ta magiczna liczba wynosi aż 506, co po krótkich przeliczeniach daje nam częstość padania tego słowa około 3 razy na minutę. Wyobrażacie sobie trzygodzinny film, w którym mówi się „fuck” (lub jego odmianę) średnio co 20 sekund?

     Nikt chyba nie spodziewał się, że recenzja najgłośniejszego filmu ubiegłego roku będzie krótka? Mam taką nadzieję i kończę dzisiejszą pracę nie przedłużając już więcej. Dzięki wszystkim za uwagę i zapraszam za tydzień. Jeśli dobrze pójdzie to może wtrącę jakąś recenzyjkę muzyczną? Co w na to? Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu. :)

A.P.

„The closer you look the less you’ll see.”

     Wracam po krótkiej przerwie, cała i zdrowa na szczęście. Tak jak obiecałam, przygotowałam na dziś wpis o całkiem przyjemnym filmie. Tym razem chciałam odbiec troszeczkę od tych napompowanych, przesadnie patetycznych dramatów, ale też starałam się unikać przekolorowanych komedii. Dlatego wybrałam film pierwotnie określony jako thriller, ale po obejrzeniu mogę śmiało stwierdzić, że ma on w sobie pewną lekką żartobliwość. Dodatkowo skusiła mnie obsada, a w niej m.in. legendarny Morgan Freeman, Jesse Eisenberg znany z  „Social Network”, czy Mélanie Laurent odkryta przeze mnie dzięki „Bękartom Wojny”. Przechodząc do rzeczy, dziś przedstawiam „Iluzję”.

      Reżyserem filmu jest Louis Leterrier, autor filmów „Transporter” i „Incredible Hulk”. Jego najnowsza praca, czyli „Iluzja” miała światową premierę 21 maja 2013, a polską nieco ponad miesiąc później. Ekipa zdobyła nagrodę People’s Choice w kategorii ulubiony thriller, a na gali Saturnów mogła cieszyć się dwoma nominacjami. Thriller zdobył mieszane recenzje, ale niewątpliwie okazał się sukcesem kasowym. Podobno nawet produkcja sequela „Iluzji” została oficjalnie potwierdzona.

       Kiedy film się zaczyna poznajemy czwórkę iluzjonistów i ich drobne sztuczki. J. Daniel Atlas jest ulicznym magikiem, a jego była asystentka, rudowłosa Henley Reeves występuje na scenie pokazując jak zakuta w łańcuchy potrafi uciec m.in. z akwariów. Jack Wilder to drobny kieszonkowiec specjalizujący się z imitowaniu głosów i otwieraniu zamkniętych drzwi, z kolei najstarszy z bohaterów – Merritt McKinney to mentalista, samozwańczy medium zajmujący się hipnozą. Cała czwórka otrzymuje zaproszenie do organizacji łączącej iluzjonistów zwanej Okiem. Jednak, aby do niej dołączyć muszą wykonać trzy przedstawienia globalnych rozmiarów. Po roku przygotowań główni bohaterowie nazwami Czwórką Jeźdźców rozpoczynają serię przekrętów, z którymi wiążą się ogromne sumy pieniędzy znikające z banków. Magiczne zagadki próbuje rozwiązać FBI i Interpol.

        Chciałoby się powiedzieć, że w filmie nie ma ani grama mało prawdopodobnych akcji typowych dla filmów o magii. Wszystko wydaje się z pozoru nie możliwe i sprawia wrażenie jednej wielkiej ściemy. Jednak każda ze sztuczek Czwórki Jeźdźców jest bardzo zręcznie wyjaśniona, mimo, że prawdziwy iluzjonista nie powinien zdradzać sekretu swojej magii. Jak już napisałam wcześniej, film jest naprawdę lekki, relaksujący i miejscami zabawny, choć przyznam, że jest też wyjątkowo intrygujący. Dodatkowo, mimo tego, że przez cały czas trwania filmu narzekałam tylko jakie to wszystko jest przewidywalne, zakończenie mnie odrobinę zaskoczyło. Podoba mi się to w jaki sposób iluzja została tu pokazana, wydaje mi się, że z odpowiednią ilością dystansu. Nie jest to uparte twierdzenie, że iluzja jest jedną wielką bzdurą, nie oglądamy też blisko stu dwudziestu minut uwielbienia magii i naiwnej wiary w nią. Kolejnym plusem „Iluzji” są ciekawie wykonane efekty specjalne, bo nie da się zaprzeczyć, że stanowią one spory procent całości. Znowu ekipa trafiła w punkt. Efekty nie są na miarę kolejnej części „Matrixa”, ale ich odpowiednia ilość i forma nadaje „Iluzji” odpowiedni klimat. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to sam scenariusz. Jego realizacja jak najbardziej mi pasuje, jednak jak na mój gust brakowało trochę scen pomiędzy występami Jeźdźców, cały film to praktycznie ich spektakle widziane jak w telewizji. Za to obsada to chyba największy plus tego filmu. Bardzo przyjemnie było patrzeć na pracę właściwie każdego z aktorów. Za bardzo się już rozpisałam, żeby wymienić każdego po kolei i opisać co mi się w ich grze podobało. A byłoby w czym przebierać! Oprócz osób które wymieniłam już we wstępie, w „Iluzji” wystąpili również Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Dave Franco i Michael Caine. Jedynie Isla Fisher w roli Henley wydawała mi się troszeczkę przesłodzona, cała reszta jak najbardziej pasowała do swoich ról.

     Podsumowując, jak najbardziej polecam. „Iluzja” to kino dla zmęczonych wymuszonym humorem dzisiejszych komedii, dla tych, którzy na moment chcą uwierzyć w magię. Na dziś już wystarczy, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Postaram się robić jak najmniej takich przerw jak tydzień temu. Miłego weekendu. :)

A.P.

„Don’t let go”

     Kiedyś pisałam o tym, że trudno jest określić jedną prawdę, bo każdy z nas postrzega ją na swój sposób. Nadal uważam, że ciężko się z tym nie zgodzić, ale są sprawy niezaprzeczalne. Są sprawy, w których postrzeganiu nie uczestniczą emocje. Czy nam by się to podobało, czy nie. Podobne odczucie mam w sprawie dzisiejszego filmu. Dramat ten jednych zachwyci, drugich potężnie rozczaruje. Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, po której chcę stanąć stronie. Może to rozjaśni się w miarę pisania. Cóż, zatem przedstawiam wam ubiegłoroczny, głośny film „Grawitacja”.

     „Grawitacja” to amerykańskiej produkcji dramat z elementami science – fiction. Podobno kiedy reżyser Alfonso Cuarón we współpracy z synem Jonásem skończył pisać scenariusz, postanowił wstrzymać produkcję filmu, ponieważ ówczesne technologie nie pozwalały na stworzenie wszystkiego zgodnie z jego wizją. Produkcję rozpoczęto dopiero cztery lata później. W końcu film doczekał się światowej premiery zaplanowanej na 28 sierpnia 2013 i polskiej niecałe dwa miesiące później. Mimo mieszanych uczuć ze strony widzów, film zainkasował aż 31 nagród i 44 nominacje. Reżyser został nagrodzony m.in. Złotym Globem, ale ekipa „Grawitacji” zgarnęła najwięcej nagród na gali BAFTA. Tam wyróżniono ją sześcioma nagrodami m.in za najlepszy film, czy najlepsze efekty specjalne.

       Fabuła filmu jest raczej prosta. Grupa naukowców przebywa w przestrzeni kosmicznej w celu naprawy jednego z satelit. Po tygodniu spędzonym w kosmosie pani doktor Ryan Stone kończy powoli swoje zadanie, kiedy dostaje informacje o nadchodzących odłamkach z zestrzelonej satelity. Ona i Matt Kowalsky są jedynymi z całej grupy, którym udało się przeżyć. Razem starają się przetrwać w pełnym niebezpieczeństw i niespodziewanych zagrożeń świecie, by w końcu spróbować wrócić na Ziemię. Cała akcja filmu dzieje się w kosmosie, a jedynymi aktorami, których widzimy są Sandra Bullock i George Clooney.

     Może zastanawiacie się skąd taki wstęp? Po co stwierdzenie, że niektóre rzeczy są niezaprzeczalne? Otóż, niezaprzeczalnie film „Grawitacja” jest niesamowicie intrygujący, jest to obraz wyjątkowy,  inny niż wszystkie. Odnoszę jednak wrażenie, że jest to kino tylko dla laików. Wystarczy tylko, że widz potrafi logicznie łączyć pewne fakty poznane jeszcze w podstawówce i seans nabiera dziwnego posmaku, że to (prawie) wszystko, przecież nie jest możliwe. Nie chcę zdradzać końca filmu, ale nikogo nie zaskoczę pisząc, że Ryan Stone jest wiele razy postawiona w sytuacji ogromnego zagrożenia. Uważam się za kompletnego laika w dziedzinie astronomii, ale wiem, że ta kobieta za każdym razem nie miała prawa przeżyć. Po prostu prawdopodobieństwo takiego przebiegu wydarzeń jest zbyt niskie. Film jest właściwie oparty na efektach specjalnych, które, przyznaję, są wykonane pięknie, miło zawiesić na nich oko na minutę lub dwie. Ale półtoragodzinny film oparty na praktycznie zerowej fabule i całej masie efektów specjalnych jak dla mnie nie ma prawa bytu. „Grawitacja” na pewno przejdzie co historii, ale myślę, scenariusz jest trochę przesadzony. Widać, że starano się zrobić film jak najbardziej prawdopodobny, nie jest to czyste science – fiction. Nie potrafię omówić innowacyjności i genialnej pracy przy efektach specjalnych kosmicznej wersji „Cast Away”, ale mam wrażenie, że cały ten ogrom pozostawia lekki przesyt i wątpię, że kiedykolwiek wrócę jeszcze do tego filmu. „Grawitacja” to zdecydowanie seans jednorazowy.

     Myślę, że istnieją filmy, które każdy powinien obejrzeć. „Brzdąc” z Charlie Chaplinem, czy kultowy „Brudny Harry”. Dlaczego wkładam „Grawitację” do tej samej szuflady? Robię to, bo niektóre filmy – nawet owiane ogromną chwałą – nie zachwycają. Dzisiaj już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Każdemu czytelnikowi przesyłam wielkie dzięki za odwiedziny i życzę jak zwykle miłego weekendu. :)

A.P.

„Wolność – kocham i szanuję. Wolności oddać nie umiem.”

     Zakładając tego bloga nie byłam do końca pewna, o czym chcę pisać. W sumie to jedna z moich starszych sióstr podsunęła mi pomysł recenzowania. To z takiego poczucia nieokreślenia w sferze pisania ten blog ma formę jaką ma. Teraz czuję potrzebę obsypywania go recenzjami filmów, a opisywanie książek już dawno chyba zniknęło z mojej głowy i nie mam pojęcia kiedy jakaś powieść mogłaby się pojawić jako temat wpisu. Dlatego pozwolę sobie zmienić dziś troszeczkę konwencję bloga. Otóż, będą tu głównie recenzje filmów, od czasu do czasu wtrącone coś o muzyce. Po prostu odkryłam, że o filmach pisze mi się najszybciej, najprościej i najprzyjemniej. Oczywiście wszystko nadal jest całkowicie amatorskie. Z racji potrzeby przekazania takiej informacji nie owijam już w bawełnę. Dziś zaprezentuję film „Wałęsa, człowiek z nadziei”.


Od razu zaznaczam, że piszę o filmie, a nie o tym, co wydarzyło się naprawdę. Wydaje mi się, że nie do końca mam prawo wypowiadać się na temat pewnych wydarzeń, ponieważ kiedy miały one miejsce nie było mnie jeszcze na świecie. Wiem, że w Polsce uczucia wobec pana Lecha Wałęsy są dosyć skrajne, nie sądzę jednak, że mam jakiekolwiek podstawy do stawania po którejkolwiek stronie. Jak było naprawdę? Nie wiem. Mogę jedynie spróbować wyobrazić sobie te sytuacje z perspektywy samego Wałęsy, rządu, czy robotników na bazie podręczników do historii czy omawianego dziś filmu. Dlatego pozwolę sobie pożyczyć dwa słowa od blogującej koleżanki Ani: calm down.

„Wałęsa, człowiek z nadziei” to kolejne dzieło Andrzeja Wajdy. Reżyser stwierdził podobno, że film ten mógłby być następną częścią cyklu, w którym znajdują się już „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza”. Parę lat temu, gdy Wajda dopiero zbierał ekipę, zachodnie media spekulowały, jakoby scenariusz do filmu miała napisać Agnieszka Holland, jednak ostatecznie zrobił to Janusz Głowacki. Premiera miała miejsce 4 października ubiegłego roku, ale już miesiąc później odbył się uroczysty pokaz filmu w Audytorium w Kongresie USA w Waszyngtonie. Gościem honorowym był sam prezydent Wałęsa, który po obejrzeniu materiału stwierdził, że „nie jest aż tak bufoniasty”.


Mówiąc krótko, film opowiada przemianę prostego człowieka, jego drogę do zmiany gospodarki polskiej. Myślę, że sama koncepcja nie jest nikomu obca, mam na względzie fakt, że nawet taki tępak historyczny jak ja, wie mniej więcej co i jak. W filmie przeplatane są ze sobą sceny wywiadu włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci z Lechem Wałęsą, ze scenami ukazującymi przebieg historii i urywkami rzeczywistych nagrań z tamtych lat.

Zupełnie pomijam stosunek do samego Wałęsy, nie znam się na polityce, chyba nawet nie chcę się znać. Przedstawiam jedynie opinię o pracy Wajdy. Będę szczera – nigdy nie przepadałam za jego kinem. Tu mnie również nie przekonał, film zawdzięcza moje zainteresowanie tylko i wyłącznie kilku nazwiskom. Przede wszystkim zaangażowanie Roberta Więckiewicza do roli Lecha Wałęsy. Pomijam fakt, że Więckiewicz wydał mi się uderzająco podobny do granej przez siebie postaci. Myślę, że zrobił kawał dobrej roboty, szczególnie wyraźna jest jego praca nad charakterystycznym sposobem mówienia prezydenta. Agnieszka Grochowska w roli Danuty przedstawiła się równie pozytywnie. W wywiadach czytałam, że dość ciężko było jej znaleźć materiały do zbudowania postaci, ale zwyczajnie nie dało się jej pominąć. Grochowska przedstawiła Danutę Wałęsę dokładnie tak, jak można by ją sobie w owych czasach wyobrażać. Ale w filmie pojawia się wiele znanych polskich aktorów m.in. Maciej Stuhr, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Cezary Kosiński. Pojawia się również Dorota Wellman w roli Henryki Krzywonos. Co jednak nie pasuje mi w tym filmie to te powklejane autentyczne nagrania. Mam wrażenie, że przez nie całość jest mniej przekonująca. Jakbym chciała obejrzeć dokument – obejrzałabym dokument, a miał być przecież film biograficzny. Jedynie scena na końcu w miarę pasuje jako ładne zwieńczenie pracy, reszta wygląda troszeczkę tak, jakby ekipie zabrakło czasu na realizację wszystkich ujęć.


Film polecam starszym czytelnikom jako przypomnienie sobie wydarzeń sprzed trzydziestu lat, młodszym zaś jako troszeczkę ciekawszą niż w szkole lekcję historii. Nie uważam go za hit kinowy, dzieło, które wypełni mi oczy łzami, ale mimo to warto sobie w wolnej chwili film o Wałęsie obejrzeć. Dziś już kończę i zapraszam za tydzień na lekko odmienioną filiżankę sztuki. Cóż, życzę wszystkim miłego weekendu. :)

A.P.

„Tak bardzo walczę o życie, że nie mam już czasu żyć.”

     Zastanawialiście się czasem jak ułożyłoby się wasze życie, gdyby nagle spadła na was wiadomość o poważnej, czy nawet śmiertelnej chorobie? Czy umielibyście odważnie stanąć do walki, chwytać się brzytwy, łapać byka za rogi, czy może zawinęlibyście się gdzieś w kącie i w głębokiej depresji czekali na godzinę zero? Szczerze mówiąc, chyba nikt nie potrafi ocenić tego, jak zachowałby się w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami, nieuniknionej i bardziej rzeczywistej niż kiedykolwiek śmierci. W takiej sytuacji został postawiony główny bohater opisywanego dzisiaj filmu, Ron Woodroof z „Witaj w klubie”.

       Film Jeana Marca Vallée o oryginalnym tytule „Dallas Buyers Club” zadebiutuje w polskich kinach dopiero 14 marca, choć pierwszy trailer wypuszczono 27 sierpnia ubiegłego roku. Historia zarażonego wirusem HIV Rona Woodroofa miała premierę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto 7 września 2013. Dramat „Witaj w klubie” otrzymał sześć nominacji na gali Academy Awards, dwie nagrody Screen Actors Guild, a w czasie ceremonii rozdania złotych globów można było zobaczyć jak panowie McConaughey i Leto otrzymują nagrody dla najlepszego aktora i najlepszego aktora drugoplanowego. To nie koniec nagród, dzięki oryginalnemu scenariuszowi film był też nominowany na Writers Guild of America Awards. Z kolei National Board of Review nazwał „Witaj w klubie” jednym z najlepszych niezależnych filmów ubiegłego roku.

     Dramat, o którym mam dziś przyjemność pisać jest luźną biografią żyjącego w drugiej połowie ubiegłego wieku elektryka Rona Woodroofa, który w wieku trzydziestu sześciu lat dowiaduje się, że ma dość szybko postępujące AIDS. W filmie Ron jest raczej rasistą i homofobem, brzydzi się homoseksualistami. Nie wierzy, że może cierpieć na „chorobę pedałów”, bo przecież jest stuprocentowym mężczyzną. Początkowo próbuje wytłumaczyć sobie, że lekarze na pewno się pomylili, lecz gdy zauważa pogłębiające się objawy postanawia rozpocząć terapię. Zauważa jednak, że leki podawane przez lekarzy mu szkodzą. Ron postanowił wybrać pierwszą z opcji, które opisałam na wstępie, tzn. zaczął szukać innych leków. Ponieważ nie mógł ich dostać w Stanach pojechał najpierw do Meksyku. Po jakimś czasie otworzył klub dla ludzi chorych na AIDS, którym przywoził różne substancje niezagrażające życiu – m.in. witaminy i białka. Film opowiada głównie o problemach z jakimi się borykał prowadząc klub i o nieustannej walce Rona o życie, którego jak sam przyznał, nie miał czasu prowadzić tak jak by chciał.

     Ciekawa jest historia pomysłu na film biograficzny o Ronie. Wszystko rozpoczęło się latem 1992 roku, kiedy Bill Minutaglio, dziennikarz z Dallas Morning News, natknął się na artykuł o pacjentach z AIDS w różnych miastach w całych Stanach. Łączyli oni swoje zasoby, płacili przedsiębiorcom, aby oni dostarczyli im leki niezatwierdzone w USA. Minutaglio w końcu wpadł na trop Rona Woodroofa, wąsatego, zdrowo klnącego przewodniczącego klubu nabywców z Dallas. Po jakimś czasie udało mu się namówić Rona do rozmowy. Doprowadziło to do powstania artykułu „Buying Time” w magazynie Morning News’ Sunday. Krótko jego po opublikowaniu, scenarzysta Craig Borten pojechał do Dallas i spędził trzy dni na rozmowach z Woodroofem. Ich wynikiem jest scenariusz, na postawie którego film możemy oglądać dziś.

 

     W filmach biograficznych lubię to, że zawsze za fabułą kryje się jej alternatywna, prawdziwsza wersja. Jak w większości przypadków, w filmie jest parę odstępstw od prawdy. Nie chcę tu potencjalnym przyszłym widzom psuć seansu spoilerami, ale po obejrzeniu filmu zachęcam do doczytania faktów z życia Rona, bo niektóre z nich są naprawdę ciekawe. Myślę, że nie przekroczę żadnych granic jeśli napiszę, że Woodroof tak naprawdę nigdy nie jeździł na rodeo, czy że miał żonę. Ponadto, Woodroof był znany z dziwacznych zachowań, ale McConaughey ukazał go znacznie bardziej szorstkim i konfrontacyjnym, niż był w rzeczywistości. Skoro wspomniałam już o odtwórcy roli Rona, muszę powiedzieć, że w filmie wygląda naprawdę strasznie. Jest zupełnie do siebie nie podobny, tragicznie wychudzony – można przeczytać, że do roli zrzucił 17 kilogramów. Jego gra nie kończy się na samych gestach i słowach. Byłam pod wielkim wrażeniem pracy Matthew’a McConaughey’a, naprawdę nie dziwi mnie, że otrzymał nominację do Oskara za tę rolę. Jego znajomą lekarkę Dr Eve Saks zagrała Jennifer Garner, której chyba było ciężko się wybić przed dwóch szokujących bohaterów. Nie można przecież pominąć Jareda Leto, który w filmie wystąpił jako transwestyta Rayon, przyjaciel i współpracownik Rona. Nie wspomnę o samym przebraniu, o kostium i makijaż naprawdę nie trudno. Leto jest równie blady i wychudzony jak McConaughey, jego szkielet wybijający się ze słabo zarysowanych mięśni ubrany w różową sukienkę potrafi dać do myślenia.

     Cóż, nie rozpisałam się tak bardzo jakbym chciała, ale recenzja i tak jest już całkiem długa. Mimo wszystko, jest jeszcze tyle słów, które należałoby napisać. Myślę, że czytelnika podobnie jak siebie pozostawiam dziś z lekkim niedosytem. Jeśli kogoś ten temat wciągnął równie mocno jak mnie zapraszam do przeczytania paru zdań o Ronie Woodroofie, bo od tematu takiej osoby ciężko przejść bez słowa. Film serdecznie polecam, ale na dzisiaj już wystarczy. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

A.P.

„Pozorami gra nasz wspólny świat, chłoniecie go od lat.”

     Przyznam, że miałam potężne problemy z weną w tym tygodniu. Myślałam nawet o zawieszeniu bloga na jakiś czas. Desperacko szukałam inspiracji, a i tak jedyne na co miałam ochotę to leżeć i słuchać ulubionych melancholijnych kawałków. Któregoś jednak dnia poczułam potężne natchnienie do znalezienia czegoś ciekawego do opisania. Nie zdarzyło mi się przeczytać ostatnio żadnej interesującej książki, wychodzi na to, że wcale nie czytam tak dużo. Dwa ostatnie wpisy były o filmach, więc czas na album. Znajomi czasem narzekają, że nie piszę o niczym śpiewanym po polsku, dlatego to ustaliłam sobie za cel. Nie ułatwiło mi to wcale zadania, ale w końcu znalazłam parę ciekawych propozycji. Spośród nich wybrałam krążek dość popularnej młodej wokalistki. Muszę przyznać, że nowym albumem „(W)inna?” Ewy Farnej jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona.

     Ewę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy była charakterną nastolatką grającą muzykę po swojemu. Nie do końca podoba mi się sfera, w którą muzycznie Ewa teraz wkracza, choć nie wydaje mi się, że ktokolwiek jej coś narzuca. Co jest dla mnie kompletnie niesamowite, Ewa zadebiutowała mając jedyne 11 lat. Zwykle nie przepadam za małolatami zabierającymi się za muzykę myśląc, że powinny dać dorosnąć swojemu wokalowi. Ewa kompletnie niszczy mój mózg, kiedy słucham jej niezaprzeczalnego hitu „Cicho” i próbuję uwierzyć, że ta wypełniona ogniem dziewczyna ma kilkanaście lat. Farna nazbierała już sporo nagród, tyle, że trudno mi je tu wszystkie wymienić. Jest autorką już siedmiu albumów. Ogólnie Ewę Farną jako osobę publiczną odbieram raczej pozytywnie, chyba nawet gdzieś tam po cichu zazdroszcząc, bo mimo tego, że jesteśmy w tym samym wieku ona zdążyła zrobić tak dużo, a ja tak niewiele.

 

     Nie przepadam za kawałkami Ewy po czesku, ale przyznaję, bardzo to szanuję. Zawsze cenię, kiedy artysta śpiewa w swoim ojczystym języku. Mimo to, subiektywnie cieszę się, że większość utworów na albumie „(W)inna?” jest po polsku. Krążek ten został wydany 21 października ubiegłego roku dzięki wytwórni Magic Records, a w styczniu 2014 uzyskał status złotej płyty. W całej dyskografii jest to jak już wspomniałam siódmy album, jednak dopiero czwarty po polsku. „Dopiero” to bardzo złe słowo – kto w wieku 21 lat ma na koncie cztery albumy w jednym języku i trzy w innym?

     Wielka fanka Ewy zagląda mi przez ramię, więc chyba nie mogę napisać o płycie złego słowa. Cóż, postaram się być jak najbardziej rzeczowa. Album otwiera pierwszy singiel, czyli piosenka pt. „Znak”. Trochę wstyd przyznać, że teraz dopiero słucham jej pierwszy raz, wiem, że w sieci można było ją znaleźć już jakiś czas temu. Podoba mi się klimat tego utworu i bogaty zakres instrumentów. Dość ciężko jest określić tę piosenkę w kilku zdaniach, jest naprawdę różnorodna. Może trochę nie mój klimat, ale rozumiem, co może się innym w niej podobać. Dalej jest „Tajna misja”, utwór o formie charakterystycznej dla Ewy. Właśnie tak pamiętam jej utwory z poprzednich płyt. Nie mogę powiedzieć, że utwór jest najciekawszy na albumie, ale sądzę, że ma dość spory potencjał do wykonań na żywo. Dalej mamy bardzo popularny radiowy kawałek „Ulubiona rzecz”. Jest to drugi singiel z omawianego krążka, stąd tak duże zainteresowanie radia. Moim zdaniem piosenka jest całkiem ciekawa, ale trochę przesłodzona. Nie cierpię takich wokalnych popisówek w piosenkach, a „Ulubiona rzecz” jest nią naprawdę mocno wysycona. Sam koncept za to ciekawy, a teledysk jest pomysłowy, nakręcony z humorem i dobrym gustem. Lubię słyszeć tę piosenkę w radiu kiedy jadę samochodem, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona piosenka. Mały pomysł – „Ulubiona rzecz” grana akustycznie może okazać się prawdziwą perełką. Przy numerze cztery troszeczkę się wyciszamy. Utwór „Przepraszam” już w paru pierwszych nutach i słowach mówi wiele o sobie. Ten wokal wolę dużo bardziej niż z poprzednich kawałków. Uwielbiam, kiedy Ewa w czasie piosenki z niemalże szeptu przechodzi w pełnię swojego mocnego głosu. To idealny moment by przemyśleć błędy, jakie każdemu z nas wydarzyło się kiedyś popełnić. Brawo, Ewa, za „Przepraszam” czapki z głów. Równie spokojna, ale dużo weselsza jest piosenka „Nie w porę”. Najważniejsze co chcę o niej napisać – uwielbiam to, jak ciepła jest ta piosenka. W porównaniu z tymi radiowymi, trochę komercyjnymi kawałkami jest naprawdę dojrzała. Cieszę się, że Ewa umiała połączyć tak ciekawe, czysto akustyczne utwory z tamtymi ociekającymi niemal barokowym przepychem. Wstęp do „Ktoś z nami kręci”? Wow! Czy przy nagrywaniu płyty brała udział Whitney Houston?! Nie, to Ewa! Sama piosenka owiana aurą tajemniczości, a w wokalu dziewczyny słychać sporo emocji. Całkiem ciekawa jest też oprawa, dość mocna rockowa linia melodyczna. Dalej jest równie głośny kawałek „Daj mi żyć”. Obecność takich rockowych kawałków mnie cieszy. W twórczości Farnej to one zawsze podobały mi się najbardziej. Takich kawałków chcę od Ewy więcej. Chcę jej unikalnego charakteru, a nie komercyjnych muzycznych bubli, które może wydać tak naprawdę każdy. Co do następnej piosenki nie powiem nic dobrego. „Z napisami” mnie odrzuca już po pierwszym przesłuchaniu. Dlaczego? Dub step wszechobecny dosięgnął nawet Ewy Farnej. Lepiej przejdźmy dalej, bo tam czeka kolejny spokojny utwór. „Mamo!” nie jest piosenką lekką, dlatego trudno też jest o niej pisać. Wiele już powstało kawałków skierowanych do mam, chyba nie do końca przepadam za podstępnie ukrytymi w nich wymuszonymi patetycznie emocjami. Rozumiem jednak, że ten utwór może być jakoś szczególnie ważny dla artystki. Odpoczniemy teraz przy „Rutynie”. Podoba mi się ten klimat muzyki, a chyba bardziej powinniśmy skupić się na tekście. Myślę, że tu Ewa się trochę otwiera, raz jeden odpowiada na nieprzychylne komentarze. Wcale się jej nie dziwię, to musi być okropne uczucie kiedy każdemu wydaje się, że ją zna. Głównie dlatego szanuję ten utwór, dużym plusem są też mocno podkreślone zdolności wokalne Farnej, niektóre noty naprawdę wywołują ciarki na plecach. Na miejscu jedenastym ciekawy utwór z przekąsem, czyli „Poradnik dla początkujących”. No i jak przed chwilą zachwalałam niewątpliwe zdolności, tu uwielbiam tę prostotę i luz w jej głosie. Cała piosenka jest żartem, a jeśli się nie mylę – ja i Ewa mamy podobne poczucie humoru, bo żart jest bardzo dobry. No i to solo na koniec, genialne. Na koniec bardzo sympatyczne pożegnanie, w którym Ewa udowadnia, że pięknie śpiewa również po angielsku. Ten ostatni kawałek to takie trochę „ups, przypadkowo nagrał nam się mały jamming”, ale naprawdę wzbudza we mnie tylko pozytywne odczucia.

 

Cóż, no i co ja mogę na koniec napisać? Muzykę Ewy można lubić, a można za nią nie przepadać. To kwestia gustu. Niepodważalnym jest fakt, że to niesamowicie utalentowana, pełna poczucia humoru dziewczyna, która po prostu robi z muzyką to, co chce. To oczywiście bardzo dobre podejście, miejmy nadzieję, że Ewa Farna będzie się go trzymać jak najdłużej. Jak zwykle opinię zostawiam każdemu do wywnioskowania we własnym zakresie i kończę już dzisiejszy wpis. A przerwa? Będę walczyć, starać się, bo to naprawdę miłe uczucie patrzeć na notkę, której temat tak ciężko było wymyślić. Do przeczytania za tydzień!

Miłego weekendu :)

A.P.

„This one’s dead. Throw it away.”

     Nigdy chyba nie zdarzyło się, żebym pisała o czymś, co mi się nie koniecznie podobało. Chyba nie powinniśmy za szybko skupiać nadziei na czymś, co niekoniecznie będzie wyglądało tak, jak byśmy tego chcieli. Coś, co miało być tak wspaniałe okazało się jednym wielkim fiaskiem. Przedwczesne zachwyty niosą za sobą jedynie rozczarowanie. Tak właśnie było w przypadku mojego podejścia do filmu, o którym będę dziś pisać. Zawarta w tytule ciekawa tematyka z ogromnym potencjałem wzbudziła we mnie wielkie zainteresowanie, które niestety zgasło już po kilkunastu minutach. Mimo wszystko chcę podzielić się odczuciami po seansie, dlatego przedstawię dziś film „Handlarze dziećmi”.

      Film o oryginalnym tytule „Baby sellers” to dzieło amerykańskiego reżysera Nick’a Willinga. Dramat miał swoją premierę 17 sierpnia ubiegłego roku, ale w Polsce nie było o nim szczególnie głośno. Parę dni temu zupełnie przypadkowo dostrzegłam gdzieś tytuł tego filmu i znalazłam na portalu filmweb, by mniej więcej dowiedzieć się czegoś o fabule. Przeczytałam parę linijek tekstu, zakochałam się w plakacie, który zapowiadał ciekawy, klimatyczny dramat o naprawdę niebanalnej oprawie. Cóż, wszystko niby jest na swoim miejscu, ale tak jakby trochę mi czegoś brakowało. Ale o tym może potem.

      Jak już napisałam we wstępie, film „Handlarze dziećmi” nawet tytułem zdradza swoją intrygującą tematykę. Gdy rozpoczynamy seans poznajemy mieszkańców Indii, których rodziny mają się powiększyć. Zaraz potem przedstawiona zostaje nam Carla Huxley, szanowana właścicielka domu adopcyjnego i detektyw Nicole Morrison. W miarę trwania filmu dowiadujemy się skąd i na ile legalnie pani Huxley znajduje przyszłym rodzicom dzieci do adopcji. Cała fabuła opiera się na próbach ratowania dzieci porwanych m.in. z Indii czy Meksyku, jak również jest to nieudolna walka ze sprzedażą dzieci amerykanom zupełnie nieświadomym pochodzenia swoich nowych pociech. Co ciekawe, dom adopcyjny Carli zapewniał ludziom „adoptującym”, że mogą sobie wymarzyć jak ma wyglądać ich dziecko, a pani Huxley właśnie takie im dostarczała. Problem w tym, że nie zawsze prawdziwe było zapewnianie, że niemowlaki są sierotami.

     Podobało mi się, że widzowie nie są zanudzani przez pierwsze pół godziny. Jesteśmy od razu brutalnie wrzuceni na głęboką wodę. Taki zabieg bardzo mi imponuje, bo osobiście bardzo szybko się nudzę. Jeśli akcja książki lub filmu rozwija się zbyt długo, po prostu odkładam ją na potem i najczęściej nigdy nie wracam. Tu wszystko, co ważne dzieje się od pierwszej do ostatniej sekundy filmu. Muszę jednak przyznać, że „Handlarze dziećmi” mają taką dziwną atmosferę, jakby mało filmową. Konwencja bardziej tworzyła w mojej głowie wrażenie, że oglądam serial. Chyba brakowało mi mroczności, tajemniczości obiecanej na plakacie. Spodziewałam się dramatu o klimacie podobnym do tego w filmie „Oszukana” Angeliną Jolie. Zamiast tego dostałam obraz, który – daję słowo – przypomniał sceny z seriali typu „Agenci NCIS”. Rolę Carli Huxley powierzono Kirstie Alley, którą mając kilka lat uwielbiałam za rolę w filmie „I kto to mówi”. Przez te wszystkie lata aktorka zrobiła się trochę większa, a jej kariera opierała się raczej na tym ile przytyła i ile schudła. Cieszę się, że ją przywrócono do jej rzeczywistego zawodu. Aktorka, która zagrała detektyw Nic Morrison, czyli Jennifer Finnigan dodatkowo wzmogła we mnie poczucie, że oglądam jakiś kryminalny serial. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam widziałam Poppy Montgomery z „Bez śladu”. Film nie grzeszy innowacyjnością. Jest dość przewidywalny i wydaje mi się, kiepsko wykończony. Nagrodą za to wszystko są przewijające się piękne krajobrazy Indii. Oglądając „Handlarzy dziećmi” nie mogłam oprzeć się jednak wrażeniu, że reżyser i jego ekipa zmarnowali spory potencjał.

     Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie dokładnie powiedzieć, co poszło nie tak, niektóre sprawy potrafią nas głęboko rozczarować. To pewnie przez zupełnie mylne pierwsze wrażenie, które w pamięci zapisują obraz lub informację dużo bardziej pozytywną niż jest w zupełności. Dość często nabieram się na takie wrażenia, tak też było tym razem. Mimo to, polecam film do obejrzenia, do utworzenia własnej opinii o filmie „Baby sellers”. Na dziś to już koniec, ja serdecznie dziękuję za przeczytanie i jak zwykle zapraszam za tydzień. Miłego tygodnia. :)

A.P.

„We’re just pretending to be a family to smuggle drugs across the border.”

     W nowy rok chyba najlepiej będzie wejść lekkim krokiem. Bez rozmyślań nad sprawami wymagającymi głębszych analiz, bez przesadnie wyszukanych tematów. Dość długo zastanawiałam się, czym powinnam uraczyć czytelników w pierwszym wpisie tego roku. Postawiłam na film z racji tego, że od ostatniej recenzji filmowej minęło sporo czasu. Nie chciałam, żeby był to jakiś dramat, kryminał, czy cokolwiek wymagającego szczegółowych przemyśleń. Czy cztery dni po sylwestrze ktoś jeszcze może mieć kaca? Cóż, nie wiem, nie chcę sprawdzać, ale na pewno najlżej będzie, gdy pomówię dziś o komedii. A tak się składa, że dość niecodzienna komedia miała premierę w 2013 roku i to właśnie o niej zdecydowałam się pisać. Proszę grzecznie przywitać się z „Millerami”.

     „Millerowie” to komedia kryminalna, której głównym bohaterem jest David, handlarz drobnych ilości marihuany. Normalny dzień dilera to naśmiewanie się z sąsiadki Rose, oglądanie filmików na YouTube, spotkania z różnymi klientami. Najczęściej David lubi pozostawać w cieniu, nie wychylać się za bardzo, wiedzie więc dość skromne, spokojne życie. Pewnego wieczora widzi jednak jak jego nastoletni sąsiad Kenny nieudolnie próbuje stawać w obronie dziewczyny o imieniu Casey, zaatakowanej przez kilku opryszków. David postanawia pomóc Kennemu i rozgonić nastoletnich złodziejaszków. Kenny próbując ich wystraszyć napastników chwali się tym, jak zarabia David. W efekcie diler jest zmuszony oddać wszystko co ma, łącznie z towarem i pieniędzmi, które miał w domu. Następnego dnia udaje się do szefa, tłumacząc jak stracił marihuanę i setki dolarów. Szef Davida – Brad postanawia odpuścić mu dług w wysokości czterdziestu trzech tysięcy jeśli tylko mężczyzna zgodzi zastąpić zabitego niedawno dostarczyciela towarów z Meksyku. David nie ma wyjścia, więc się zgadza mając jednak świadomość, że jeśli zostanie przyłapany na przemycie narkotyków do Stanów grozi mu dwadzieścia pięć lat w meksykańskim więzieniu. Załamany swoją sytuacją, a zainspirowany zatrzymującą się w pobliżu spokojną, wesołą gromadką podróżników postanawia wykreować własną rodzinę, z którą rzekomo będzie odwiedzał babcię w Meksyku. Wtedy po kilku namowach udaje mu się zwerbować striptizerkę  „Rose” do roli jego żony, prawiczka Kennego jako ich syna, a jako córkę wybiera Casey, która uciekła z domu, a teraz będzie udawać jego córkę. Cały film opowiada głównie o perypetiach fałszywej rodziny o przybranym nazwisku Miller w czasie ich podróży do Meksyku. Muszę przyznać, że komedia ta jest dość przewidywalna i ja osobiście nie szczególnie zalewałam się śmiechem oglądając ją. Mimo to, nie mogę powiedzieć, że jest słaba. Owszem, zawiera sceny na tyle wulgarne, że stały się po prostu niesmaczne, ale myślę, że jest dość lekka, w sam raz na relaksujący wieczór po ciężkim, stresującym dniu.         

     Jeśli chodzi o obsadę to chyba najbardziej podobał mi się wybór Jennifer Aniston do roli Sary „Rose” O’Reilly. Szczerze mówiąc to jest najbardziej znaną postacią spośród całej ekipy tego filmu. Chociaż Jason Sudeikis i Kathryn Hahn mają również sporo tytułów na koncie, nikt chyba nie dorówna niezapomnianej Rachel z „Przyjaciół”. W roli Kennego obsadzono Willa Poultera, a Casey zagrała Emma Roberts. Reżyserem „Millerów” jest niejaki Rawson Marshall Thurber, a film ten jest dopiero piątym w jego karierze. Myślę, że tempo jej rozwoju znacznie przyspieszy po ostatnim projekcie. Film był dosyć głośno omawiany, głównie ze sprawą swojej niezaprzeczalnej prowokacyjności. Niektórzy zarzucają mu, delikatnie mówiąc, mało wysublimowany humor i ciężko się z tym nie zgodzić. Moim zdaniem nie należy tak szybko wydawać osądów, komedia ma bawić, a o humorze, jak o guście się nie dyskutuje. Myślę, że zamiast tego należało by zaznaczyć to, że autorzy filmu nie pokusili się o tanie efekciarstwo. Nie widać w tym filmie żadnych przesadnych efektów specjalnych, żadnych wybuchających samochodów na tle zachodzącego słońca, które tak często można znaleźć w innych, rzekomo lepszych, filmach. „Millerowie” to komedia spójna i wykończona dosyć konsekwentnie. Myślę, że nie powinna się podobać jedynie ludziom o innym poczuciu humoru, ale chyba każdy ma do tego prawo, tak samo jak raper raczej nie przekona się do jazzu.

     Na tym kończy się nasze miłe spotkanie z rodziną Millerów. Myślę, że warto skusić się na krótki seans z ich udziałem. Chociażby po to, aby wyrobić sobie jakieś zdanie. A film jest jednym z tych, które się uwielbia, albo się kompletnie nie trawi. Oczywiście pozwolę wszystkim czytelnikom wystawić opinię o filmie „Millerowie” we własnym zakresie. Zapraszam w przyszłą sobotę i życzę miłego weekendu. :)

A.P.