„Was all this legal? Absolutely not.”

    Jest na świecie stanowczo za dużo rzeczy ważnych, żeby je teraz wymieniać. Oczywiście pozycje na tej liście i ich konfiguracja są różne dla każdego człowieka. Przecież każdy ma inne priorytety, przecież nie każdemu z nas zależy równie mocno na tej samej sprawie. Dziś napiszę o filmie ukazującym życie człowieka, który dobrze wiedział, czego chce. Sięgał tylko to, co było mu do szczęścia potrzebne i szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu, że mu się udało. Trzeba mieć silny charakter, by uparcie dążyć do spełnienia marzeń, nawet jeśli droga do nich wiodąca jest pełna zagrożeń zdrowia, życia i wolności. Upraszczając, dziś o „Wilku z Wall Street”.

      Tytuł filmu, o którym dziś piszę na pewno każdemu obił się o ucho. Określane komedią kryminalną ostatnie dzieło reżysera Martina Scorsese zawitało do światowych kin 17 grudnia ubiegłego roku, polacy musieli czekać zaledwie kilkanaście dni dłużej. Zapewne ze względu na wielki prestiż i przypuszczalnie spory budżet, jeszcze przed premierą film był owiany aurą geniuszu. Chociaż był nominowany do 39 nagród, wygrał tylko jedną. Co prawda, nagroda była stuprocentowo zasłużona, bo trafiła do Leonardo DiCaprio, którego gra aktorska jest jednym z mocniejszych punktów. Prawda jest taka, że „Wilk z Wall Street” jest jedną wielką reklamą rozpustnego życia, na którą patrzy się całkiem przyjemnie tylko ze względu na to, że została wykonana bardzo profesjonalnie przy udziale wielu bardzo dobrych fachowców. Problem w tym, że treść sama w sobie nie porywa. Przynajmniej nie porwała mnie.

     Z jednej strony nazywany jest najlepszym filmem ubiegłego roku, z drugiej zaś szufladkowany do kategorii pustych, przesadnie wulgarnych, a nawet nudnych. Niektórzy zarzucają mu (nie wiem, czy mogę to tak nazwać) promowanie związków kazirodczych. Cóż, „Wilk z Wall Street” jest określany biografią niejakiego Jordana Belforta, który prowadzi narrację przez większość filmu. Wręcz oprowadza widza po swoim bogatym życiu chwaląc się nim, zupełnie jakby oprowadzał gościa po swojej nowej posiadłości. Opowieść zaczyna się, kiedy Jordan był raczej skromnym, początkującym brokerem giełdowym, któremu nawet na myśl nie przyszłoby to, co już parę lat później jest dla niego chlebem powszednim. Szybko zaczyna zarabiać coraz więcej pieniędzy dzięki swojej niebywałej umiejętności sprzedaży. Niedługo później jego chciwość rośnie, a on sam pozwala sobie zachłysnąć się bogactwem. Rzuca się w świat rozpusty i ze swojej rozwijającej się w oszałamiającym tempie firmy maklerskiej urządza wielki burdel. Kiedy kokaina, morfina i inne perełki z porannego zestawu wspomagaczy przestają dawać mu odpowiedniego kopa, zaczyna brać wycofane ze sprzedaży leki. Muszę przyznać, że film wciąga, chociaż osobiście w czasie seansu głęboko zastanawiałam się jaki element tej wysoko promowanej farsy mi się podoba.

     Bo podobał mi się. Nie mogę powiedzieć, że trafił do gromadki moich ulubionych filmów i szczerze wątpię, że obejrzę go jeszcze raz. Na ogół nie lubię tego, co jest stworzone tylko po to, żeby się wszystkim podobało, ale tym razem zostałam przekupiona. Każda minuta tego filmu jest jak frytka w McDonald’s – niby brzuch pełny, same frytki też nie są szczególnie dobre, ale jakaś dziwna siła każde skubnąć jeszcze jedną, przecież jedna nie zaszkodzi. Nie miałam nic lepszego do roboty to obejrzałam, chociaż jak na taki film „o niczym” to „Wilk z Wall Street” jest zdecydowanie za długi.  Było tylko kilka scen spośród całej fabuły, które jakoś bardziej uchwyciły moje łase na wzruszenia serducho. Jedyną wartością odżywczą tych stu osiemdziesięciu „frytek” był Leonardo DiCaprio. Żałuję, że ten bardzo utalentowany aktor nie zdobył jeszcze Oscara, wierzę, że kiedyś mu się uda, ale cieszę się, że nie wydarzyło się to za sprawą tak przeciętnego filmu. Nie można też zauważyć pozostałych aktorów, bo Matthew McConaughey, Margot Robbie, czy Kyle Chandler również poradzili sobie świetnie, a Jonah Hill, grający Donniego był chyba moją ulubioną postacią. W sumie to wszystko – gra aktorska, muzyka, charakteryzacja i kostiumy, scenografia itd. – naprawdę wszystko jest wprost genialne, na pierwszy rzut oka zachwycające. Jedyne, czego brakuje to jakiś sensowny wniosek. Chociaż muszę przyznać odrobinkę spoilerując, że Jordan dostał za swoje grzeszki. Szkoda tylko, że nie wyciągnął wniosków i dalej żyje sobie gdzieś tam zbijając forsę na naiwnych ludziach by móc opłacić sobie kokę i dziewczynki. Na koniec dodam, że ktoś ciekawski policzył ile razy w „Wilku z Wall Street” pada słowo „fuck”. Ta magiczna liczba wynosi aż 506, co po krótkich przeliczeniach daje nam częstość padania tego słowa około 3 razy na minutę. Wyobrażacie sobie trzygodzinny film, w którym mówi się „fuck” (lub jego odmianę) średnio co 20 sekund?

     Nikt chyba nie spodziewał się, że recenzja najgłośniejszego filmu ubiegłego roku będzie krótka? Mam taką nadzieję i kończę dzisiejszą pracę nie przedłużając już więcej. Dzięki wszystkim za uwagę i zapraszam za tydzień. Jeśli dobrze pójdzie to może wtrącę jakąś recenzyjkę muzyczną? Co w na to? Trzymajcie się ciepło i miłego weekendu. :)

A.P.

„Tak bardzo walczę o życie, że nie mam już czasu żyć.”

     Zastanawialiście się czasem jak ułożyłoby się wasze życie, gdyby nagle spadła na was wiadomość o poważnej, czy nawet śmiertelnej chorobie? Czy umielibyście odważnie stanąć do walki, chwytać się brzytwy, łapać byka za rogi, czy może zawinęlibyście się gdzieś w kącie i w głębokiej depresji czekali na godzinę zero? Szczerze mówiąc, chyba nikt nie potrafi ocenić tego, jak zachowałby się w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami, nieuniknionej i bardziej rzeczywistej niż kiedykolwiek śmierci. W takiej sytuacji został postawiony główny bohater opisywanego dzisiaj filmu, Ron Woodroof z „Witaj w klubie”.

       Film Jeana Marca Vallée o oryginalnym tytule „Dallas Buyers Club” zadebiutuje w polskich kinach dopiero 14 marca, choć pierwszy trailer wypuszczono 27 sierpnia ubiegłego roku. Historia zarażonego wirusem HIV Rona Woodroofa miała premierę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto 7 września 2013. Dramat „Witaj w klubie” otrzymał sześć nominacji na gali Academy Awards, dwie nagrody Screen Actors Guild, a w czasie ceremonii rozdania złotych globów można było zobaczyć jak panowie McConaughey i Leto otrzymują nagrody dla najlepszego aktora i najlepszego aktora drugoplanowego. To nie koniec nagród, dzięki oryginalnemu scenariuszowi film był też nominowany na Writers Guild of America Awards. Z kolei National Board of Review nazwał „Witaj w klubie” jednym z najlepszych niezależnych filmów ubiegłego roku.

     Dramat, o którym mam dziś przyjemność pisać jest luźną biografią żyjącego w drugiej połowie ubiegłego wieku elektryka Rona Woodroofa, który w wieku trzydziestu sześciu lat dowiaduje się, że ma dość szybko postępujące AIDS. W filmie Ron jest raczej rasistą i homofobem, brzydzi się homoseksualistami. Nie wierzy, że może cierpieć na „chorobę pedałów”, bo przecież jest stuprocentowym mężczyzną. Początkowo próbuje wytłumaczyć sobie, że lekarze na pewno się pomylili, lecz gdy zauważa pogłębiające się objawy postanawia rozpocząć terapię. Zauważa jednak, że leki podawane przez lekarzy mu szkodzą. Ron postanowił wybrać pierwszą z opcji, które opisałam na wstępie, tzn. zaczął szukać innych leków. Ponieważ nie mógł ich dostać w Stanach pojechał najpierw do Meksyku. Po jakimś czasie otworzył klub dla ludzi chorych na AIDS, którym przywoził różne substancje niezagrażające życiu – m.in. witaminy i białka. Film opowiada głównie o problemach z jakimi się borykał prowadząc klub i o nieustannej walce Rona o życie, którego jak sam przyznał, nie miał czasu prowadzić tak jak by chciał.

     Ciekawa jest historia pomysłu na film biograficzny o Ronie. Wszystko rozpoczęło się latem 1992 roku, kiedy Bill Minutaglio, dziennikarz z Dallas Morning News, natknął się na artykuł o pacjentach z AIDS w różnych miastach w całych Stanach. Łączyli oni swoje zasoby, płacili przedsiębiorcom, aby oni dostarczyli im leki niezatwierdzone w USA. Minutaglio w końcu wpadł na trop Rona Woodroofa, wąsatego, zdrowo klnącego przewodniczącego klubu nabywców z Dallas. Po jakimś czasie udało mu się namówić Rona do rozmowy. Doprowadziło to do powstania artykułu „Buying Time” w magazynie Morning News’ Sunday. Krótko jego po opublikowaniu, scenarzysta Craig Borten pojechał do Dallas i spędził trzy dni na rozmowach z Woodroofem. Ich wynikiem jest scenariusz, na postawie którego film możemy oglądać dziś.

 

     W filmach biograficznych lubię to, że zawsze za fabułą kryje się jej alternatywna, prawdziwsza wersja. Jak w większości przypadków, w filmie jest parę odstępstw od prawdy. Nie chcę tu potencjalnym przyszłym widzom psuć seansu spoilerami, ale po obejrzeniu filmu zachęcam do doczytania faktów z życia Rona, bo niektóre z nich są naprawdę ciekawe. Myślę, że nie przekroczę żadnych granic jeśli napiszę, że Woodroof tak naprawdę nigdy nie jeździł na rodeo, czy że miał żonę. Ponadto, Woodroof był znany z dziwacznych zachowań, ale McConaughey ukazał go znacznie bardziej szorstkim i konfrontacyjnym, niż był w rzeczywistości. Skoro wspomniałam już o odtwórcy roli Rona, muszę powiedzieć, że w filmie wygląda naprawdę strasznie. Jest zupełnie do siebie nie podobny, tragicznie wychudzony – można przeczytać, że do roli zrzucił 17 kilogramów. Jego gra nie kończy się na samych gestach i słowach. Byłam pod wielkim wrażeniem pracy Matthew’a McConaughey’a, naprawdę nie dziwi mnie, że otrzymał nominację do Oskara za tę rolę. Jego znajomą lekarkę Dr Eve Saks zagrała Jennifer Garner, której chyba było ciężko się wybić przed dwóch szokujących bohaterów. Nie można przecież pominąć Jareda Leto, który w filmie wystąpił jako transwestyta Rayon, przyjaciel i współpracownik Rona. Nie wspomnę o samym przebraniu, o kostium i makijaż naprawdę nie trudno. Leto jest równie blady i wychudzony jak McConaughey, jego szkielet wybijający się ze słabo zarysowanych mięśni ubrany w różową sukienkę potrafi dać do myślenia.

     Cóż, nie rozpisałam się tak bardzo jakbym chciała, ale recenzja i tak jest już całkiem długa. Mimo wszystko, jest jeszcze tyle słów, które należałoby napisać. Myślę, że czytelnika podobnie jak siebie pozostawiam dziś z lekkim niedosytem. Jeśli kogoś ten temat wciągnął równie mocno jak mnie zapraszam do przeczytania paru zdań o Ronie Woodroofie, bo od tematu takiej osoby ciężko przejść bez słowa. Film serdecznie polecam, ale na dzisiaj już wystarczy. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

A.P.