„Czas przemija, pamięć nie.”

    Jakoś powoli brakuje mi natchnień. Dlatego dziś zamiast nad filmem postanowiłam popracować trochę nad muzyką. Myślę, że album, który wybrałam jest jednym z najbardziej wyczekiwanych z polskiego rynku muzycznego. Wiązały się z nim nadzieje i różne oczekiwania. Pewnie każdy, kto czekał na tę płytę wyobrażał ją sobie nieco inaczej. A jaka jest naprawdę solowa płyta Artura Rojka?

      Pan Rojek, były członek zespołów Myslovitz i Lenny Valentino, dziś raczy nas swoim pierwszym solowym projektem. Album zatytułowany „Składam się z ciągłych powtórzeń” miał premierę 4 kwietnia. Od dłuższego czasu promowany jest utworem „Beksa”, który pierwsze miejsce na liście przebojów trójki utrzymywał przez dobre kilka tygodni. Rojek tą płytą (i już od jakiegoś czasu OFF Festiwalem) udowadnia, że nie jest tylko maszynką do robienia dobrych kawałków dla Myslovitz.
    Płyta zaczyna się bardzo osobistym „Latem ’76″. To dobry utwór na rozpoczęcie pierwszego projektu. Myślę, że artysta tu się mocno otwiera, pokazuje swój prywatny świat. Słowa „gdybyś nie zahamował, nie byłoby mnie” wyśpiewane przez mężczyznę, który w wieku kilku lat prawie zginął pod kołami samochodu, mówią same za siebie – album będzie naprawdę osobisty. Ale czy to wszystko jest takie prawdziwe? Szczerze mówiąc, tylko Rojek wie co jest wspomnieniem, a co tworem wyobraźni. Można to przemyśleć podczas dalszych utworów m.in. „Beksy”, czyli wyżej przytoczonego singla. Kawałek ciekawy, ale uważam, że na płycie są inne, bardziej nadające się na promowanie albumu w radiu. „Beksa” jednak dobrze reprezentuje to wszystko, co po części istnieje w pozostałych piosenkach. Podoba mi się przechodzenie między utworami, podoba mi się taka niepolskość tego kawałka. „Beksę” cenię jednak najbardziej za to, że tak ciekawie ukazuje emocje, to dość rzadko spotykane w polskich produkcjach muzycznych ostatnich lat. W następnej piosence, czyli w „Krótkich momentach skupienia” bardziej da się wyczuć nowoczesność, ale nie jest to jeszcze tak irytujące jak mogłoby być. Ten kawałek mimo, że równie kipiący emocjami za sprawą charakterystycznego wokalu Artura Rojka, jest dużo mniej melancholijny. Przynajmniej muzycznie! Tekst, przyznaję, jest dość depresyjny. Numer cztery – „Czas, który pozostał”, chyba najmniej mi przypadł do gustu. Bardzo mocno przypomina mi amerykański rock eksperymentalny. To takie lekko teatralne brzmienie jest dosyć intrygujące, fajnie ubrany ciekawy tekst. Mimo wszystko, jak dla mnie to jest za dużo pomysłów skupionych w jeden numer. Mocno gryzą mi się te wspomniane teatralne granie z nowoczesną muzyką. Następną piosenkę fani poznali już jakiś czas temu. „Kot i pelikan” to nowa aranżacja utworu powstałego lata wcześniej. Niektórzy narzekają, że liczyli na jakieś nowe kawałki, ale przecież to tylko jeden na dziesięć! Moim zdaniem, Rojek podjął dobrą decyzję, dopracował starszą piosenkę i zgrabnie wkomponował ją w całość, która miała przecież być zanurzeniem we wspomieniach i potencjalnej, niespełnionej rzeczywistości. A „Kot i pelikan” to naprawdę porywająca spokojem i prostotą piosenka. Tym razem nie zgodzę się z zarzutami, przykro mi.
    Za to, stworzę własne zarzuty, bo nie rozumiem tego, co wydarzyło się w przypadku utworu „Kokon”. I to zaraz po tak delikatnym kawałku. Bardzo mimimalistyczny tekstowo, a dość mocno oparta na poszukiwaniu pomysłu ciekawej, nowoczesnej muzyki. Cóż, jeśli tak ma brzmieć muzyka w przyszłości, to pragnę dzisiaj umrzeć. Może jeszcze w tekście mogłabym znaleźć coś, co mnie zainteresuje, ale to wszystko. Rojka teksty zawsze mi się podobały, więc nie czuję się jakoś szczególnie zauroczona tym kawałkiem. To na szczęście zamienia się diametralnie przy następnym kawałku – „To, co będzie”. Myślę, że to jeden z lepszych utworów tego albumu. Trochę przypomina mi muzykę z jej lat świetności w Polsce, czyli z lat 90. Tutaj dostałam to, na co czekam zawsze przy przesłuchiwaniu nowej płyty, czyli piosenkę, która wpadnie w ucho i będzie mi brzęczeć w głowie przez tydzień. „To, co będzie” niezaprzeczalnie pobudza i motywuje. Miło dostać tak przyjemny zastrzyk energii z rąk (i ust…) Artura Rojka. Następne są „Syreny”, czy chyba najbardziej radiowy kawałek. To właśnie do tej (i do poprzedniej) piosenki będę wracać. Największe plusy tego utworu to jego jakaś naturalność, ona niesie za sobą głębokie odetchnienie, jak oczekiwana wiosna po zimie poprzednich przesadnie modernistycznych numerów na tej płycie. Jedynie mała wstaweczka elektryczna gdzieś w środku i to echo doklejone do wokalu Rojka, psują odbiór, ale to na tyle mało, że da się przełknąć. Zwrotka następnej piosenki – „Lekkość”, jakoś dziwnie przypomina mi tango, sama nie wiem dlaczego. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona tym utworem, ale to może kwestia czasu, bo w sumie nie widzę powodów, żeby go nie lubić. Pozwolę sobie przejść już do ostatniego kawałka. To krótkie interludium z motywem z utworu pierwszego. Ładne zakończenie całego albumu. Tak jak płynne przejścia między piosenkami, tak samo podobają mi zakończenia podobne do początków. To wszystko tak estetycznie spinają całość i nadają mi na nią apetytu.
  Zdecydowanie płyta Rojka jest bardzo rozbudowana i bogata w inspiracje najróżniejszymi gatunkami muzyki. Myślę, że warto jest zapoznać się z jego albumem, poszerzyć nieco swoje muzyczne horyzonty, bo bezwzględu na to, jakie kto ma – „Składam się z ciągłych powtórzeń” je poszerzy. Dzisiaj już kończę, ale zachęcam do komentowania. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

“All that is countless moments last of countless thoughts.”

     Odkrywanie muzyki ma coś wspólnego z zakochiwaniem się, poszukiwaniem drugiej połówki. Nie można nigdy się spodziewać, jakie emocje wzbudzi w nas dany album, a ten dobry najczęściej pojawia się nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd. Dodatkowo, kiedy się już pojawi, umysł i serce nie chcą słuchać niczego innego. Od jakiegoś czasu jest tylko jeden album, o którym chciałabym napisać. Na przełomie 2013/2014 wydanych było kilka płyt, na które czekałam. Kilka z nich mnie zawiodło, bo długo na nie czekałam z myślą, że będą po prostu niesamowite, a nie są. Płytę którą dziś przedstawiam zaczęłam słuchać z dozą sceptyzmu, bardzo bojąc się kolejnego rozczarowania. Na całe szczęście tym razem jestem naprawdę zadowolona z pracy jednego z moich ulubionych zespołów grających rocka alternatywnego. Dlatego cieszę się, że mogę dziś ją pokazać, mimo, że album zespołu Warpaint o tej samej nazwie, ukazuje się dopiero w poniedziałek.

 

     Zespół Warpaint został założony 14 lutego 2004 roku przez Theresę Wayman and Emily Kokal, wkrótce potem dołączyły do niego siostry Shannyn Sossamon jako perkusistka i Jenny Lee Lindberg grająca na gitarze basowej. Shannyn występowała z zespołem do roku 2008, a rok później zastąpiła ją Stella Mozgawa. Do tej pory dyskografia zespołu jest dość mała, panie dorobiły się EP-ki w 2007 roku i debiutanckiego albumu „The Fool” dwa lata później. Teraz jesteśmy świadkami publikacji drugiego pełnego wydawnictwa. Oficjalna premiera albumu jest zaplanowana na 20 stycznia, ale już teraz można przesłuchać jej w internecie (dokładniej, tu: http://www.npr.org/2014/01/12/261054457/first-listen-warpaint-warpaint) Styl zespołu bywa porównywany z twórcami takimi jak Cocteau Twins, Joni Mitchell, czy Siouxsie and the Banshees. Jeśli musiałabym jakoś skategoryzować gatunek muzyki granej przez Warpaint na pewno posłużyłabym się nazwami takimi jak rock alternatywny, psychodeliczny, eksperymentalny art-rock, indie czy łagodny shoegaze. Na całe szczęście, nie muszę. Moim zdaniem dziewczyny czerpią inspirację z wielu gatunków, zarówno tych spokojnych, melancholijnych jak również z takich pobudzających do tańca.

     Album „Warpaint” zaczyna się obiecującym „Intro”. To utwór krótki i głównie instrumentalny, prosty rytm wystukiwany na perkusji otoczony różnego rodzaju komputerowymi dodatkami. Nic specjalnego. Motyw z intro jest kontynuowany w drugim utworze „Keep It Healthy”. Ale dziś opiszę płytę trochę inaczej. Nie będę po kolei rozpracowywać poszczególnych piosenek. Spróbuję je trochę pogrupować. Ogólnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że wszystkie utwory na płycie „Warpaint” mają w sobie dozę senności. Przyznam jednak, że tylko niektóre porywają naprawdę. Najlepszym przykładem jest „Disco//very”. Od pierwszego przesłuchania zakotwicza się w umyśle i każe do siebie wracać. Myślę, że jest genialny do słuchania na żywo. Właśnie takie utwory przekonują mnie do pójścia na występ Warpaint. Niestety nie wszystkie kawałki są tak ciekawe. „Go In”, czy „Son” da się słuchać zaledwie przez dwadzieścia pierwszych sekund. Jak dla mnie to już trochę za duża dawka psychodeliczności. Taka kompletna depresja, cóż, może wrócę do nich, kiedy będę miała gorszy humor. Teraz może przejdę do „Love Is To Die”, który promuje album już od jakiegoś czasu. Jest to utwór naprawdę ciekawy, jedyne co mnie odrzuca to moment, w którym Theresa przechodzi ze zwrotki na refren. Ta jedna krótka chwila, w której wydaje mi się, że linia wokalu została dość mocno zachwiana. Takie przykre miałczenie, które nie powinno mieć miejsca. To stanowczo niszczy moje podejście do utworu, a w sumie nie jest on tak kiepski – przeciwnie, jest bardzo dobry, innowacyjny i naprawdę ciekawy. Następny utwór „Hi”, jak również późniejsze „Teese”, trochę przypominają mi twórczość zespołu Portishead. Mają w sobie podobny charakter trip-hopwy, melodię basową wwiercającą się głęboko w umysł. Ale myślę, że jednym z najbardziej intrygujących utworów jest „CC”. Wkracza on szybko po poprzedniku swoim mrocznym, ciężkim charakterem. Ten kawałek to chaos, trochę jak soundtrack z dobrego dreszczowca. Nie wysuwa się tak śmiało jak „Disco//very”, które w sumie nudzi się po 300 przesłuchaniach w ciągu dnia. „CC” trochę leży w cieniu innych piosenek, ale myślę, że jest równie dobry. Takim pozytywnym skokiem złapię jeszcze „Feeling Right” i „Drive”, a „Biggy” zostawię na koniec. „Feeling Right” od razu jest ciekawym, skocznym kawałkiem, w całej swojej długości jest niezmiennie pobudza głowę do kołysania, palce rąk do klepania w stół, stopy do postukiwania podłogi. „Drive” jednak jest jednym z tych zwanych przeze mnie rozwojowymi. Mówiąc tak mam na myśli muzykę, która w czasie zmienia się w coraz silniejszą, jakby energia kumulowała się w niej i pod koniec wybuchała w jednym niemożliwie dobrym punkcie. No i zostało „Biggy”. Zauroczyło mnie swoją orientalnością, sporym potencjałem scenicznym. Jest w niej coś takiego, co nie pozwala o sobie zapomnieć. To trochę tak, jakbym była zahipnotyzowana – nie wiem dlaczego, ale nie chcę słuchać niczego innego.

 

                Muzyka i zakochanie mają jeszcze jedną wspólną cechę – oba te zjawiska kończą się równie niespodziewanie. Przykre jest, że do tego samego utworu i uczucia różne osoby mogą podejść inaczej. Muzyka jednak ma taką przewagę, że zawsze można ją sobie ponownie odtworzyć. Znowu kończę wpis przesadnie filozoficznym stwierdzeniem. Dziękuję serdecznie czytelnikom, którzy wytrwali aż do końca, zapraszam za tydzień i jak zwykle życzę miłego weekendu. :)

A.P.

 

„Greeting cards have all been sent, the Christmas rush is through, but I still have one wish to make, a special one for you.”

    Przyszedł taki czas, że nie da się zaprzeczyć faktom – do świąt zostało tylko kilka dni. Wszystkie mamy stoją w kuchniach, wszystkie lodówki wypełnione smakołykami z niepisaną etykietką „to na święta”, wszystkie kąty wysprzątane do białości. Śnieg nawet trochę popadał! Święta pełną parą, prawda? A co jeśli ktoś tego Bożego Narodzenia nie czuje? Biegnę z pomocą! Dzisiaj pragnę zaprezentować dwanaście utworów świątecznych, wybranych przeze mnie jako najlepsze. Nie znajdziecie tu oklepanych rytmów „All I Want For Christmas Is You”, ani wywołującego zażenowanie „Last Christmas”. Ja i moja niechęć, do wszystkiego, co popularne wybrałyśmy dużo ciekawszy zestaw.

http://www.youtube.com/watch?v=uhH5jPq5mVQ

    Zacznijmy od Michaela Buble i jego wersji znanego utworu „It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas”. Powinnam pewnie pochwalić cały jego świąteczny album wydany w 2011 roku, bo w sumie cała płyta jest godna przesłuchania w święta. Mimo to, zdecydowałam się na tylko na ten jeden utwór. Moim zdaniem jest najbardziej klimatyczny. W całej reszcie jakoś tak trochę przeszkadza mi nienaturalne brzmienie głosu Michaela. Ale „It’s Beginning To Look A lot Like Christmas” w jego wykonaniu jest chyba jednym z lepszych. Chyba tylko Frank Sinatra go przebija, ale do tego wrócimy.

    Kolejny utwór to piękne, kokieteryjne „Santa Baby” śpiewane przez Earthę Kitt. Ta piosenka nie jest wyjątkowa i podobnie jak wiele innych angielskojęzycznych piosenek o tym temacie ma naprawdę sporą ilość coverów (jeśli mogę to tak nazwać). Bardzo wyraźnie jest tu zarysowany jazzowy klimat, który wprost ubóstwiam w tych wszystkich utworach. Wybrałam wersję pani Kitt właśnie dla podkreślenia tego pięknego jazzowego charakteru. Taka piękna zabawa muzyką. To przypomina mi, że muzyka nie jest po to, żeby kłócić się nad przynależnością do gatunku czy „prawdziwości” któregokolwiek z nich. Muzyka jest rozrywką.

     Podobną zabawę i prostotę mamy w utworze „Sliver Bells” wykonanego przez zespół She & Him. Duet ten musiał się znaleźć w wybranej przeze mnie dwunastce, ponieważ jestem nim ostatnio kompletnie zauroczona. Ciepły, choć trochę krótki utworek oparty na prostej melodii granej na banjo naprawdę uroczo brzmi wzbogacony głosem aktorki (i jak niedawno odkryłam, wokalistki) Zooey Deschanel. To wykonanie wybrałam głównie ze względu na jego dość nietypową lekkość i przekonanie, że tak piękny utwór nie potrzebuje szczególnej otoczki. Tylko Zooey i banjo.

     Teraz czas na trochę większą podróż w czasie. „I’ll Be Home For Christmas” znalazło się w dorobku Connie Francis za sprawą albumu Christmas In My Heart wydanego aż 54 lata temu. Jak na muzykę to kawałek czasu, prawda? Jeśli chodzi o utwory świąteczne to uważam, że te starsze są znacznie piękniejsze od nagrywanych obecnie. Brak im jakiejkolwiek sztuczności, a w święta powinno się cenić taką niezastąpioną czystość i naturalność. Poza tym, do utworu „I’ll Be Home For Christmas” mam spory sentyment z racji tego, że zawsze jesteśmy w tak szalonym biegu. A na święta każdy – gdzie by nie był, jakiej rodziny by nie miał – wraca do domu. Ten utwór podkreśla wagę posiadania rodziny, przynajmniej w mojej głowie układa sprawy tak, że to rodzina staje się najważniejsza. A czy nie takie właśnie nastawienie powinniśmy mieć w Boże Narodzenie?

     Teraz trochę poczujemy się trochę lżej dzięki piosence, którą mogłabym śpiewać w każdej minucie świąt. Oczywiście nie potrafię sztandarowego dla mnie „Let It Snow” zaśpiewać tak nisko jak niezawodny Dean Martin. Mój nieprofesjonalny, damski głosik nie oddaje uroku tej piosenki, a mimo to uwielbiam go nucić w każdym możliwym momencie. Nie wyobrażam sobie świąt bez tego utworu. Jest tak lekka, prosta i nienachalna. Szczerze mówiąc, jest chwilą odetchnienia od tego świątecznego zamieszania przypominającego niemal przepych barokowy – wszędzie ciężkie potrawy, pełne brzuchy, nawet Mikołaj jest gruby! A tu Dean Martin śpiewa do nas „ …the fire is slowly dying, and my dear, we’re still goodbye’ing, but as long as you’d love me so – let it snow”. Od razu lżej, prawda?

    Następny utwór również wzbudza we mnie ogromną chęć śpiewania. To jedna z piękniejszych pozycji na albumie A Very Merry Perri Christmas, czyli „Something About December”. Koniecznie trzeba słuchać oglądając klip. Sceny z dzieciństwa Christiny Perri dosłownie ogrzewają mnie od środka. Christina jest dla mnie naprawdę niesamowitą wokalistką, bo swoim dość potężnym głosem potrafi wyśpiewać tak delikatny utwór jak ten. Taka piosenka na święta to czysta sielanka. Znowu, podobnie jak przy Michaelu Buble, polecam przesłuchać całą płytę. Oprócz tego utworu znajdziecie tam parę równie pięknie wyśpiewanych coverów, m.in. „Happy X-Mas (War Is Over)” beatlesów.

     Ale jak już pisałam, najpiękniejsze są te starsze, jazzowe piosenki. Dlatego teraz wspomnę o królowej jazzu – Elli Fitzgerald. Zdecydowałam się na żartobliwy utwór „Rudolf, The Red-Nosed Reindeer”. Przyznam, że kojarzy mi się on z czasami podstawówki. Zawsze w okresie przedświątecznym śpiewaliśmy na lekcjach angielskiego między innymi ten utwór. Głównie dlatego dalej mam taki sentyment i lubię do niego w święta wracać. A „Rudolfa” w wykonaniu Elli Fitzgerald można słuchać w tym okresie na okrągło.

     Teraz moment szczytowy mojego subiektywizmu. Mój prezent świąteczny, czyli ulubiona wokalistka śpiewająca ulubiony utwór z dzisiejszego tematu. „Have Yourself A Merry Very Christmas” doczekało się naprawdę wielu wersji i muszę przyznać, że każda z nich wyróżnia. Jednak dopiero gdy wzięła się za to Katie Melua, prawdziwie pokochałam ten utwór. To właśnie jej czysty, ciepły wokal nadaje piosence tę delikatność, której nie mogłam znaleźć w wykonaniu nawet Franka Sinatry. Wydaje mi się, że wykonania innych artystów są jakieś takie za płaskie lub wręcz przeciwnie, za bardzo urozmaicone. Katie jest moją osobistą mistrzynią, między innymi za tę piosenkę.

    Może jednak przejdziemy do czegoś weselszego? A skoro już tak uparłam się tego Sinatry, to będzie Sinatra. Frank i jeden z najbardziej znanych utworów świątecznych – „Jingle Bells”. Nie cierpię tych wszystkich chomikowo-wiewiórczych, sztucznie brzmiących wersji „Jingle Bells”. Stare dobre wykonanie z uroczym literowaniem tytułu to wszystko, czego mi potrzeba. Prosta wersja, pięknie słyszalne różne instrumenty, dobry chór i miły głos Franka Sinatry. Czego chcieć więcej?

   Zaraz znowu się rozczulę, bo będzie niesamowity, romantyczny utwór. Oryginalne wykonanie „Merry Christmas, Darling”. Będąc szczera, ten piękny kawałek zespołu The Carpenters poznałam dzięki wspomnianej już płycie Christiny Perri. Mimo to, jestem równie zauroczona oryginałem i doszłam do wniosku, że to on powinien znaleźć się w świątecznej dwunastce. Dla mnie to taka dużo prawdziwsza, dużo subtelniejsza i bardziej nastrojowa wersja dobrze wszystkim znanego „All I Want For Christmas Is You”. Tekst jest przepiękny, a zarazem niesamowicie prosty. Do tego wszystkiego jeszcze solówka na saksofonie. Genialny utwór, naprawdę polecam komuś, kto w święta tęskni za swoją lepszą połową.

     Ale żeby nam się nie zrobiło za smutno, przerzućmy się na Brendę Lee i „Rockin’ Around The Christmas Tree”. Kojarzycie ten utwór ze sztandarowego „Kevina”? Była taka scena w pierwszej części przygód chłopca, kiedy zrobił udawaną imprezę z kartonowym Michaelem Jordanem jeżdżącym po zabawkowych torach. Już jako dziecko zastanawiałam się co to za fajny kawałek Kevin włączył na tej swojej imprezie. Naprawdę lubię ten utwór. Podobnie jak „Let It Snow” jest to piosenka, którą nucę dosłownie w każdym momencie przygotowań do świąt.

     Na koniec znowu urocza Zooey Deschanel wraz z kolegą Josephem Gordon-Levittem w utworze Elli Fitzgerald „What Are You Doing New Year’s Eve?”. Podoba mi się taki zaczepny, słodki, trochę nawet bajkowy charakter tej piosenki. Są takie utwory, które budują we mnie nieodparte wrażenie, że cokolwiek by się złego nie działo – liczy się tylko melodia i tekst, tylko właśnie ta piosenka. I choćby świat miał mi runąć na głowę, muszę skończyć ją śpiewać, pięknie do końca wyciągnąć ostatni dźwięk. To tak piękna sielanka, która pozwala w bardzo prosty sposób zapomnieć o wszystkich problemach.

       Cóż, to już koniec. Przedstawiłam już część moich ulubionych utworów na święta. Dziś w ramach zakończenia chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom wesołych świąt. Życzę wam również, żebyście te wolnych kilka dni spędzili w miłej, rodzinnej atmosferze pełnej ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Zapraszam za tydzień na ostatni wpis…

 …w tym roku. :)

A.P.

“It’s gonna be smooth sailing from here on out.”

     Czy wszystko w grudniu musi być świąteczne? Ba, już w połowie listopada wszystko jest już świąteczne! Ledwie ludzie wrócą z cmentarzy, a już zacierając ręce wykrzykując: „Okej, to czas na Boże Narodzenie”. Nie zrozumcie mnie źle, lubię tę całą otoczkę. Lubię, byle nie za wcześnie. Dlatego zanim ja będę czytelników męczyć bożonarodzeniowym duchem, poczekam odpowiednio długo. Dziś chyba jedna z ostatnich recenzji przed serią wpisów związanych z tematyką przejścia z jednego roku na następny. Taka normalność wróci być może miesiąc, więc myślę, że nie powinno to być nic ckliwego, smutnego czy przesadnie łzawego. Obiecałam kiedyś kawałek rocka twierdząc, że lubię sobie czasem „posolić życie”. Cóż, na całe szczęście coraz rzadziej muszę sobie to życie solić, ale w głowie zostają różne zespoły, które mi kiedyś pomagały. Dziś opowiem o płycie zespołu, którego muzyki nie słucham już tyle, co kiedyś, ale nadal ma on dla mnie nie małe znaczenie. Wezmę wreszcie na warsztat najnowszy album zespołu Queens of the Stone Age, czyli „…Like Clockwork”.

 

     Queens of the Stone Age to amerykańska kapela grająca początkowo hard rock, czy rock alternatywny. W miarę biegu czasu zespół konstruował własny styl opierając się na wielu elementach i rozszerzając horyzonty o różne gatunki z pogranicza mocniejszego rocka i lżejszego metalu. QotSA powstało w 1997 roku z inicjatywy lidera/wokalisty Josha Homme po rozpadzie grupy Kyuss. On i basista Nick Oliveri w początkowych latach byli rdzeniem zespołu, pozostali członkowie zmieniali się dość często. Jednak w 2004 Nick został zmuszony do opuszczenia zespołu, co było tłumaczone jego agresywnością i destrukcyjnym zachowaniem. Warto jednak podkreślić, że zespół tworzą i zawsze tworzyli sami panowie, skąd więc w nazwie „queens” zamiast „kings”? Nazwa została nadana przez Chrisa Gossa, producenta muzycznego. Jak tłumaczą muzycy, „królowie” brzmieliby za bardzo macho. Poza tym, ich zdaniem rock powinien być wystarczająco ciężki dla chłopców i wystarczająco słodki dla dziewczynek. Królowie epoki kamienia noszą zbroje, mają topory, walczą między sobą. Za to królowe epoki kamienia spędzają wolny czas z dziewczynami królów, kiedy ci walczą. Nazwę zostawmy już taką jaką jest, całkiem nieźle sprawowała się przez szesnaście lat.

 

    Plany dotyczące nagrywania następcy albumu Era Vulgaris najwcześniej były wspomniane już od 2008 roku, ale cała praca nie rozpoczęła się aż do sierpnia 2012. W marcu 2011, Homme twierdził, że album zostanie wydany pod koniec 2012 roku. Nastały jednak pewne problemy, które opóźniły wydanie krążka. W listopadzie 2012 Homme ogłosił, że Joey Castillo opuścił grupę i zamiast niego partie perkusji na nowej płycie zagra były członek sławnej Nirvany, założyciel Foo Fighters – Dave Grohl, który pojawił się również w pracy nad albumem Songs for the Deaf. Dodatkowo, inni byli członkowie zespołu mieli pojawić się w studiu, m.in. byli to basista Nick Olivieri, czy Mark Lanegan. Ogólnie rzecz biorąc, przy tym albumie zespół może pochwalić się sporą liczbą kolaboracji, bardziej znane nazwiska pojawiające się przy produkcji „…Like Clockwork” to frontman Nine Inch Nails – Trent Reznor, Jake Shears z Scissor Sisters, czy nawet Elton John. Koniec końców praca nad albumem rozpoczęła się na początku 2013 roku w studiu Matador Records. W marcu bieżącego roku ogłoszono, że nowy album będzie nazywał się „…Like Clockwork”, a premierę zaplanowano na czerwiec. Tak też się stało, krążek miał premierę 3 czerwca w Wielkiej Brytanii, a 4 czerwca w Stanach. Queens Of The Stone Age po raz pierwszy pochwalili się nową piosenką „My God Is The Sun” na scenie Lollapollooza Brasil 30 marca, a studyjna wersja tego utworu miała radiową premierę 8 kwietnia. Album ten zadebiutował jako numer jeden amerykańskich list przebojów, warto też zaznaczyć, że był to pierwszy taki w dyskografii zespołu.

     Płyta zaczyna się utworem „Keep Your Eyes Peeled”, który swoim charakterem sprawia, że nie można wykonawców albumu pomylić z żadnym innym zespołem. Nie mogę powiedzieć, że to mój ulubiony kawałek, ale przyznam, ma całkiem ciekawy klimat. Moim zdaniem jest trochę za wolny jak na utwór prawdziwie rockowy, trochę za mało ma mocy. Z kolei za bardzo psychodeliczny jak na balladę rockową. Za to jego następca dzwoni mi w głowie od pierwszej chwili. „I Sat By The Ocean” to według mnie kwintesencja twórczości Queens of the Stone Age, właśnie takie utwory lubię w ich wykonaniu. Co ciekawe, mam wrażenie, że znałam tę piosenkę dużo wcześniej. Dodatkowo bardzo pasuje mi w podróżowaniu na zajęcia – tylko ja, „I Sat By The Ocean” grające dość głośno w słuchawkach i te oburzone miny starszych pań. Bezcenne, prawda? Kolejna piosenka nosi tytuł „The Vampire Of Time And Memory”. W tym przypadku mamy raczej do czynienia ze wspomnianą balladką. Podoba mi się konwencja utworu, choć nie przepadam za takim brzmieniem wokalu Josha Homme, a konkretniej jego wysokimi tonami. Ale biorąc pod uwagę samą muzykę, to zostałam przekupiona. Uwielbiam taki trochę „zmęczony” klimat w muzyce, zwłaszcza gdy jest tak przyjemnie okraszony perkusją. Najbardziej chciałabym jednak podkreślić solówkę gitarową pod koniec utworu, bo choć trochę krótka, jest warta zaznaczenia. A dalej mamy kolejny utwór „If I Got A Tail”. Przypomina mi się określenie „dance rock”, choć nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy na myśl o QotSA. Ale najwyraźniej nie da się zaprzeczyć temu stwierdzeniu, kiedy piosenka rockowa, pełna wymaganej mocy aż porywa do tańca. Może nie takiego tańca jaki można obserwować w klubach (zwłaszcza naszych podlaskich), ale czuję, że zrezygnowanie z udziału na ubiegłorocznym koncercie Queensów w Polsce było jednym z większych błędów mojego życia. Dalej mamy, chyba już wspominany, kawałek „My God Is The Sun”, który stanowi już półmetek naszej drogi. Nie przemawia do mnie tak bardzo jak numer 2 i 4, ale przyznam, że nie jest źle. Chłopaki nieźle grają, a poza tym – zmiana tempa! Jak ja uwielbiam zmiany tempa. Co prawda następuje to dopiero pod koniec utworu. Tak ładnie urywa rosnące przez cały utwór napięcie. Następnie pomówmy o „Kalopsia”. Nie mogę stwierdzić nic szczególnie krytycznego na temat tego utworu, wręcz przeciwnie, jest bardzo ciekawy, mimo, że do gustu mi nie przypadł. Pomysł całkiem dobry, zwrotki tak senne i mgliste poprzerywać energetycznymi, głośnymi. Jak już wspomniałam, ja tego nie kupuję, ale nie mówię też nic złego. Moje ostatnie słowo – kwestia gustu. Przejdźmy może do „Fairweather Friends”. To właśnie ten utwór, w którego produkcji uczestniczył Elton John. W sumie, sytuacja wygląda podobnie jak poprzednio. Zastanawiam się czasem co takiego sprawia, że dana piosenka mi odpowiada, a inna już nie. „Fairweather Friends” ma wszystko, czego jej trzeba, ale jakoś mnie nie zachwyciła. Nawet ma całkiem ciekawą solówkę na elektryku i fortepian przedzierający się ładnie gdzieś tam z tyłu. Dużo lepiej w moich oczach, a nawet uszach, wypada kawałek „Smooth Sailing”, choć jak wspominałam, nie trawię wysokich tonów w wokalu Josha Homme. Nawet jest mi to ciężko ubrać w słowa. Lubię taki zaczepny klimat, szczególnie kiedy jest tak prosty i bezpretensjonalny. Moim zdaniem to jedna z lepszych piosenek albumu „…Like Clockwork”, jedna z lepszych w całej dyskografii. Takim klimatem przejdźmy do utworu „I Appear Missing”. Chciałabym podkreślić ciekawy tekst tej piosenki, nie chcę go tu przytaczać, ale myślę, że warto się z nim zapoznać. Wiadomo jednak, że tekst to nie wszystko, dlatego uważam, że tej piosence należy dać czas. Przyznam, że na początku zupełnie do mnie nie przemawiała, ale po krótkim zapoznaniu się z emocjami, jakie przekazuje udało mi się zmienić zdanie. Zmienić na lepsze. Nadal nie jest to mój ulubiony utwór, ale przynajmniej lepiej rozumiem koncepcję. Został już tylko jeden utwór, czyli tytułowe „…Like Clockwork”. Nie zdziwię nikogo mówiąc, że lubię ten lekko psychodeliczny, depresyjny klimat. Trochę tylko nie podoba mi się ta mocniejsza wstawka między zwrotkami. Mimo to, uważam ten utwór za niezwykle refleksyjny. Nic bardziej nie zmusza do przemyśleń niż kawałek dobrego tekstu i niebanalnej muzyki.

 

     Takim dość prostym stwierdzeniem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą recenzję. Album dziś omawiany polecam z całego serca, bo oprócz porządnego rockowego grania można na nim jednak znaleźć odrobinę wyciszenia jak również chęci do zabawy. Nic dodać, nic ująć. Panowie z Queens of the Stone Age mnie nie zawiedli. Zapraszam za tydzień na odrobinę bardziej świąteczne wydanie. Tymczasem życzę znów miłego weekendu i pozdrawiam ciepło. :)

„I’m gonna settle down to the hum of electric life and soul.”

     Przez ponad dwa tygodnie udawało mi się uniknąć tej przykrej nagonki na szukanie ciekawych tematów. Cóż, taka desperacka chęć znalezienia punktu zaczepienia poniekąd wróciła. Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale to zadanie wcale nie jest takie łatwe jak mi się kiedyś wydawało. Czasem po prostu nie chce mi się szukać interesujących materiałów, a oczywiste jest, że zakres twórczości mi znanej gdzieś tam się jednak kończy. Dziś jeszcze pomęczę muzyką. Pomęczę, bo ktoś ostatnio trafnie spostrzegł, że piszę głównie o albumach dość akustycznych, delikatniejszych. I w sumie zanim tę opinię usłyszałam, miałam zamiar znów trącić te tematy, ale chyba zmieniłam zdanie. Miała być nigeryjsko-niemiecka wokalistka Ayo łącząca folk z rapem, a pójdziemy w zupełnie inny klimat. Dziś pomówimy o tegorocznym albumie „Big TV” zespołu White Lies.

 

     Pod nazwą White Lies kryją się trzej panowie z Wielkiej Brytanii grający rock alternatywny. Grupę tę założyli w 2008 roku, a „Big TV” jest już ich trzecim albumem. Zespół jest dość często porównywany do Joy Division, czy Arcade Fire. Kiedyś nawet ich muzyka otrzymała miano „całkiem nadającej się do tańczenia”. Osobiście ich styl nazwałabym futurystycznym indie, ale w sieci krąży sporo określeń, z którymi zgadzam się w mniejszym lub większym stopniu. Cóż, określenie gatunku muzycznego odgrywa dla mnie najmniejszą rolę, to tak jakby spierać się czy ktoś ma oczy czarne czy ciemnobrązowe – gdzie w tym sens?

    Panowie nie stronią od klimatu futurystyczności, szczególnie dobrze słychać to na omawianym dziś albumie. Jako pierwszy mamy tytułowy kawałek „Big TV”.  Zaczyna się naprawdę kosmicznie, dopiero później można docenić jego dynamikę, a nawet dozę elektroniki. Za muzyką z komputera nie przepadam. Moim zdaniem piosenka miałaby dużo mocniejszy przekaz, gdyby bardziej słyszalne były prawdziwe instrumenty. Wystarczyła by drobna perkusja, jakaś gitarka elektryczna i wszyscy byliby zadowoleni. Zastanawia mnie też tytuł. Jest tyle ciekawszych piosenek, jest tyle ciekawszych fragmentów tekstu, a White Lies  postanowili zatytułować dziwną nazwą „Big TV” nie tylko piosenkę, a cały album. Kompletnie tego nie rozumiem. W tekście pojawiają się parę linijek dalej w refrenie dwa słowa „modern life”, czy nie sądzicie, że dużo lepiej spełniałoby rolę tytułu? Zwłaszcza dla tak modernistycznego albumu. Cóż, przejdźmy do „There Goes Our Love Again”, które 5 sierpnia stało się nawet pierwszym singlem promującym płytę. Ten utwór podoba mi się dużo bardziej, choć ma dość podobny styl. Może to przez wyraźny skok w tempie? Jak już ma być elektronicznie, to wolę na szybko. Tylko jakoś tak po tym dużym telewizorze, „There Goes Our Love Again” wydaje się jakieś krótkie. Numer trzy to spore zaskoczenie – „Space I”, czyli kilkudziesięciosekundowa wstawka. Bardzo proste, nadające delikatności „interludium”. Duży plus, naprawdę nie spodziewałam się, że taki zabieg może sprawdzić się w tak nowoczesnej muzyce. Następny kawałek, „First Time Caller”, też mnie po trochu przekonuje. Czy mi się tylko wydaje, czy słychać już trochę więcej instrumentów?  Studyjna wersja nie porywa mnie całkowicie, ale ma potencjał. Założę się, że akustycznie brzmi pięknie… [15 sekund później] Wygrałam. Akustyczne „First Time Caller”:

, jest genialne, choć zupełnie inne od tego na płycie. Uciekamy z tego wciągającego świata muzyki akustycznej na rzecz „Mother Tongue”. Muszę powiedzieć, że czuję się zaspokojona tą piosenką. Wreszcie piosenka z odrobiną rockowej mocy. Nie jest źle, utwór ma fajny przekaz, są te wyczekiwane przeze mnie żywe instrumenty. Myślę, że mogę „Mother Tongue” porównać do debiutanckiej płyty White Lies, która podobała mi się najbardziej. Dalej mamy „Getting Even”, który został umieszczony 4 czerwca 2013 roku na oficjalnym profilu zespołu na SoundCloud jako darmowy do pobrania. Można się też pochwalić, że piosenka ta zadebiutowała na liście radia Eska Rock jako numer 1. Nie mogę się wcale temu dziwić. Piosenka jest bardzo radiowa, nie mogę nawet powiedzieć, że mnie gdzieś tam nie tknęła. Wszystko jest dobrze, jedyne, czego mogę się przyczepić to ten wszędobylski efekt echa, który nigdzie nikomu nie jest potrzebny. Jakby na siłę panowie chcieli sprawić, żeby ta ciekawa piosenka konsekwentnie pasowała do reszty. Dalej mamy „Change”. To bardzo piękna ballada. Dość ciężka, prawie sakralna melodia wzbogacona przejmującym wokalem i w miarę ciekawym tekstem. Dla mnie wystarczy. Wystarczy, żeby wbić mnie w fotel zapatrzoną w jeden punkt, zanurzoną w możliwie najgłupsze i najmniej tego warte wspomnienia. W sumie mogę powiedzieć, że ten utwór jest jednym z lepszych powodów do tego, żeby posłuchać tej płyty. Ale przejdźmy dalej, do „Be Your Man”. Sam tytuł brzmiał dla mnie jakoś niepokojąco popowo, ale chyba zechciałam zbyt pochopnie ocenić. Nie mogę napisać złego słowa o tej piosence. Cieszy mnie, że jednak nie cały album jest taki kosmiczny i to, że jest jednak na nim taka fajna rockowa piosenka. Dalej jest „Space II”, czyli wydawałoby się kontynuacja numeru trzeciego. Nie jest już taki zaskoczeniem jak „Space I”, raczej powiedziałabym, że dziwne byłoby gdyby się taki utwór nie pojawił. Muszę przyznać, że jest równie ciekawym łącznikiem, ale nie tak przyjemną kompozycją samą w sobie. Daje ona wstęp do utworu „Tricky to Love”. Przyznam, że nie spodziewałabym się po White Lies tylu piosenek o uczuciach, czy miłości. Cóż, tekst nie jest szczególnie skomplikowany, ale za to całkiem dobrze ubrany w instrumenty. Nie mogę powiedzieć, że ten utwór zauroczył mnie jakoś naprawdę wyjątkowo, dlatego najchętniej przejdę do następnego. To przedostatnia już pozycja na tym albumie, czyli „Heaven Wait”. Czasem nazywam tego typu piosenki rozwojowymi, bo zaczynają się tak delikatnie i niepozornie, a z biegiem czasu nabierają mocy, dynamiki, tempa. Bardzo lubię takie utwory, do tego też chyba z każdym przesłuchaniem nabieram pewnego sentymentu. No i kończymy z wykopem. „Goldmine” to chyba to, czego mi brakowało. Bardzo ciekawe podsumowanie albumu. Muszę przyznać, że zespół ustalił dobrą kolejność utworów, bo „Big TV” na pewno nie zachęciłoby mnie do czekania na kolejną płytę White Lies, a „Goldmine” spełnia tę rolę bez problemu.

 

     Miało być dziś trochę inaczej. W sumie plany zmieniały się co chwila. Zdecydowałam się napisać o White Lies, co w sumie nie było najgorszym pomysłem. Do albumu podchodziłam naprawdę sceptycznie, a po tej krótkiej recenzji nabrałam jakiegoś konkretnego zdania. Może nie jest stuprocentowo pozytywne, ale przynajmniej rzeczowo oparte. Na dziś już wystarczy, zapraszam za tydzień, obiecuję opisać pewien ciekawy film.

‚Never give up, you’re army of one.’

     Postanowione. Nieodwołalnie zatwierdzone. W tym tygodniu przeszłam ze skrajności w skrajność, bo jak nigdy nie miałam pomysłu na recenzję, tym razem nie mogłam się zdecydować. Wciąż jeszcze jest kolejka płyt, wydanych w ciągu bieżącego roku o których chciałabym napisać, ale po kilkukrotnej zmianie decyzji, wybrałam. Dzisiaj przed szereg wysuwam album, którego wydanie było dla mnie nie małym zaskoczeniem. Losów tego zespołu nie śledzę na bieżąco, znam parę bardziej popularnych piosenek, ale nie jestem aż tak wielką fanką jak np. moja znajoma, którą poznałam w czasie moich niedługich studiów w Gdańsku. Przyznam, że wydawało mi się, że zespół ten nie nagrywa już utworów. Dlatego z przyjemnością zanurzyłam się w nowym albumie i ze specjalną dedykacją dla Laury piszę dziś o albumie „What About Now” legendarnego Bon Jovi.

 

    „What About Now” to dwunasty album studyjny rockowego zespołu Bon Jovi. Wyprodukowany przez John’a Shanks’a, album został wydany 8 marca 2013 w Australii i 12 marca w Stanach Zjednoczonych. Tylko w USA zostało sprzedanych 101 tysięcy egzemplarzy w tydzień po premierze płyty, zaś do tej pory na całym świecie sprzedano już ponad milion kopii. Zespół może po raz piąty pochwalić się albumem debiutującym na pierwszym miejscu list przebojów, z czego jest to już trzeci raz pod rząd – „What About Now” osiągnął taki status zaraz po „Lost Highway” z 2007 i „The Circle” z 2009 roku. Krążek jest promowany trasą koncertową zatytułowaną „Because We Can: The Tour”. Należy dodać, że w trakcie tej trasy zespół wystąpił również w Polsce. Jon Bon Jovi wystąpił z kolegami w właśnie Gdańsku 19 czerwca bieżącego roku na PGE Arenie.

   W wywiadzie dla magazynu Classic Rock, gitarzysta Richie Sambora stwierdził, że materiał na płytę powstał dość szybko – razem z Jonem zaczęli pisać i zanim się zorientowali byli już w studiu z zespołem. Muzyk scharakteryzował też nowy album jako kompilację różnych elementów, ale upewnił też wieloletnich fanów, że będą równie zadowoleni z tego materiału, jak byli zadowoleni z wcześniejszych. Wyprodukowano teledyski do dwóch singli: „Because We Can” i tytułowego „What About Now”. Powstał również teledysk do solowego utworu Jon’a „Not Running Anymore”, który jest zawarty w albumie jako utwór bonusowy wraz z kawałkiem „Old Habits Die Hard”.  Obie piosenki pojawiają się w soundtracku filmu Twardziele. W grudniu 2012 ogłoszono też nominację utworu „Not Running Anymore” do Golden Globe Award.

 

     Album otwiera „Because We Can”. To dość lekki, radiowy kawałek. Wyprzedzając trochę fakty, napiszę, że podobnie jak na całej płycie tu bardzo mi brakuje takiego charakterystycznego, mocnego rocka. Tekst jest raczej optymistyczny, co w połączeniu z niepretensjonalnym beatem tworzy przyjemny dla ucha naprawdę ciekawą propozycję. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że utwór doskonale spełnia swoją rolę, bo mam wrażenie, że dużo bardziej niż inne zaprasza do zapoznania się z całością materiału. Panowie z zespołu i ekipy nie mogą się mylić. Następnie słyszymy „I’m With You”. Jak na moje amatorskie ucho, ten utwór jest trochę niżej osadzony. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą o co mi chodzi. Przede wszystkim wokalista śpiewa trochę niższym głosem, instrumenty grają trochę niższe dźwięki. To sprawia, że cała piosenka jest trochę mniej dynamiczna. Efekt ten jest pogłębiony przez przeciągnięte sylaby w śpiewie Bon Jovi’ego. Ten kawałek nie jest tak „wakacyjny” jak poprzedni, jeśli mogę tak powiedzieć, ale mimo wszystko ma podobną, raczej relaksującą konwencję. Numer trzeci to tytułowa piosenka „What About Now”. To co teraz napiszę może nie być najlepszą reklamą dla zespołu, ale przez ten kawałek dość mocno (w moim odczuciu!) upodobnili się do aktualnie powstających numerów pseudorockowych. To taki trochę indie-rock z półki (bądź co bądź, całkiem słuchalnego) Kings of Leon. Czepiam się, ale to Kings of Leon powinni się uczyć od Bon Jovi, a nie odwrotnie. Kawałek po którym słychać, że w zamierzeniu ma być hitem. Nie przepadam za takimi, ale zły nie jest. Przechodzimy dalej, do „Pictures of You”. Tutaj też mogłabym przyczepić się takiej irytującej radiowości i odejścia od prawdziwej mocy rocka, ale cóż, cała płyta ma podobny zarys. „Pictures of You” – moim mocno subiektywnym zdaniem – jest trochę lepsze. Nie mogę jednak za bardzo pochwalić zespołu za ten utwór, jest zupełnie przeciętny. Delikatnie zmieniamy klimat przy „Amen”. To, co mi się tu najbardziej podoba i czego nie chcę pominąć to niezaprzeczalne ciepło w śpiewie Jona. Idealnie dopasowuje się do nastroju muzyki. Można powiedzieć, że utwór ten to swojego rodzaju kołysanka, prosta, lekka balladka. Dobrze, bardzo dobrze. Myślę, że w całym tym niedostatku mocy przy tej piosence odnajduję sens pomysłu. Aż chce się schować z kubkiem herbatki pod ciepłym kocem. Ach, coś pięknego. Następne na playliście mam „What the Water Made Me”. Tutaj właśnie odnajduję to, czego mi brakuje. Jak na razie najbardziej energiczny kawałek. Myślę, że świetnie nadaje się do podróżowania. Już pewnie nie raz wspominałam, że bez słuchawek w uszach z domu nie wychodzę. Wydaje mi się, że to bardzo przyjemny utwór na samotny, jesienny spacer, dojazd do szkoły czy pracy. Dalej jest „What’s Left of Me”, ciekawy kawałek. Mam wrażenie, że bardzo fajnie grałoby się go na ognisku. Cóż, żeby to sprawdzić muszę poczekać do wiosny, ale przynajmniej mam czas, żeby się nauczyć. W każdym razie, tworzy całkiem dobre tło do krótkich refleksji w gronie znajomych. Ósmy już utwór to „Army of One”. Muszę przyznać, że jest to jeden z moich ulubionych z tego albumu. Cenię go głównie za ciekawy tekst. Piosenki są dla mnie jak krótkie wiadomości, myślę, że z każdej z nich powinna płynąć jakaś informacja, inaczej równie dobrze mogłyby być instrumentalne. Z „Army of One” da się odczytać przesłanie może trochę banalne, ale bardzo prawdziwe i potrzebne wielu osobom. Cały ten tekst jest okraszony ciekawą linią melodyczną, dlatego sądzę, że warto przesłuchać ten kawałek. Następne jest „Thick As Thieves”. Tu podobnie jak w „Pictures of You” mamy kawałek nienajgorszej miłosnej balladki. Z tym, że „Thick As Thieves” jest bardziej filmowe, myślę, że całkiem nieźle nadawałby się jako soundtrack jakiegoś romansidła. Myślę też, że ten utwór zostanie ze mną trochę dłużej niż pozostałe piosenki. Cóż, jestem przecież kobietą, nigdy tak do końca nie wyzbędę się sentymentu do romansów. Zostały jeszcze trzy piosenki, a im dalej w las tym bardziej odczuwam ciepło i optymizm bijące z każdej z tej dwunastki. „Beautiful World” przypomina mi te kawałki z początku recenzji – ma predyspozycje, żeby zachwycić rzesze fanów, wystarczy ją wpuścić na antenę radiową. Ale nie zachwyci mnie. Mówcie, że jestem wybredna, proszę bardzo, ale czegoś mi tu brakuje. Może takiej trochę prywatności, odrobiny pokory, nie lubię piosenek tworzonych po to, aby stały się hitem. Brakuje mi tego, co jest w utworze „Room at the End of the World”. Pewnie marna ze mnie recenzentka, skoro nie umiem tego określić. Może to taki spokojny charakter, który przy refrenie zamienia się w spory hałas? Nie wiem, bardzo możliwe. Już przestanę się czepiać i przejdę do ostatniej piosenki, do „The Fighter”. Jak mogłoby się wydawać koncepcja ogólnie podoba do tej w „Army of One”, z tym, że „The Fighter” jest sporo spokojniejsze. Wydaje się cichsze, właśnie tak trochę niżej osadzone podobnie jak „I’m With You”. Płyta kończy się więc bardzo przyjemnym dla ucha, prostym, akustycznym utworem, który bardzo chętnie wybrałabym jako ostatni jak miałabym usłyszeć po ciężkim dniu.

      Pisanie o płytach takich jak ta, to czysta przyjemność. Cieszę się, że mogłam bliżej się jej przyjrzeć, jak również podzielić się moimi osobistymi przeżyciami. Widzę, że mam tendencje do skracania zakończeń, ale po prostu recenzje same w sobie wychodzą dość długie i nie widzę sensu zbędnego przedłużania. Dziękuję za uwagę, zachęcam do komentowania. Zachęcam również do podsuwania własnych propozycji, jeśli będą w miarę aktualne, bardzo chętnie je zrealizuję. Dziś już wystarczy, więc zapraszam za tydzień i jak zwykle życzę miłego, trochę dłuższego niż zwykle, weekendu. :)

„It’s easy to hate yourself but you must realize that the black part needs to be loved as well.”

                Nareszcie wyszło mi zebranie się w sobie i pisanie w miarę zgodnie z planem. Bardzo nie lubię zostawiać spraw na ostatnią chwilę, zawsze wolę być przeraźliwie za wcześnie niż się spóźnić. To spora ulga, po szeregu spóźnień mieć czas, ochotę, siłę i wenę by napisać normalnie. Dzisiaj chcę przedstawić album, który znam już od jakiegoś czasu i słuchając go ostatni pomyślałam: „Czemu nie?” Czytelnicy znający ten krążek na pewno z chęcią przeczytają o ciekawostkach, które uda mi się skądś wygrzebać, z kolei inni być może zainteresują się tak interesującą, nietypową muzyką. A zapowiada się naprawdę ciekawie, bo dzisiaj będzie notka o debiutanckiej płycie pięknej belgijki, który nosi tytuł taki sam jak jej pseudonim, czyli Selah Sue.

                Sanne Putseys urodziła się dwadzieścia cztery lata temu w niewielkim belgijskim miasteczku Leuven, a wychowała w pobliskim Leefdaal. Przeznaczeniem dziewczyny nie wydawała się być kariera muzyczna. Jako dziecko chciała zostać baleriną, ponieważ uczyła się tańczyć w wieku 6-12 lat. Gitarzystką i autorką tekstów jest odkąd skończyła 15 lat. Już dwa lata później zaproszono ją do studia i zaoferowano kontrakt płytowy. Warunkiem było jednak nagranie piosenek autorstwa jej niedoszłego producenta. Siedemnastoletnia Sanne odmówiła, ponieważ chciała śpiewać własne piosenki. Putseys postanowiła natomiast rozpocząć psychologię na Katholieke Universiteit Leuven. Śpiewała w lokalnych klubach w weekendy, a w dni powszednie uczęszczała do liceum. Nagrywała domowe albumy w domach przyjaciół, publikowała szkice na Myspace, na co internauci zareagowali bardzo pozytywnie. Przyciągnęło to uwagę profesjonalistów oraz wydawnictwa Because Music, co w końcu zaowocowało kontraktem płytowym. Wtedy zajęto się produkcją pierwszego albumu Selah Sue. Debiutancki album Sanne zatytułowany jej pseudonimem został wydany w 2011 roku i osiągnął spory sukces. Sprzedano go bowiem w ilości ponad 720,000 egzemplarzy w Europie, w samej Francji 320,000. 28 sierpnia 2012 został też wydany w Stanach Zjednoczonych, gdzie spotkał się z równie pozytywnymi opiniami. Krótko mówiąc, marzenia artystki spełniły się w dwa lata. Ze zwykłej belgijki szybko zmieniła się w znaną na całym świecie, cenioną młodą piosenkarką. Jest teraz artystką z grupy młodego pokolenia, dla którego muzyka nie ma granic. Łamiąca granice, łącząca gatunki Selah Sue od momentu wydania debiutanckiej płyty wyraźnie i umiejętnie definiuje własny styl muzyczny ocierający się o gatunki takie jak soul, hip-hop, funk i reggae.

                 W Polsce jej muzyka przyjęła się zadowalająco dobrze. Tylko ubiegłej jesieni Selah wystąpiła w naszym kraju aż pięć razy. Dodatkowo 12 grudnia 2012 płyta osiągnęła status platynowej po sprzedaniu dwudziestu tysięcy egzemplarzy. Mimo to, wydaje mi się, że Selah Sue nadal kojarzona jest jedynie jako autorka piosenki „This World” wykorzystanej do reklamy batonów Kinder Bueno. Chciałabym trochę bardziej przybliżyć twórczość dość nietuzinkowej, niezwykłej kobiety.

                 Selah Sue nazywana jest europejskim odpowiednikiem Erykah Badu i Lauryn Hill. Tematyka jej piosenek jest niezaprzeczalnie trudna. Jak udało mi się przeczytać, młoda artystka twierdzi, że nauka psychologii pomaga lepiej zrozumieć emocje, które są czymś, z czym musi zmagać się prowadząc karierę muzyczną. Artystka nie boi się podejmować zgubnego tematu depresji, jej przełamywania, radzenia sobie w życiu mimo coraz częstszego widzenia braku sensu. Przyznaje się, że w muzykę przelewa własne emocje. Łatwo jest więc stwierdzić, że Selah jest lub częściowo czuje się dotknięta depresją. Oczywiście to bardzo dobrze uwidacznia się w utworach gatunkowo zbliżonych do soulu, ale co zaskakujące – nawet te pozornie radosne, skoczne utwory funkowe czy reggae są okraszone dość ciężkim tekstem. Zaraz wszystko stanie się jasne, gdy przeanalizujemy poszczególne piosenki.

 

                Pierwszy na liście jest wspomniany utwór „This World”. Osobiście uważam go za jeden z lepszych na płycie i wcale się nie dziwię, że został wybrany do reklamy. Jest niesamowicie klimatyczny i zabarwiony swojego rodzaju intrygą i tajemniczością. Mam jednak taki dziwny nawyk budowania w sobie niechęci do najbardziej znanych utworów danego artysty. Odbieram też (być może mylne) wrażenie, że dla niektórych piosenka ta stała się „tą z reklamy” i straciła swoje pierwotne znaczenie. We mnie budzi się zwierzę, chcę wyśpiewać, wykrzyczeć nawet każde słowo tej piosenki, a przyjdzie ktoś i zapyta: „oo, to jest to z Kinder Bueno?”. No po prostu ręce opadają. Dalej mamy chyba najbardziej hip-hopowy kawałek, czyli „Peace of Mind”. Tu Selah nabiera takiej pewności siebie, takiej grozy w głosie, że po prostu brakuje słów. Artystka bardzo przekonująco śpiewa o zagubieniu w świecie, w ciemności. Nawet nazywa świat jedną wielką wojną. Podobnie jak następny utwór cenię go za rozszerzanie moich horyzontów. A to dlatego, że kolejna piosenka – „Raggamuffin” zahacza o gatunek, za którym nie przepadam, czyli reggae. Nie mam pojęcia jak Selah to robi, ale po raz kolejny śpiewam zamiast pisać. Nie jest to typowe reggae, bardziej taka mieszanka z rapem. Może brzmi to śmiesznie, ale… no nie jest inaczej. Następnie słyszymy „Crazy Vibes”. Tu z kolei przykład takiej ogniskowo – ulicznej piosenki. Znowu dość śmieszne, mało profesjonalne określenie, no ale cóż, profesjonalistką jeszcze nie jestem. Piszę, co słyszę. A po zamknięciu oczu przy tej piosence widzę dziewczynę z gitarą i kawałkiem zespołu umilającą dzień przechodniom na jakiejś londyńskiej, czy nowojorskiej ulicy. Kolejny numer jest równie interesujący. Zupełnie nie wiem, jak mam określić „Black Part Love”. Przyznam, że nigdy nie słyszałam niczego podobnego, a to bardzo dobrze! Krótko mówiąc, utwór jest o pokonywaniu w sobie słabości, budowaniu zdrowej samooceny, a bynajmniej nie jest rzewny. Jest w nim odrobina wcześniej wspomnianej uliczności, ale zdecydowanie większy procent klimatu tej piosenki tworzy elektronika. Za co właśnie cenię Selah. Tak niebanalnie potrafi połączyć nowoczesne dźwięki z żywym instrumentem i w dodatku okrasić to wszystko nienagannym wokalem. Brawo. „Black Part Love” to chyba mój ulubiony utwór, podobnie jak następny w kolei – „Mommy”. Nie trzeba dużo myśleć, by wyjść z założenia, że jest to ukłon w stronę mamy artystki. Słuchając tej piosenki można się na chwilę zatrzymać. Bardzo prosta melodia, jedna z takich, które ubóstwiam, do tego niezawodny głos Selah. Następne, dość lekkie „Explanations”. Tą lekkością uciekamy z wokalistką od zbędnych przemyśleń. Cenię ten kawałek za prostotę. Jak wcześniej wspominałam, piosenki Selah potrafią być bardzo wyszukane składniowo, dość rozbudowane. „Explanations” jest inne, ot, zwykła gitarowa, ciekawa pioseneczka. Dalej jest duet z niejakim Cee Lo Green. Kawałek „Please” przypomina mi trochę klimat filmów z Jamesem Bondem. Ma w sobie niepowtarzalną wykwintność. Należy podkreślić, że wokal Cee Lo Greena, również jest niesamowicie głęboki. Żeby już nie przedłużać przejdę do dziewiątej już piosenki. „Summertime” jest najbardziej depresyjną piosenką na tej płycie, nie mogę jednak pominąć faktu, że moją bezsprzecznie ulubioną. Takim mianem może się pochwalić głównie przez swój charakter. Uwielbiam takie bluesowe kawałki. Powiem więcej, przestaje się liczyć to, co jest dla mnie bardzo ważne – tekst piosenki. Przypomina mi się jak przy Atlasie Chmur zachwycałam się soundtrackiem. „Summertime” mogłoby być instrumentalne i nie straciłoby wcale w mojej ocenie. Mimo to, uwielbiam sobie podśpiewywać tę piosenkę, w sumie, jak prawie wszystkie z tego albumu. A żeby takiego rozkojarzenia nie było za wiele po niespełna 5 minutach piosenki następuje „Crazy Sufferin Style”. Nie wiem co tu wstępuje w Selah. Po porównaniu dwóch tych piosenek można odnieść wrażenie, że wykonują je zupełnie inne osoby. To się nazywa różnorodny album! „Crazy Sufferin Style” jest w moim odczuciu zabawą, bardzo cenię artystów umiejących bawić się muzyką, dlatego Selah znowu zgarnia u mnie sporego plusa. Przedostatnim już utworem jest niepowtarzalne „Fyah Fyah”. To dzięki tej piosence już chyba 1,5 roku temu zapoznałam się z muzyka Selah, muszę tu umieścić link do akustycznego wykonania tej piosenki, który zauroczył mnie na tyle, że postanowiłam zaznajomić się z resztą piosenek. Oto on:

Co mogłabym napisać? Powtórzyć, jak bardzo uwielbiam zmiany tempa w muzyce? Jak bardzo cenię proste, gitarowe piosenki z akompaniamentem oryginalnego wokalu? Może spróbować określić dość trudny gatunek tej piosenki? Nie. Żadnymi słowami nie potrafię określić tej piosenki. Czyste emocje. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z tym utworem, radzę zagłębić się również w ciekawy jego tekst. A na końcu mamy jeszcze „Just Because I Do”. Zaczyna się dość ciężko, rytmicznie, można powiedzieć hip-hopowo (?). Potem, łącznie z wokalem, ten ciężar się utrzymuje. Selah i producenci albumu zadbali, by ich pracy nie dało się zapomnieć. Ostatni kawałek jest odrobinę bardziej elektroniczny, za to podobnie jak reszta albumu jest tak dopracowany, że nawet mi – przeciwniczce elektro – zupełnie to nie przeszkadza. Myślę, że do wszystkiego należy mieć wyczucie, a w przypadku tej piosenki artystce nie można wyczucia odmówić.

 

                Dzisiaj wyszło strasznie długa ta moja rozprawka, nie będę już zbędnie przedłużać. Mam wrażenie, że się powtarzam, ale powiem jeszcze na wylocie, że album Selah Sue jest naprawdę godny przesłuchania. Mimo to, jak zwykle opinię każdy wyda we własnym zakresie. Zapraszam do czytania za tydzień, wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiam i życzę miłego dnia. :)

„Z dala od zgiełku miast i gonitw, złych myśli, co szklą się na twej skroni.”

     Po małym kryzysie twórczym wracam, mam wrażenie, wypoczęta. Sama zdziwiłam siebie własnymi myślami. Czasami trudno jest zdrowo i z rozsądkiem spojrzeć na sytuacje, które pojawiają się na naszej drodze. Jeszcze tydzień temu nie mogłam przestać zaprzątać sobie głowy kumulującymi się problemami, dziś już widzę trzeźwo każde z nich osobno. Każde z nas czasem musi rzucić wszystko w kąt i odetchnąć, by móc ujrzeć problemy takie, jakimi w rzeczywistości są. To porzucenie trwa krócej, lub dłużej. W moim przypadku było to kilka burzliwych dni, a w przypadku artystki, o której dziś piszę – dobre piętnaście lat. Dla mnie jest ogromną nadzieją i dumą polskiej sceny muzycznej. Zaraz obok Kasi Kowalskiej, Nosowskiej, koło Perfectu stoi dzielnie broniąc naszej polskiej muzyki. Jej muzyka jest jak księga cytatów – znajduję w niej niebanalne przemyślenia, zbudowane zawsze z tych samych słów, a za każdym razem znaczące co innego w zależności od tego, co mnie boli. Dziś prezentuję wyczekane przez fanów „Renovatio” Edyty Bartosiewicz.

 

  Do niedawna muzykę Edyty Bartosiewicz postrzegałam za muzykę martwą. Tak samo jak muzykę Nirvany, Queen czy Pink Floyd. Uwielbiam te zespoły i żałuję, że nigdy nie poczuję tego dreszczyku emocji, kiedy napada tydzień przed premierą nowej płyty kochanego artysty. A dziś pani Edyta udowadnia mi, że jej muzyka martwa absolutnie nie jest.

   Edyta Bartosiewicz w czasach, kiedy ja chodziłam uczyłam się literek była chyba jedną z najpopularniejszych wokalistek w Polsce. Jej kariera zaczęła się dość niepozornie, najpierw płyta z krótkotrwałym zespołem, potem pierwsza solowa, która nie odbiła się szczególnie ogromnym echem. Pani Bartosiewicz stawała się coraz bardziej popularna, zdobywała nagrody, m.in. Bursztynowego Słowika zdobyła w tamtym czasie. Sprawy toczyły się chyba dość naturalnie, odstępy między kolejnymi płytami były dość regularne, każda z nich zawierała też utwory znane i kochane do dziś. Najpierw usłyszeliśmy „Sen”, potem „Szok’n’Show”, dalej „Dziecko”, aż w końcu jesienią 1998 roku album „Wodospady”. Krążek podbił serca Polaków, podobno nazywany był nawet najdojrzalszym dziełem Edyty. Potem artystka trochę usunęła się w cień, ale nadal była aktywna zawodowo.  Pisała m.in. teksty do utworów Justyny Steczkowskiej, współpracowała też z Anitą Lipnicką. W 2002 roku zaczęła współpracę z nowym wydawcą i w tym samym roku pojawił się singiel „Niewinność”, zapowiadający nowy album. Płyta, choć planowana na „za niedługo”, miała datę premiery wielokrotnie przesuwaną. Kiedy w końcu miała ukazać się w sklepach zmarł menedżer, organizator koncertów i największy przyjaciel Edyty, Jacek Nowakowski. Artystka odwołała więc premierę płyty. Wokalistkę na scenie po raz ostatni można było zobaczyć 5 lipca 2008 roku. Po przeczytaniu starszych wpisów na stronie raczej godnej zaufania (
http://edytabartosiewicz.wordpress.com
) można łatwo dojść do wniosku, że prób powrotu było wiele. Jedna z pierwszych miała miejsce w połowie 2009 roku, ale podobnie jak wiele następnych – była próbą nieskuteczną.

   Teoretycznie „Renovatio” wcale nie jest nowe. Większość materiału powstało w 2002 roku i czekało na nagranie i wydanie publiczności. Muzyka gotowa, fani też – gotowa nie była Edyta. Dlaczego nie wracała, dlaczego tak ciężko było jej stawić się na scenie nie wiem, chyba nikt z poza kręgu najbliższych znajomych nigdy się nie dowie. Sama artystka jako powód podaje niekończący się stres jako powód uszkodzenia jej strun głosowych. Oczywiście są też rzesze „jajek mądrzejszych od kury” rzucających pomysłami takimi jak problemy z używkami, załamanie emocjonalne i zakleszczenie się w sidła perfekcjonizmu. Sądzę jednak, że nie należy szukać dziury w całym. Muzyk też człowiek.

 

   Album „Renovatio” otwiera utwór „Pętla”, który dokładnie oddaje to, w jakiej sytuacji życie postawiło artystkę. Podoba mi się połączenie typowej „bartosiewiczowej” melancholii ze szczyptą elementów muzyki współczesnej. Szczególnie przyjemnie przypomina wcześniejszy dorobek Edyty. Utwór jest bardzo ciepły, podobnie jak reszta albumu, mimo tekstu nie do końca uderzającego wesołością. Nie można też zapomnieć właśnie o niebanalnych słowach w piosenkach artystki. Zawsze były dla mnie czymś, do czego chce się wracać. Dalej mamy tytułowe „Renovatio”. To jedna z takich piosenek, przy których się nie myśli. Ot, człowiek się wyłącza. Ten utwór jest dla mnie takim kopniakiem, zastrzykiem pozytywnej energii. Wczoraj zdarzyło mi się dyskutować z siostrą i szwagrem na temat kategoryzowania muzyki a propo poprzedniego wpisu. Myślę, że mam prawo stwierdzić, że utwór „Renovatio” jest dosyć rockowy. Doszłam bowiem do wniosku, że wszystko jest względne i porównując ten utwór do piosenek typowo popowych nie da się odmówić mu rockowej rytmiczności, elektrycznych gitar, perkusji. Uważam też, że muzyka nie jest encyklopedyczna, nie można jasno stwierdzić, co można zaliczyć do danej grupy, a co nie. Trzeci utwór to przedpremierowy singiel „Rozbitkowie”, który już chyba dał się usłyszeć w paru miejscach. Gdzieś udało mi się przeczytać, że płyta jest pozbawiona radiowych hitów. Osobiście nie jestem tego zdania. Utwór wyjątkowo nadaje się do swojej roli, przypomina czasy świetności Edyty, uświadamia, że wróciła, że nadal jest i tworzy tak samo dobre piosenki jak kiedyś. Tak, to piosenka, która poniekąd przynosi ulgę. Ale zapomnijmy, o tym, co było kiedyś. Przejdźmy do zupełnych nowości. Czwarty utwór nosi tytuł „Italiano”. Tu dużo bardziej słyszalne są elementy nowoczesnej muzyki, ale w sposób na tyle subtelny, że mi, kompletnemu technofobowi, to nie przeszkadza. Głównym motywem utworu jest wypowiedź skierowana do dawnej miłości. Myślę, że warto mieć sentyment. Nigdy nie chciałabym źle myśleć o kimś, kto był kiedyś dla mnie ważny. Cóż, różnie się sprawy w życiu toczą, ale po co komu ten gniew, po co pretensje? Zupełnie nie rozumiem koleżanek, które opowiadają jakie to gnojki z tych ich dawnych miłostek. Nie wiem, co mogłabym jeszcze w tej sprawie napisać. Moim zdaniem nie ma sensu rozsiewać starego rozgoryczenia. Można się ewentualnie uśmiechnąć z zażenowaniem. „Italiano” jest takim pozytywnym utworem, mimo, że mówi o jakimś tam starym uczuciu. Następny z kolei, czyli „Zbłąkany Anioł” jest lekkim, gitarowym kawałkiem. Trochę kojarzy mi się z klimatem ogniskowym. Naprawdę zaczynam teraz myśleć, żeby sięgnąć po gitarę i nauczyć się go grać. Jaka szkoda, że gitara została te 40km na południe (piszę z domu, gitara na stancji). „Zbłąkany Anioł” budzi we mnie chęci do robienia czegokolwiek, czego nie mogę powiedzieć o wszystkich piosenkach Edyty Bartosiewicz. Podobnie jak „Rozbitkowie”, prawie sprawił, że zaczęłam śpiewać z całych sił mimo chorego gardła i słuchawek na uszach. Kolejny dość ciekawy przypadek – utwór „Niewinność”, który premierę miał dobre parę lat temu. Przypomina mi o starej znajomej, z którą nie mam już tak dobrego kontaktu jak kiedyś. Chyba nie miałybyśmy już o czym rozmawiać, ale mimo to żałuję, że nie ma już jej tyle w moim życiu ile było kiedy miałyśmy po 13 lat. Żałuję, że nasza przyjaźń nigdy nie dojrzała, nigdy nie umiałyśmy rozmawiać o sprawach, które teraz wydają się dla mnie zupełnie naturalne. Przyjaźń została gdzieś tam w ławkach podstawówki. Jeszcze do studiów rozmawiałyśmy od czasu do czasu. Potem ona wyjechała w jedną stronę, ja w drugą równie daleko. Ale ja wróciłam, ona przyjechała na wakacje i mieszkałyśmy parę miesięcy znów tak blisko siebie i nawet się nie minęłyśmy, nawet nie porozmawiałyśmy. Ale koniec sentymentów! Następny numer to „Cień”. Najciemniejszy, najgłębszy. Edyta śpiewa tak potężnym, niskim głosem. Świetna piosenka na smutki, świetna do zasypiania, świetna do nauki. Lubię takie ciężkie, psychodeliczne klimaty. A dalej w kolejce mamy znaną już niektórym „Madame Bijou”. Edyta po raz pierwszy zaśpiewała ten utwór na Orange Warsaw Festival w 2010 roku. Tu znowu odkrywamy typową „bartosiewiczową” atmosferę, trochę przypominającą stary, jeden z najpopularniejszych utworów Edyty, czyli „Opowieść”. Ten kawałek ma jednak z sobie tę dozę nadziei i dobrych myśli, których w „Opowieści” brakuje. Dalej jest numer dziewięć o przewrotnym tytule „Ryszard”. To imię zawsze będzie mi się kojarzyć z polonistą z liceum, więc mogę odbierać ten utwór dość subiektywnie. Nie mogę się nie zaśmiać słysząc „Ryszard z kwiatem w dłoni, pijany kołysaniem traw” i wyobrażając sobie okrągłego, łysawego flegmatyka, który nie umiał zapanować nad gromadką rozszalałych nastolatków. Dlatego przejdę do „Żołnierzyka”. I znowu te gitary! Tylko usiąść i grać, albo lepiej położyć się i słuchać nienagannej muzyki Edyty. Trochę przypomina mi utwór, o którym zapomniałam wspomnieć. Bowiem jakiś czas przed wydaniem płyty Edyta nagrała bardzo ciepłą piosenkę do filmu o Kubusiu Puchatku – „Witaj w Moim Świecie”. Tu też czuć taką potulność, czułość, prawie bliskość. Bardzo uroczy utwór, podobnie jak „Orkiestra Tamtych Dni”. Klimatyczny kawałek, trochę rytmem przypominający reggae. Spodobałby się mojej mamie. Tu Edyta znowu wspomina dawne czasy, które przyznam szczerze, zachęcają by usiąść jak przedszkolaki w kółeczku, zamknąć się i słuchać. Ja fanką reggae nie jestem, dlatego nie jest to mój ulubiony utwór. Za to kolejny singiel „Upaść, By Wstać” dużo bardziej zasługuje na takie miano. Nie chcę nic nikomu wypominać, bo z racji tego, co pisałam przy „Italiano” nie chcę wyjść na hipokrytę. „Co było odeszło, szkoda tylko Twojej zbolałej głowy” to właśnie taka deklaracja, że nie ma sensu trzymać w sobie niepotrzebnych nikomu goryczy. Trzeba pozwolić sobie i komuś minąć ten okres, którego nie ma sensu zbędnie przedłużać. Ostatnia już piosenka, czyli „Tam, Dokąd Zmierzasz” miała pierwotnie być utworem tytułowym. Dopiero kilka lat temu Edyta zdecydowała się na „Renovatio”. Trzynastka, niby nieszczęśliwa, dla mnie przynosi tak potrzebne ostatnio wyciszenie. Zawsze zastawiałam się, dlaczego ludzki organizm nie ma takiego zwykłego wyłącznika emocji. Widać, można go znaleźć w muzyce. Spokojna, prawie bluesowa piosenka to wszystko, czego teraz potrzebuję. Chciałam tu przytoczyć jakiś ciekawy fragment, ale chyba musiałabym wpisać cały tekst.

    Edyta Bartosiewicz zawsze była dla mnie sztandarowym przykładem dobrej polskiej wokalistki. Naprawdę bardzo cieszę się, że wróciła na scenę i dalej będzie karmić mnie swoim ciepłym głosem, nieskomplikowanym gitarowym brzmieniem i wyjątkowymi tekstami. Jestem też oczarowana wyczekiwanym przez lata albumem. Dziś już kończę, ale proszę wierzyć, że Edyta podbudowała mnie troszeczkę do działania. Nie będzie żadnej przerwy, nie będzie żadnym zmian. Zapraszam więc za tydzień i życzę wszystkim miłego tygodnia. :)

„Some people want to see what I see, some people put an evil eye on me.”

     Wiem, że może to brzmieć śmiesznie z ust dwudziestolatki, ale ostatnio moje udręki dwoją się i troją jak króliki. Zaczęłam w tym roku szkołę policealną i naprawdę chcę ją skończyć z zadowalającym wynikiem, więc uczę się kiedy mogę. Z drugiej strony zastanawiam się znowu jaki to ma sens. Wrodzony pesymizm podpowiada mi, że i tak w życiu nie ułoży się, tak jak bym chciała. Dodatkowo kumulują się wszystkie moje poza szkolne zmartwienia, ale o nich nie będę wspominać. A na końcu jeszcze blog. Problemy problemami, ale zobowiązałam się pisać co tydzień. Właśnie po to, żeby coś robić dla siebie. Tymczasem pisanie stało się coraz większym utrapieniem. Fajnie jest kiedy obejrzę film i po prostu MUSZĘ o nim napisać, ale nie zawsze mam taką nie pozwalającą o sobie zapomnieć wenę. W tym tygodniu myślałam i myślałam, nie mając bladego pojęcia, co będzie na tyle ciekawe, żeby to opisać. Co się spodoba? Co ludzie będą chcieli komentować? A czy nie za długie te moje notki? A może ostatnio trochę za krótko było? A wiecie co? Głowa mnie już boli. Dziś będziemy się bawić. A jeśli nie jacykolwiek czytelnicy, to ja. Dziś święto Oli. Dziękuję, przedstawiam nową płytę zespołu Franz Ferdinand.

     Franz Ferdinand to szkocki zespół grający bardzo pozytywny indie rock, zwany nawet czasem dance-rockiem, ale moim zdaniem brzmi to co najmniej dziwnie. Dance-rock? Kto to wymyślił… Osobiście lubię ich muzykę nazywać rockiem alternatywnym, ale to już zupełnie subiektywna opinia. Pierwszą płytę wydali w 2004 roku. „Right Thoughts, Right Words, Right Action” jest ich czwartym wydawnictwem, który w Wielkiej Brytanii ukazał się na sklepowych półkach 26 sierpnia bieżącego roku. Od razu muzycy pochwalili się dwoma piosenkami z najnowszego krążka wydając je w postaci singli, a są nimi „Right Action” i „Love Illumination”. Na początku września singlem został również utwór „Evil Eye”.

     Płyta zaczyna się prawie tytułowym utworem „Right Action”. Dzisiaj się bawimy, więc nie będę wnikać w jakieś szczegóły. Powiem po prostu, że piosenka świetnie nadaje się do podróżowania po mieście. Czy na rowerze, czy w autobusie. Nawet pieszo. Ola jest osóbką, która bez muzyki w słuchawkach się z domu nie rusza. „Right Action” jest przykładem ciekawej, szybkiej, rytmicznej, wesołej, po prostu FAJNEJ piosenki powodującej moje wyłączanie się ze społeczeństwa w autobusie. Dalej „Evil Eye”. Przyznam, że lubię ten kawałek, ale nie mogę oprzeć się pewnemu stwierdzeniu. Ta piosenka brzmi jak utwór Eminema. :) Takie skojarzenia we mnie budzi, chociaż bardzo subiektywne. Jedyne, co wiem, to fakt, że gdy słyszę tę piosenkę to nawet podczas największego doła chce mi się ruszać, skakać i tańczyć. Następne w kolejce „Love Illumination”, które zachwyciło mnie wstawkami w stylu lat osiemdziesiątych. Nie jestem pewna, ale chyba czasem można usłyszeć tę piosenkę w radiu. To mój osobisty kopniak, kiedy nie chce mi się nic robić. Równie dobrze pan Alex Kapranos mógłby śpiewać „We can love you if you need somebody to love you, Ola”. Dalej jest “Stand On The Horizon”, które również ma w sobie dozę muzyki lat osiemdziesiątych. Nie dane było mi pamiętać te lata, ale takie mam o nich wyobrażenie. Mogę się założyć, że utwór ten zrobiłby furorę na niejednej potańcówce. Piąta już piosenka, czyli „Fresh Strawberries” mimo swojego przyjemnego brzmienia, przypomina mi troszkę jingle w reklamach. Zwłaszcza przy refrenie. Trochę przesłodzili. Przynajmniej instrumentalnie nadrabiają w następnym utworze – „Bullet”. Więcej energii, więcej hałasu. Wokalnie nadal trzymają się charakterystycznego dla nich, trochę boysbandowego klimatu. Mimo wszystko, tego kawałka nie może zabraknąć w pamięci mojego odtwarzacza, który towarzyszy mi przy 90% wyjść z domu. Siódemka to „Treason! Animals”. Wydaje mi się takim swojego rodzaju przerywnikiem. Rytm, choć dość dziwaczny, trzyma w napięciu. Ta melodia, nie wiem o co chodzi, przypomina mi stare gierki. No po prostu jakbym kilkupikselową żółtą kulką pożerała małe kropeczki i uciekała po labiryncie przed kolorowymi potworkami. Z kolei następnej piosence „The Universe Expanded” nie można odmówić dozy tajemniczości. Właściwie tylko krótkie wstawki są podobne do reszty płyty, a i tak w porównaniu do innych piosenek są bardzo spokojne. Kolejne „Brief Encounters” hitem się raczej nie stanie. Ma w sobie taką psychodeliczność, taką dziwność, którą lubię. To nie to samo, co czyste, bardzo wysublimowane Warpaint, które uwielbiam, ale taka bardziej rockowo-brzydka wersja psychodeli. No i ostatni utwór „Goodbye Lovers & Friends”. Zgodnie z tytułem, pożegnanie. Trochę cmentarne.. Zachowane z skocznym klimacie płyty, ale (nie wiem dlaczego) przy tej piosence wyobrażam sobie tańczące kościotrupy. Dziwne.

     Cóż, to chyba wygląda na koniec. Dziś szanowne hejterstwo może mi wiele zarzucić, ale mam wrażenie, że nie wyszło tak źle. Jeśli znajdę coś godnego uwagi, coś mnie zaintryguje – napiszę o tym za tydzień. Postaram się nie robić już żadnych przerw w pisaniu, bo wiadomo, że nie prowadzi to do niczego dobrego. Z drugiej strony nie ma sensu publikować czegoś, co nieszczególnie podoba się samej autorce. Dziś usprawiedliwiania się było trochę więcej niż samej notki i za to przepraszam, ale ostatnio szczególnie mocno nie potrafię znaleźć słów na to, co słyszę. Widać jednak nie o muzyce pisze mi się najlepiej. Może zostanę przy samych filmach? Może zrzucę te ramy pisania w każdą sobotę? Nie wiem, pomyślę i na pewno w tygodniu napiszę, na pewno dam znać. Myślę, że konstrukcja może się trochę zmienić w najbliższym czasie. Mimo wszystko zapraszam za tydzień. Życzę wszystkim miłego tygodnia i pozdrawiam serdecznie. :)

„Play on, till the sailing ships from heaven come along”

     O czym mogłabym napisać niecały tydzień po premierze nowej płyty mojej ulubionej artystki? Miało być w końcu trochę mocniej i głośniej, ale znowu będzie pełno melancholii. W sumie dobrze się składa, bo wydaje mi się, że płyta dzisiaj omawiana jest idealna na pogodę taką, jaka ostatnio gości u nas za oknem. Nie będę zbędnie owijać w bawełnę, przejdę do melodyjnej, oceanicznej przygody ze świeżo wydanym krążkiem Katie Melua pt.: „Ketevan”.

     Jak mówi sama Katie, płyta jest pewnego rodzaju spoglądaniem w przeszłość, przypominaniem sobie gruzińskich korzeni, a także małym kroczkiem wstecz do pisania tekstów. Przyznaje w którymś z wywiadów, że niechętnie tworzy własne teksty, ujawnia swoje emocje, choć mimo wszystko, na każdej z poprzednich płyt było kilka jej autorskich tekstów. Wiem od znajomych i z własnego doświadczenia, że wbrew wszystkiemu to właśnie piosenki napisane w całości przez Katie cieszą się największą aprobatą. Ona jednak woli śpiewać teksty autorstwa swoich współpracowników i coverować znane utwory (niedawno złapała się za „Diamond Are Forever” i wyszło jej to świetnie). Ten album, szósty z kolei, jest właśnie pierwszym wydawnictwem Katie bez coverów. Dodatkowo płyta została wydana 16 września, czyli w dniu jej 29. urodzin i jednocześnie w 10. rocznicę działalności estradowej. Całość tych informacji pięknie podkreśla tytuł krążka – „Ketevan”, czyli jej pełne gruzińskie imię. Urodzona w Kutaisi, drugim pod względem wielkości mieście w Gruzji artystka, uczyła się w Brit School południowej części Londynu zanim zaczęła śpiewać dla brytyjskiego niezależnego wydawnictwa – Dramatico. Po dziesięciu latach może cieszyć się wielką popularnością w wielu krajach Europy, głównie we Francji i Niemczech. Polska widownia też bardzo ceni sobie twórczość pięknej brytyjki, na przykład tak jak ja – zasilając grono jej oficjalnego polskiego  fanklubu.

      Płycie nie można odmówić melancholii, z której jest znana Katie. Jest niemal wysycona idealną głębią, perfekcyjnym dźwiękiem, a przede wszystkim cudownym wyborem instrumentów. Do tego pięknego świata dźwięków wprowadza utwór „Never Felt Less Like Dancing”. Podobno pomysł na tę piosenkę wziął się z Twittera. Jej autor, Mike Batt, odnalazł takie stwierdzenie wśród wpisów swoich znajomych, stwierdził, że fraza świetnie nadaje się na tytuł piosenki i zaczął pisać. Miał rację. Nie tylko tytuł, cała piosenka jest piękna. Przede wszystkim jest to niesamowicie poruszający, melodyjny utwór. Bardzo prosta konstrukcja instrumentalna plus genialny tekst ubrany z niezawodny głos Katie. O ile fani nie przepadają podobno za utworami autorstwa Mike’a, tu – moim zdaniem –należy zdjąć czapki z głów. Jedna z moich ulubionych piosenek na tej płycie. Mogłabym zachwycać się dalej, ale czas przejść do następnej pozycji. Jest nią „Sailing Ships From Heaven”, której fragment figuruje w tytule notki. Po raz kolejny piosenka Batta. Tej nie będę zachwalać tak, jak poprzedniczkę. Zwrotka tu jakoś tak dziwnie przypomina mi utwory z lat osiemdziesiątych. Z drugiej zaś strony, to dwulinijkowe wtrącenie, które logicznie myśląc powinnam nazwać refrenem, naprawdę zapada w ucho. Przyznam, całość mnie nie powaliła, ale te śmieszne dwie linijki tekstu śpiewałam przez cztery dni non-stop. Instrumentalnie utwór dość rozbudowany, cieszy mnie to, bo to nie najczęstsza sprawa u pani M. Kolejna piosenka, czyli „Love Is A Silent Thief” mnie niesamowicie intryguje. Podobnie jak refren poprzedniej, tak tu całości po prostu nie jestem w stanie usunąć z głowy. Co chwilę śpiewam „Love is a language without and alphabet”. Muszę wspomnieć o tym, co uwielbiam w tekstach Katie, bo tu właśnie mamy przykład takiego. To wiersz. Piękny, intrygujący, niebanalny wiersz. Naprawdę, mogę zrozumieć, że ktoś nie przepada za muzyką Katie, ale zapoznać się z jej tekstami takimi jak ten, to obowiązek każdego, kto interesuje się poezją. Dodatkowo piosenka jako całość ma u mnie duży plus, bo nie jest właśnie takim typowym „Meluowym” smęceniem. Nie przedłużam, bo jak tak dalej pójdzie to ta notka będzie miała 10 tysięcy słów. Na czwartej pozycji mamy „Shiver And Shake”. Zapomniałam wspomnieć, ale w teaserze płyty Katie mówi o tym, że „Ketevan” zawiera dość nietypowe dla niej klimaty. W „Shiver And Shake” jest gitara elektryczna! Brawo! Coś pięknego. Piosenka z pazurem. Nie jest to rock, nie jest to nic ostrego, ale pozwolę sobie nazwać tę piosenkę mniej grzeczną niż spodziewalibyśmy się po Katie. Cięższą, a za razem nie tak rzewną. Może brakuje mi tu takiej swoistej poezji, finezji, ale cenię niecodzienny charakter tego utworu. Takiego Katie w swojej dyskografii jeszcze nie ma. A teraz wracamy do typowych klimatów. Kolejny utwór – „The Love I’m Frightened Of” opowiada o tym, jak to czasem nam w miłości nie wychodzi. Moim zdaniem jest… poprawny. Nie mogę powiedzieć złego słowa, nic tu nie dzieje się źle, ale mam wrażenie, że słyszałam już kiedyś tę piosenkę. Nie zachwyca, ale też nie jest zła, a Katie mimo wszystko to dla mnie nie święta krowa – ma też piosenki słabe. Tak jak ta, która jest następna. W „Where Does The Ocean Go?” nie słyszę nic ciekawego w tekście, głos Katie brzmi jakoś staro i dość nieprzyjemnie, może poza refrenem. Niestety słychać sporą różnicę w jakości zwrotek i refrenu. Instrumenty też nie popisują się szczególną brawurą. Po prostu nie czuję nic porywającego. Wiem, dlaczego tak jest. To oczywiście w ramach szybkiej anegdotki. Podoba mi się jedynie refren, bo napisała go Katie, a zwrotki ten jej manager, Mike Batt. Ale trzeba przyznać, że akustycznie jest całkiem w porządku. Mike pisze jednak piosenki bardzo specyficzne. Znając na pamięć większość utworów śpiewanych przez Katie, jestem w stanie powiedzieć z prawie stuprocentową poprawnością, kto z tych dwojga jest autorem. W tekście następnej piosenki, czyli „Idiot School” wyraźnie czuję pióro Batta. Tu, podobnie jak przy „Never Felt Less Like Dancing”, mu się upiekło. Z tym, że tam pełno było „Meluowej” melancholii, a tu równie miłego humoru. Czytałam gdzieś, że podobno nasza piękna gruzinka nie chce muzyki traktować zbyt poważnie, lubi się czasem nią pobawić. I tu przykład właśnie takiej humorystycznej pioseneczki okraszonej ciekawie dźwiękami banjo. Ogólnie rzecz biorąc „Idiot School” opowiada o żalu do siebie, kiedy popełniło się błąd odrzucając kogoś, kto okazał się sercu ważniejszy niż się wydawał: „I threw away a jewel, I must have been to idiot school”. Dalej mamy jakieś drobne nieporozumienie w stylu wesołego country – „Mad, Mad Men”. Katie brzmi tu jak dwunastoletnia dziewczynka. Aż mnie uszy bolą. Naprawdę nie wiem, co mi tu nie gra. W sumie, utwór wykonany ze sporym rozmachem, ale może to mi zupełnie subiektywnie nie podchodzi taka forma muzyki. Idziemy dalej, bo już takich nieporozumień nie będzie. Zostały nam trzy piękne utwory. Pierwszy z nich to uroczy walczyk „Chase Me” rodem z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Kiedy słucham tego utworu wyobrażam sobie pewną, trochę w sumie chorą scenkę. Kiedyś może się wreszcie będę wydawać za mąż. Widzę tysiąc par tańczących pięknie, żadnych podpitych wujków, same dostojni panowie wirujący z pannami, które chwalą się swoimi długimi, eleganckimi sukniami, a gdzieś tam, na drugim końcu sali mój świeżo poślubiony mężczyzna. Patrzymy tak na siebie, ciesząc się udanym balem, on się do mnie szarmancko uśmiecha i słucha jak śpiewam „Chase me, I’ll be your everything, the light of spring, I’ll shine like tear drop.” Wszyscy zagubieni w pięknym walcu, a my trwamy wiecznie w tej minucie. Cóż, wspominałam, że jestem niezrównoważona? Oj, po prostu cierpię na nieuleczalny romantyzm. Wracając do muzyki, dla mnie „Chase Me” jest piosenką idealną, której tak bardzo brakowało mi po „Where Does The Ocean Go?”. Dalej utwór „I Never Fall”, którego czysta, nieskomplikowana melodia zaczarowała mój umysł i nawet zasypiając słyszę te delikatne uderzenia w klawisze fortepianu. Uwielbiam wyrafinowany styl retro tej piosenki. Utwór jest wypełniony po brzegi nieskalaną, niczym niezmąconą melancholią, która (przy najmniej mnie) wbija w fotel, zostawia zawieszoną bezwiednie z wzrokiem wbitym w deszczowy spacer przechodniów za oknem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu, gdy słyszę tę piosenkę bezwarunkowo zwijam się w kulkę, łapię kubek herbatki i patrzę jak pada deszcz. Ostatni kawałek na albumie jest za to bardzo ciekawy. To utwór, na który Mike Batt dostał zlecenie. Miał napisać piosenkę, którą Katie zaśpiewa podczas ceremonii urządzonej w rocznicę koronacji królowej Elżbiety. Przyznajmy szczerze, nie jest to proste zadanie. Jak napisać piosenkę odpowiednią na taką okazję, a za razem stosowną poza wydarzeniem? „I WIll Be There” jest jednak naprawdę wyjątkowym utworem. Bije z niego silny przekaz. To hołd dla niedawno zmarłej matki Mike’a. Piosenka jest takim, nie wiem czy mogę tak to nazwać, przytuleniem. Może bardziej pocieszeniem: „Remember, I’ll always care.” Tu fotka Katie z gali koronacyjnej.

      Tuż po wydaniu płyty spotkałam się z wieloma opiniami na jej temat. Jedni narzekają, że Katie nie tworzy już piosenek takich jak kiedyś i tęsknie wsłuchują się w jej dwie pierwsze płyty. Drudzy natomiast zarzucają biednej pani Melua, że cały czas podaje nam identycznie brzmiące piosenki, które nudzą się bez względu na to jak pięknie brzmią. I tak źle, i tak niedobrze. Postaram się, jako wierna fanka, a przede wszystkim jako obiektywna recenzentka, spróbować postawić się na miejscu artystki. Pozwolę sobie również przypomnieć, że Katie pochodzi z Gruzji. Tamtejsza muzyka opiera się głównie na jazzowo-bluesowych klimatach, nie wymagajmy więc aby dziewczyna tworzyła ciężki rock. Cenię w Katie to, że jest otwarta na wszelkie możliwości, co widać po jej nieco bardziej „kosmicznym” niż pozostałe albumie „The House”. Może rzeczywiście, nawet w moim odczuciu, nie wszystkie piosenki są idealne, ale nie zapominajmy, kto tu rozdaje karty. Muzyk tworzy muzykę tak, jak ją czuje, a Katie ma tak szerokie grono odbiorców, jak już wspomniałam głównie w Niemczech, że naprawdę może sobie pozwolić na dużo. Pewnie nawet gdyby zaczęła rapować, pół świata by temu przyklasnęło. Ja osobiście może nie, ale wszystko jest kwestią gustu.

     Na dzisiaj to już tyle. Serdecznie zapraszam do przesłuchania płyty Katie Melua. Jest naprawdę godna uwagi. Powinnam zaznaczyć, że w moim mniemaniu płyta nie może stanowić jakiegokolwiek tła. Trzeba po prostu usiąść i cieszyć się ciepłą, jesienną muzyką. W takiej sytuacji zostawiam czytelnika z czystym pięknem i zachęcam do osobistej oceny. Widzimy się za tydzień, ja już życzę miłego weekendu i zmykam.

     Pozdrawiam. :)