„Kiedy dziecko umaże się, jedząc krem czekoladowy, wszyscy się śmieją; kiedy zrobi to dziecko upośledzone, nie śmieje się nikt.”

   Pisanie recenzji zawsze przysparza mi ilość problemów odwrotnie proporcjonalną do ilości, której się spodziewam. Kiedy zabierałam się za Atlas Chmur, bałam się, że nie zdołam okiełznać tak obszernego tematu, tak ogromnego przedsięwzięcia i nadać mu formę tekstu o poczytnej długości. Dlatego tym razem zdecydowałam się przedstawić książkę, która na początku sprawia wrażenie bardzo prostej do opisania. Zadowolona zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu ciekawostek. I tak samo, jak płynne okazało się pisanie o Atlasie Chmur, tak głębokie i niewyczerpane okłady informacji wyjawiły się na temat dzisiejszej książki. Jest nią krótka, niepozorna powieść francuskiego humorysty Jean-Louis Fourniera, czyli „Tato, gdzie jedziemy?”.

   O autorze, przynajmniej w Polsce, nie jest zbyt głośno. Szczerze mówiąc, nigdy o nim nie słyszałam. Książkę udało mi się zdobyć zupełnie przez przypadek. Ot, potrzebowałam zeszytu, więc wybrałam się do księgarni. Trafiłam akurat do takiej, w której właściciele zorganizowali jakąś bardzo interesującą akcję. W małym pokoiku było pełno kartonów wypełnionych książkami do kupienia w cenach porażających swoją maleńkością. „Tato, gdzie jedziemy?” ma z tyłu napisane, że warta jest 24,90zł, a mi udało się zdobyć ją za bodajże 3-4 złote. Z księgarni wyszłam oczywiście bez zeszytu, ale z ciekawym planem na spędzenie wieczoru.

   Czytanie tej książki nie zajęło mi dużo czasu. To 174 strony zawierające króciusieńkie historie z życia Jean-Louis’a zmagającego się z chorobami swoich synów. Urodzili się w odstępie dwóch lat, obaj upośledzeni fizycznie i umysłowo. Jego próby by żyć, radzić sobie z Matthieu i Thomasem, stały się przedmiotem odważnej, ale poruszającej powieści. Najdłuższa ze składowych tej powieści mieści się na półtorej strony, co jest poniekąd irytujące, ale przecież nie sięgamy po książki, aby pozachwycać się formą zapisu. Po lekturze miałam mieszane uczucia. Z jednej strony współczułam autorowi jego ciężkiego życia, z drugiej też nie wiedziałam jak mam odebrać jego czarny humor, cynizm z jakim opisywał te wszystkie sytuacje. Autor opisuje życie z dwójką upośledzonych chłopców pozbawiając je jakichkolwiek banalnych emocji, a to wydaje się nieludzkie nawet osobom takim jak ja tzn. nieznającym ich z autopsji. Przeczytałam gdzieś opinię, jakoby książka stanowiła wsparcie dla rodziców dzieci takich jak Matthieu i Thomas, możliwość odetchnięcia, poczucia zrozumienia, lekcję tego, jak śmiać się z siebie i swojego losu. Z drugiej strony, ludziom niezetkniętym z sytuacją poniekąd otwiera oczy na ten odległy, równoległy wszechświat. Widzę to sama po sobie. Zawsze wyobrażam sobie, jak to wyszkolę swoje dzieci muzycznie, będę im kupować pierwsze płyty, coraz ambitniejsze książki. Każdy wyobraża sobie, że nauczy swoje dzieci tego, co dla niego najważniejsze. Nikt nie bierze pod uwagę tego, że dziecko może być upośledzone. Tak samo, nigdy nie brałam pod uwagę tego, że kiedy za parę lat będę miała już swoje maleństwo okaże się, że nie mam możliwości pokazać mu całego tego piękna, całej mądrości, nie będę mogła uczyć go wartości, bo ono, nawet gdy podrośnie, będzie tylko ślinić się obściskując szmacianą lalkę. Co jeszcze mogę przyznać ciekawego o tej książce to fakt, że mimo nutki przerażenia, jaką niesie ze sobą z racji na tematykę, jest niezwykle pogodna. Same propozycje okładki z różnych wydawnictw, zarówno polskich jak i zagranicznych wzbudzają we mnie pozytywne emocje.

   Powieść jest w dużej mierze autobiograficzna. Nie można jednak powiedzieć, że w stu procentach. Tu zacznę problem kontrowersji, jaką niesie za sobą ta książka. Otóż, jak już wspomniałam, nie wszystkim podobał się czarny dowcip autora. Spora część odbiorców była wręcz oburzona, jak ojciec może tak mówić o swoich dzieciach, w dodatku niepełnosprawnych psychicznie. Jak porządny człowiek może publicznie kpić ze swoich dzieci? Czego nie wiedziałam czytając tę książkę, matka chłopców nie podziela wrażeń Jean-Louis’a. Stworzyła bloga pt.: „Mamo, gdzie jedziemy?”, na którym opublikowała swoje zdanie na temat książki byłego męża. Jednak autor książki i jej wydawca podnieśli głos, jakoby tytuł bloga naruszał prawa autorskie, więc Agnes Brunet zmieniła tytuł na „Matka Matthieu i Thomasa”. Chcę pozostawić recenzji jej zamierzony temat, nie mam zamiaru też wdawać się w prywatne sprawy tego państwa, ale nie mogę pominąć zdania matki chłopców na temat powieści, dlatego pozwolę sobie zacytować kilka zdań:

“Jestem matką Matthieu i Thomasa, dwójki bohaterów książki cieszącej się powodzeniem, której nazwy nie mogę przytoczyć. (…) Korzystając z okazji, chciałabym poprawić fałszywy obraz moich synów, jaki odebrali czytelnicy. Jest on szczególnie obrażający, a książka przedstawia ich jako parę żałosnych, bezużytecznych kulek, które nie umieją stworzyć żadnego rodzaju prawdziwego związku. Ja nie tak to widziałam. Przez całe moje życie, próbowałam dowiadywać się jak edukować moich chłopców. Mogę przysiąc, że ich istnienie było dalekie od bezużyteczności. Odrzucam tę rozpaczliwą myśl, że okres jaki Matthieu i Thomas spędzili na tym świecie był przeznaczony na bezcelowe życie. Życie, którego jedynym celem jest pogrążenie ich ojca w smutku czy podsunięcie pomysłu na książkę, jak świetna by ona nie była.”

   Pani Brunet, muszę przyznać, zmieniła moje zdanie o książce. Dalej w paru podstronach swojej witryny wyjaśnia, że wcale nie porzuciła męża zostawiając go z synami. Jak pisałam, nie chce ingerować w życie prywatnego tego państwa, ale bez wątpienia widać, że mimo, iż Matthieu i Thomas już nie żyją, ich dramat nadal trwa, nadal rodzi wiele goryczy i sporów. Mama chłopców pokazała też parę ich zdjęć, aby pokazać, że nie byli oni tak bezbronni, jak przedstawia ich Fournier. Pozwoliłam sobie je tu pokazać. Chłopiec z jasnymi, kręconymi włosami to Thomas, a ten ciut dłuższymi i ciemnymi to Matthieu.

   I tu kończę tę niedługą opowieść o książce „Tato, gdzie jedziemy?”. Mimo kontrowersji i być może częściowego zatajenia prawdy, uważam, że każdy w miarę wrażliwy człowiek powinien przeczytać tę pozycję. Pomijając prawdziwe losy chłopców i ich rodziców, należy spędzić przy tej powieści jeden krótki wieczór, aby nauczyć się odrobiny dystansu i pokory, aby zauważyć, że z największymi problemami da się walczyć. Mam nadzieję, że kończymy dziś choć trochę optymistycznie. Odkładam książkę na półkę i zapraszam was wszystkich za tydzień.

Miłego weekendu, pozdrawiam. :)