„Chcę wiedzieć, czy o mnie myślał. Tak jak ja każdego dnia myślałam o nim.”

     W tym tygodniu miałam zaskakująco dużo pomysłów na recenzję, a mimo to dość trudno było mi się zdecydować. Miałam wrażenie, że powinnam dzisiaj skupić się na czymś, co będzie niosło za sobą jakiś głębszy sens, jakąś myśl. Z drugiej strony nie chciałam też nadawać dzisiejszemu wpisowi oszukanej wzniosłości. Wybór padł na film, moim zdaniem bardzo ciekawy i oryginalny – ale ja zawsze lubiłam kino brytyjskie, zawarty w nim specyficzny klimat, specyficzny humor. Chociaż ten film potwierdza on regułę, że ostatnio wszystkie filmy powstają na bazie książek, zdecydowałam się o nim napisać. Zobaczmy, komu jeszcze się spodoba „Tajemnica Filomeny”.

KINÓWKI.pl      „Tajemnica Filomeny” to brytyjski dramat wyreżyserowany przez Stephena Frearsa. Scenariusz napisali Jeff Pope i odtwórca głównej męskiej roli – Steve Coogan. Film powstał na podstawie książki Martina Sixsmitha pt.: „Zagubione dziecko Filomeny Lee”. Ekranizacja tej publikacji miała premierę 31 sierpnia 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Dramat brał wtedy udział w Konkursie Głównym. Polska premiera kinowa przypadła na koniec lutego bieżącego roku. Film jest raczej odważny, bardzo łatwo zarzucić mu antykatolickość (co jest bardzo pozorne, ale o tym później). Mimo takiej ogromnej kontrowersji, którą za sobą niesie, został doceniony na niejednej gali nagród filmowych. Ekipa tego dramatu może pochwalić się czterema nominacjami do Oscarów i trzeba do Złotych Globów. Zdecydowanie najbardziej godny wspomnienia jest fakt, że „Tajemnica Filomeny” w Konkursie Głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymała aż dziewięć nagród, m.in. za najlepszy scenariusz.

2      Fabuła tego dramatu jest moim zdaniem nieprawdopodobnie ciekawa. Może nieco ckliwa, może nieco „babska”, ale czasem warto zrobić sobie przerwę od brutalnych filmów Kubrick’a czy Tarantino. Co ciekawe, w zaskakująco dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistą historią życia Filomeny Lee. Kiedy film zaczyna się poznajemy dziennikarza Martina Sixsmitha tuż po utracie pracy w BBC. Niedługo potem zaczepia go młoda kobieta, której matka wiele lat wcześniej straciła syna. Córka Filomeny prosi Sixsmitha o spotkanie z poszkodowaną. Mężczyzna początkowo niechętny, w końcu poznaje panią Lee. Ta opowiada mu jak doszło do jej tragicznego rozstania z synem. Wtedy dowiadujemy się, że chłopiec był dzieckiem nieślubnym. Ojciec samotnie wychowujący nastoletnią wtedy Filomenę, oddał ją pod opiekę siostrom zakonnym. Zakonnice z kolei bardzo mocno karały ją za grzech, którego się dopuściła. Bardzo młoda jeszcze Filomena przeszła ciężki poród, w czasie którego jej syn niemal zmarł – to wszystko oczywiście było początkiem jej pokuty. Aby młoda matka i jej syn Anthony mogli żyć wśród zakonnic, pani Lee musiała sporo przecierpieć. Nic jednak nie przekraczało granic jej wytrzymałości, Fil zrobiłaby wszystko, by być z synem. Jednak pewnego dnia do sióstr z wizytą przyjechali goście ze Stanów, którzy zabrali chłopca ze sobą. Historia wymuszonej adopcji poruszyła serce Martina i postanowił on pomóc starszej pani odnaleźć jej pięćdziesięcioletniego syna. Film przedstawia drogę, którą Martin i Filomena razem przeszli by odnaleźć Anthony’ego, odkrywa tajemnice i grzeszki sióstr zakonnych, a przede wszystkim uczy mieć nadzieję i walczyć mimo przeciwwskazań.

      Filomena Lee zagrana przez Judi Dench jest wyjątkowo ciepłą, uroczą i pocieszną babcią. Myślę, że jest to osoba, która potrafi wybaczać, jest wierna swoim przekonaniom i żyje w zgodzie z sobą i z Bogiem. To naprawdę przyjemne popatrzeć na osoby tak silne i szczęśliwe w życiu zbudowanym na zasadach, które wielu ludzi ma dziś za naiwność. Jej historia jest tak przejmująca, że mam ochotę wszystkim wyśpiewać jak potoczyły się poszukiwania Filomeny i Martina. Na całe szczęście ten film to nie tylko dobra fabuła. Historię dziarskiej Irlandki osadzono w przepięknych sceneriach wśród chłodnych angielskich krajobrazów. Dodatkowo Judi Dench i Steve Coogan stanowią naprawdę zgrabnie dogadującą się parę postaci. Mnie osobiście Steve bardzo przypominał Christophera Waltza, do którego mam spory sentyment. Jednak zdecydowanie największym plusem tego dramatu jest fakt, że mimo przytłaczającej tematyki jest to film niesamowicie relaksujący. Nie oglądamy rzewnej historyjki, czy wyciskacza łez. Nie jest to czysta, chamska gra na emocjach. Poza tym subtelnie zarysowanym, brytyjskim humorem, bardzo ciekawe są kwestie bohaterów. Szczerze mówiąc, mogłabym przytoczyć tu sporo cytatów podpatrzonych z tego starcia dwóch światów, ideologii, dwóch sposobów patrzenia na rzeczywistość. Podoba mi się, że to oskarżanie Kościoła i wytykanie mu jakichkolwiek błędów jest mocno pozorne, bo tak naprawdę w wielu scenach i kwestiach wypowiadanych przez aktorów scenariusz broni katolików i ich religijności. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że film promuje zdrową, szczerą wiarę, co mi osobiście bardzo odpowiada.

philomena

    Cóż, zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu, nie bez powodu przecież powstrzymywałam się od sypania spoilerami, na które miałam ochotę zdanie po zdaniu. Myślę, że warto zapoznać się ze sposobem bycia pani Filomeny, to naprawdę urocza, inspirująca postać. Dziś już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Kto wie, może znowu was zaskoczę jakąś ciekawą muzyką? Teraz już się żegnam i życzę wszystkim ciepłych, spokojnych świąt Wielkiejnocy.

„Don’t let go”

     Kiedyś pisałam o tym, że trudno jest określić jedną prawdę, bo każdy z nas postrzega ją na swój sposób. Nadal uważam, że ciężko się z tym nie zgodzić, ale są sprawy niezaprzeczalne. Są sprawy, w których postrzeganiu nie uczestniczą emocje. Czy nam by się to podobało, czy nie. Podobne odczucie mam w sprawie dzisiejszego filmu. Dramat ten jednych zachwyci, drugich potężnie rozczaruje. Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, po której chcę stanąć stronie. Może to rozjaśni się w miarę pisania. Cóż, zatem przedstawiam wam ubiegłoroczny, głośny film „Grawitacja”.

     „Grawitacja” to amerykańskiej produkcji dramat z elementami science – fiction. Podobno kiedy reżyser Alfonso Cuarón we współpracy z synem Jonásem skończył pisać scenariusz, postanowił wstrzymać produkcję filmu, ponieważ ówczesne technologie nie pozwalały na stworzenie wszystkiego zgodnie z jego wizją. Produkcję rozpoczęto dopiero cztery lata później. W końcu film doczekał się światowej premiery zaplanowanej na 28 sierpnia 2013 i polskiej niecałe dwa miesiące później. Mimo mieszanych uczuć ze strony widzów, film zainkasował aż 31 nagród i 44 nominacje. Reżyser został nagrodzony m.in. Złotym Globem, ale ekipa „Grawitacji” zgarnęła najwięcej nagród na gali BAFTA. Tam wyróżniono ją sześcioma nagrodami m.in za najlepszy film, czy najlepsze efekty specjalne.

       Fabuła filmu jest raczej prosta. Grupa naukowców przebywa w przestrzeni kosmicznej w celu naprawy jednego z satelit. Po tygodniu spędzonym w kosmosie pani doktor Ryan Stone kończy powoli swoje zadanie, kiedy dostaje informacje o nadchodzących odłamkach z zestrzelonej satelity. Ona i Matt Kowalsky są jedynymi z całej grupy, którym udało się przeżyć. Razem starają się przetrwać w pełnym niebezpieczeństw i niespodziewanych zagrożeń świecie, by w końcu spróbować wrócić na Ziemię. Cała akcja filmu dzieje się w kosmosie, a jedynymi aktorami, których widzimy są Sandra Bullock i George Clooney.

     Może zastanawiacie się skąd taki wstęp? Po co stwierdzenie, że niektóre rzeczy są niezaprzeczalne? Otóż, niezaprzeczalnie film „Grawitacja” jest niesamowicie intrygujący, jest to obraz wyjątkowy,  inny niż wszystkie. Odnoszę jednak wrażenie, że jest to kino tylko dla laików. Wystarczy tylko, że widz potrafi logicznie łączyć pewne fakty poznane jeszcze w podstawówce i seans nabiera dziwnego posmaku, że to (prawie) wszystko, przecież nie jest możliwe. Nie chcę zdradzać końca filmu, ale nikogo nie zaskoczę pisząc, że Ryan Stone jest wiele razy postawiona w sytuacji ogromnego zagrożenia. Uważam się za kompletnego laika w dziedzinie astronomii, ale wiem, że ta kobieta za każdym razem nie miała prawa przeżyć. Po prostu prawdopodobieństwo takiego przebiegu wydarzeń jest zbyt niskie. Film jest właściwie oparty na efektach specjalnych, które, przyznaję, są wykonane pięknie, miło zawiesić na nich oko na minutę lub dwie. Ale półtoragodzinny film oparty na praktycznie zerowej fabule i całej masie efektów specjalnych jak dla mnie nie ma prawa bytu. „Grawitacja” na pewno przejdzie co historii, ale myślę, scenariusz jest trochę przesadzony. Widać, że starano się zrobić film jak najbardziej prawdopodobny, nie jest to czyste science – fiction. Nie potrafię omówić innowacyjności i genialnej pracy przy efektach specjalnych kosmicznej wersji „Cast Away”, ale mam wrażenie, że cały ten ogrom pozostawia lekki przesyt i wątpię, że kiedykolwiek wrócę jeszcze do tego filmu. „Grawitacja” to zdecydowanie seans jednorazowy.

     Myślę, że istnieją filmy, które każdy powinien obejrzeć. „Brzdąc” z Charlie Chaplinem, czy kultowy „Brudny Harry”. Dlaczego wkładam „Grawitację” do tej samej szuflady? Robię to, bo niektóre filmy – nawet owiane ogromną chwałą – nie zachwycają. Dzisiaj już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Każdemu czytelnikowi przesyłam wielkie dzięki za odwiedziny i życzę jak zwykle miłego weekendu. :)

A.P.

„Zawsze odnajdziesz mnie w swoich słowach, w nich właśnie żyję.”

     Czasami życie stawia nad przed sytuacjami, w których ciężko jest nam się odnaleźć. Nie można go jednak przewinąć jak filmu. Nie można żadnym sposobem, jak przy czytaniu książek, zerknąć na ostatnią stronę, by upewnić się, że wszystko skończy się dobrze. Życie to nie muzyka, którą umiemy, ot tak, wyłączyć. Czasem żałuję, że w życiu nie pojawia się napis „dwa lata później”, po którym oglądamy już tylko to, co jest piękne. Ostatnio oglądałam film, do którego na początku ciężko było mi się przekonać. Jednak film ten, „Złodziejka książek”, uświadomił mi, że warto przeżyć nawet to, co trudne, żeby mieć większą satysfakcję tego, co piękne. Trzeba przeżyć każdą sekundę, przecierpieć każdą boleść i rozkochać się w każdej przyjemności – tylko wtedy życie ma sens.

     Jak wiele filmów w obecnych czasach, tak i ten został oparty na książce. Zdjęcia do niego zaczęto kręcić wraz z początkiem marca 2013 w niemieckim Babelsberg Studio, premierę planując na bieżący rok. Prace szły dobrze, film wybiegał ponad terminarz, a pierwszy zwiastun opublikowano w sierpniu ubiegłego roku. W końcu film „Złodziejka książek” jako dzieło reżysera Briana Percivala, scenarzysty Michaela Petroniego, kompozytora Johna Williamsa i wielu innych, wszedł do światowych kin 3 października 2013, a do polskich – 31 stycznia 2014. Choć krytykowany przez część recenzentów, film zapewnił ekipie kilka nagród. Głównie młodej aktorce Sophie Nélisse, która wygrała na galach Satellite Awards, Hollywood Film Awards i Phoenix Film Critics Society. Poza nią wielu aktorów było nominowanych do nagród m.in. Geoffrey Rush do nagrody dla najlepszego aktora drugoplanowego na AACTA International Awards.

     Fabułę filmu jest dość trudno określić. „Złodziejka książek” przedstawia kilka lat z życia młodej niemki Liesel Meminger. Kiedy opuszcza ją matka, dziewczynka trafia do rodziny zastępczej –  bezdzietnego małżeństwa Hubermannów, którzy mieszkają w miasteczku wypełnionym nazistowską brutalnością. Jedną z największych trosk dziewczynki jest to, że nie potrafi czytać. Przybrana matka trzyma ją na dystans, lecz z ojczymem Liesel od początku dobrze się dogaduje. Hans uczy ją nowych słów i wzbudza zainteresowanie książkami. Mała niemka zaprzyjaźnia się z synem sąsiadów – Rudym. Dalej film przedstawia też tytułowe kradzieże książek od burmistrza przez Liesel oraz to, jak Hubermannowie ukrywają Żyda o imieniu Max.

     Jak już wspomniałam, nie wszyscy recenzenci wypowiadają się ciepło o tym filmie. Muszę przyznać, że dokładnie rozumiem dlaczego. Mimo, że mi się podobał i skali 1-10 dałam mu mocne 7, nie da się ukryć, że „Złodziejka książek” dłuży się przeokrutnie i jak drugą połowę pochłonęłam zaciekawiona, tak samo z pierwszą męczyłam się przerywając chyba ze trzy razy. Poza tym, sam pomysł nakręcenia tego filmu nie jest szczególnie dobry. Jest przecież naprawdę dużo dramatów z dzieckiem w roli głównej osadzonych w czasach drugiej wojny światowej. Tak naprawdę, jakiego problemu nie umieścić w tych czasach będzie on naprawdę przytłaczający i dramatyczny. Dlatego nie wiem, co musiałoby się w takim filmie dziać, aby był on szczególnie pomysłowy, czy wyjątkowy. Skoro już jestem przy znaczących minusach, muszę wspomnieć o dominującym i niesamowicie irytującym języku „niemgielskim”. Może tylko ja to tak odczuwam, ale mówienie słów angielskich i niemieckich na zmianę jest po pierwsze mało przekonujące, po drugie niezwykle mocno wtłaczające w głowę widza słówko (polskie tym razem) „niedbalstwo”. Możliwe, że powodem dłużącego się seansu jest wielowątkowość „Złodziejki książek”. Może gdyby film opowiadał po prostu o tym, jak Liesel kradła te książki, całość oglądałoby się lepiej. Tymczasem, ten motyw został poruszony przez skromne kilka minut, całą resztę zajmują pozostałe wątki – równie ciekawe, ale chyba już na inny film. Ale cóż, w każdym filmie o czasach nazizmu musi być rodzinka ukrywająca Żyda, tudzież kilku. Jednak ekranizacja powieści Markusa Zusaka ma też swoje plusy. Choć trochę ciężko je dostrzec, należy je podkreślić. Wśród nich klasyfikuje się przepiękna głębia kolorów i cudowne kostiumy. Liesel nawet ubrudzona błotem po szyję wygląda naprawdę pięknie. Do niezaprzeczalnych zalet filmu należą muzyka i wiele ujęć, które razem tworzą obraz przypominający sceny z melodramatów z klasyki kina. Jeszcze pokrótce opiszę grę aktorską, choć widzę, że ta recenzja do najkrótszych nie będzie należeć. Sophie Nélisse w roli Liesel Meminger jest niesamowita. Naprawdę, nie mogę się doczekać aż  ta czternastoletnia kanadyjka podrośnie i zacznie grać w kolejnych filmach. Mam tylko nadzieję, że ta śliczna, młoda dziewczynka nie zniknie z kina i nie rozpuści jej sława. Rosa Hubermann nie mogła być lepiej ukazana niż przez Emily Watson. Ta silna, zdystansowana postać świetnie pasowała do twarzy aktorki. No i na końcu śmierć. Śmierć, czyli narrator filmu, któremu głosu użyczył Roger Allam. Narracja zwykle irytuje mnie w filmach, brzmi trochę zbyt patetycznie. Tu jednak głos śmierci był tak subtelny i miękki, że zdobył moje zainteresowanie.

   Na dziś już wystarczy. Zapraszam do obejrzenia filmu, wołam też o cierpliwość, niekiedy pewne sprawy potrzebują czasu. Mam nadzieję, że czytelnikom podoba się nowa odsłona cup-of-art, zarówno tematyka jak i kolorystyka. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy dotarli aż do końca i życzę miłego weekendu. :)

A.P.

„Tak bardzo walczę o życie, że nie mam już czasu żyć.”

     Zastanawialiście się czasem jak ułożyłoby się wasze życie, gdyby nagle spadła na was wiadomość o poważnej, czy nawet śmiertelnej chorobie? Czy umielibyście odważnie stanąć do walki, chwytać się brzytwy, łapać byka za rogi, czy może zawinęlibyście się gdzieś w kącie i w głębokiej depresji czekali na godzinę zero? Szczerze mówiąc, chyba nikt nie potrafi ocenić tego, jak zachowałby się w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami, nieuniknionej i bardziej rzeczywistej niż kiedykolwiek śmierci. W takiej sytuacji został postawiony główny bohater opisywanego dzisiaj filmu, Ron Woodroof z „Witaj w klubie”.

       Film Jeana Marca Vallée o oryginalnym tytule „Dallas Buyers Club” zadebiutuje w polskich kinach dopiero 14 marca, choć pierwszy trailer wypuszczono 27 sierpnia ubiegłego roku. Historia zarażonego wirusem HIV Rona Woodroofa miała premierę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto 7 września 2013. Dramat „Witaj w klubie” otrzymał sześć nominacji na gali Academy Awards, dwie nagrody Screen Actors Guild, a w czasie ceremonii rozdania złotych globów można było zobaczyć jak panowie McConaughey i Leto otrzymują nagrody dla najlepszego aktora i najlepszego aktora drugoplanowego. To nie koniec nagród, dzięki oryginalnemu scenariuszowi film był też nominowany na Writers Guild of America Awards. Z kolei National Board of Review nazwał „Witaj w klubie” jednym z najlepszych niezależnych filmów ubiegłego roku.

     Dramat, o którym mam dziś przyjemność pisać jest luźną biografią żyjącego w drugiej połowie ubiegłego wieku elektryka Rona Woodroofa, który w wieku trzydziestu sześciu lat dowiaduje się, że ma dość szybko postępujące AIDS. W filmie Ron jest raczej rasistą i homofobem, brzydzi się homoseksualistami. Nie wierzy, że może cierpieć na „chorobę pedałów”, bo przecież jest stuprocentowym mężczyzną. Początkowo próbuje wytłumaczyć sobie, że lekarze na pewno się pomylili, lecz gdy zauważa pogłębiające się objawy postanawia rozpocząć terapię. Zauważa jednak, że leki podawane przez lekarzy mu szkodzą. Ron postanowił wybrać pierwszą z opcji, które opisałam na wstępie, tzn. zaczął szukać innych leków. Ponieważ nie mógł ich dostać w Stanach pojechał najpierw do Meksyku. Po jakimś czasie otworzył klub dla ludzi chorych na AIDS, którym przywoził różne substancje niezagrażające życiu – m.in. witaminy i białka. Film opowiada głównie o problemach z jakimi się borykał prowadząc klub i o nieustannej walce Rona o życie, którego jak sam przyznał, nie miał czasu prowadzić tak jak by chciał.

     Ciekawa jest historia pomysłu na film biograficzny o Ronie. Wszystko rozpoczęło się latem 1992 roku, kiedy Bill Minutaglio, dziennikarz z Dallas Morning News, natknął się na artykuł o pacjentach z AIDS w różnych miastach w całych Stanach. Łączyli oni swoje zasoby, płacili przedsiębiorcom, aby oni dostarczyli im leki niezatwierdzone w USA. Minutaglio w końcu wpadł na trop Rona Woodroofa, wąsatego, zdrowo klnącego przewodniczącego klubu nabywców z Dallas. Po jakimś czasie udało mu się namówić Rona do rozmowy. Doprowadziło to do powstania artykułu „Buying Time” w magazynie Morning News’ Sunday. Krótko jego po opublikowaniu, scenarzysta Craig Borten pojechał do Dallas i spędził trzy dni na rozmowach z Woodroofem. Ich wynikiem jest scenariusz, na postawie którego film możemy oglądać dziś.

 

     W filmach biograficznych lubię to, że zawsze za fabułą kryje się jej alternatywna, prawdziwsza wersja. Jak w większości przypadków, w filmie jest parę odstępstw od prawdy. Nie chcę tu potencjalnym przyszłym widzom psuć seansu spoilerami, ale po obejrzeniu filmu zachęcam do doczytania faktów z życia Rona, bo niektóre z nich są naprawdę ciekawe. Myślę, że nie przekroczę żadnych granic jeśli napiszę, że Woodroof tak naprawdę nigdy nie jeździł na rodeo, czy że miał żonę. Ponadto, Woodroof był znany z dziwacznych zachowań, ale McConaughey ukazał go znacznie bardziej szorstkim i konfrontacyjnym, niż był w rzeczywistości. Skoro wspomniałam już o odtwórcy roli Rona, muszę powiedzieć, że w filmie wygląda naprawdę strasznie. Jest zupełnie do siebie nie podobny, tragicznie wychudzony – można przeczytać, że do roli zrzucił 17 kilogramów. Jego gra nie kończy się na samych gestach i słowach. Byłam pod wielkim wrażeniem pracy Matthew’a McConaughey’a, naprawdę nie dziwi mnie, że otrzymał nominację do Oskara za tę rolę. Jego znajomą lekarkę Dr Eve Saks zagrała Jennifer Garner, której chyba było ciężko się wybić przed dwóch szokujących bohaterów. Nie można przecież pominąć Jareda Leto, który w filmie wystąpił jako transwestyta Rayon, przyjaciel i współpracownik Rona. Nie wspomnę o samym przebraniu, o kostium i makijaż naprawdę nie trudno. Leto jest równie blady i wychudzony jak McConaughey, jego szkielet wybijający się ze słabo zarysowanych mięśni ubrany w różową sukienkę potrafi dać do myślenia.

     Cóż, nie rozpisałam się tak bardzo jakbym chciała, ale recenzja i tak jest już całkiem długa. Mimo wszystko, jest jeszcze tyle słów, które należałoby napisać. Myślę, że czytelnika podobnie jak siebie pozostawiam dziś z lekkim niedosytem. Jeśli kogoś ten temat wciągnął równie mocno jak mnie zapraszam do przeczytania paru zdań o Ronie Woodroofie, bo od tematu takiej osoby ciężko przejść bez słowa. Film serdecznie polecam, ale na dzisiaj już wystarczy. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

A.P.

„This one’s dead. Throw it away.”

     Nigdy chyba nie zdarzyło się, żebym pisała o czymś, co mi się nie koniecznie podobało. Chyba nie powinniśmy za szybko skupiać nadziei na czymś, co niekoniecznie będzie wyglądało tak, jak byśmy tego chcieli. Coś, co miało być tak wspaniałe okazało się jednym wielkim fiaskiem. Przedwczesne zachwyty niosą za sobą jedynie rozczarowanie. Tak właśnie było w przypadku mojego podejścia do filmu, o którym będę dziś pisać. Zawarta w tytule ciekawa tematyka z ogromnym potencjałem wzbudziła we mnie wielkie zainteresowanie, które niestety zgasło już po kilkunastu minutach. Mimo wszystko chcę podzielić się odczuciami po seansie, dlatego przedstawię dziś film „Handlarze dziećmi”.

      Film o oryginalnym tytule „Baby sellers” to dzieło amerykańskiego reżysera Nick’a Willinga. Dramat miał swoją premierę 17 sierpnia ubiegłego roku, ale w Polsce nie było o nim szczególnie głośno. Parę dni temu zupełnie przypadkowo dostrzegłam gdzieś tytuł tego filmu i znalazłam na portalu filmweb, by mniej więcej dowiedzieć się czegoś o fabule. Przeczytałam parę linijek tekstu, zakochałam się w plakacie, który zapowiadał ciekawy, klimatyczny dramat o naprawdę niebanalnej oprawie. Cóż, wszystko niby jest na swoim miejscu, ale tak jakby trochę mi czegoś brakowało. Ale o tym może potem.

      Jak już napisałam we wstępie, film „Handlarze dziećmi” nawet tytułem zdradza swoją intrygującą tematykę. Gdy rozpoczynamy seans poznajemy mieszkańców Indii, których rodziny mają się powiększyć. Zaraz potem przedstawiona zostaje nam Carla Huxley, szanowana właścicielka domu adopcyjnego i detektyw Nicole Morrison. W miarę trwania filmu dowiadujemy się skąd i na ile legalnie pani Huxley znajduje przyszłym rodzicom dzieci do adopcji. Cała fabuła opiera się na próbach ratowania dzieci porwanych m.in. z Indii czy Meksyku, jak również jest to nieudolna walka ze sprzedażą dzieci amerykanom zupełnie nieświadomym pochodzenia swoich nowych pociech. Co ciekawe, dom adopcyjny Carli zapewniał ludziom „adoptującym”, że mogą sobie wymarzyć jak ma wyglądać ich dziecko, a pani Huxley właśnie takie im dostarczała. Problem w tym, że nie zawsze prawdziwe było zapewnianie, że niemowlaki są sierotami.

     Podobało mi się, że widzowie nie są zanudzani przez pierwsze pół godziny. Jesteśmy od razu brutalnie wrzuceni na głęboką wodę. Taki zabieg bardzo mi imponuje, bo osobiście bardzo szybko się nudzę. Jeśli akcja książki lub filmu rozwija się zbyt długo, po prostu odkładam ją na potem i najczęściej nigdy nie wracam. Tu wszystko, co ważne dzieje się od pierwszej do ostatniej sekundy filmu. Muszę jednak przyznać, że „Handlarze dziećmi” mają taką dziwną atmosferę, jakby mało filmową. Konwencja bardziej tworzyła w mojej głowie wrażenie, że oglądam serial. Chyba brakowało mi mroczności, tajemniczości obiecanej na plakacie. Spodziewałam się dramatu o klimacie podobnym do tego w filmie „Oszukana” Angeliną Jolie. Zamiast tego dostałam obraz, który – daję słowo – przypomniał sceny z seriali typu „Agenci NCIS”. Rolę Carli Huxley powierzono Kirstie Alley, którą mając kilka lat uwielbiałam za rolę w filmie „I kto to mówi”. Przez te wszystkie lata aktorka zrobiła się trochę większa, a jej kariera opierała się raczej na tym ile przytyła i ile schudła. Cieszę się, że ją przywrócono do jej rzeczywistego zawodu. Aktorka, która zagrała detektyw Nic Morrison, czyli Jennifer Finnigan dodatkowo wzmogła we mnie poczucie, że oglądam jakiś kryminalny serial. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam widziałam Poppy Montgomery z „Bez śladu”. Film nie grzeszy innowacyjnością. Jest dość przewidywalny i wydaje mi się, kiepsko wykończony. Nagrodą za to wszystko są przewijające się piękne krajobrazy Indii. Oglądając „Handlarzy dziećmi” nie mogłam oprzeć się jednak wrażeniu, że reżyser i jego ekipa zmarnowali spory potencjał.

     Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie dokładnie powiedzieć, co poszło nie tak, niektóre sprawy potrafią nas głęboko rozczarować. To pewnie przez zupełnie mylne pierwsze wrażenie, które w pamięci zapisują obraz lub informację dużo bardziej pozytywną niż jest w zupełności. Dość często nabieram się na takie wrażenia, tak też było tym razem. Mimo to, polecam film do obejrzenia, do utworzenia własnej opinii o filmie „Baby sellers”. Na dziś to już koniec, ja serdecznie dziękuję za przeczytanie i jak zwykle zapraszam za tydzień. Miłego tygodnia. :)

A.P.

„To było jasne, tylko jedno z nas przeżyje.”

     Reakcje ludzi na to, co robię naprawdę zaskakują mnie każdego dnia. Recenzja Paramore, która wydawała mi się raczej małą porażką, bo naprawdę pisało się jak po grudzie, spotkała się ze sporą (jak na moje możliwości) ilością pozytywnych komentarzy. Z kolei pisanina o płycie Katie Melua, w którą włożyłam niezliczone pokłady serca i wielkiej pracy dającej satysfakcję, niemal w ogóle nie wzbudziła zainteresowania. Tworzenie czegoś ma to do siebie, że odbiór tego przez społeczeństwo jest zupełnie inne, niż byśmy się spodziewali. Dziś właśnie napiszę o poruszającym filmie, w którym pewien pan zaplanował sobie coś wielkiego, ale w oczach ludzi miało zupełnie odmienny charakter. Mnie osobiście film ten zmiażdżył i nie umiem ostatnio myśleć o czymkolwiek innym. Może to trochę nie na miejscu porównywać tego pana z jakimkolwiek twórcą, ale o tym przekonamy się za chwilę. Pragnę przedstawić niemiecki film „3096 Dni”.

     Nie bez powodu zaznaczyłam, że jest to film niemiecki. Przyznam się bez bicia, odrzuciło mnie to na moment. Nie mogę jednak skreślać filmu tylko z tego powodu, prawda? Uwielbiam filmy brytyjskie, nawet amerykańskie nie pasują mi aż tak, ale cóż – napisy będą, zrozumiem, a to niemieckie „szprechanie” wytrzymam. I zaskoczenie przyszło szybko, bo dialogi były po angielsku. Nie był to dubbing, bo machanie buźkami zgadzało się z tym, co mówili. To maleńki minus, bo już chyba wolałabym, żeby mówili po niemiecku, niż kaleczyli angielski twardym akcentem.

      Ale zanim zacznę czepiać się samej konstrukcji filmu postaram się zarysować nieco fabułę. Film został oparty na książce autobiograficznej Nataschy Kampusch. Już samo nazwisko dużo mówi. Wszystko zakończyło się dobre 7 lat temu, a wciąż kręci się wokół sprawy wiele kontrowersji. Zdecydowałam się recenzować film, więc omówię najpierw to, jak cała sytuacja była przedstawiona na ekranie. „3096 Dni” opowiada o życiu Nataschy w zamknięciu przez 8 lat, po tym jak została porawana jako dziesięcioletnia dziewczynka. Jej porywaczem był niepozorny, nieśmiały technik Wolfgang. Właściwie fabuła nie jest szczególnie rozbudowana. Ot, porwał, a ona przez 2 godziny filmu próbuje uciec. W rzeczywistości film wzbudza ogromną ilość emocji. Kolejne sceny pokazują w jak bestialski sposób Wolgang traktował Nataschę mimo, że podobno chciał zrobić z niej żonę idealną. Do łez doprowadził mnie monolog Amelii Pidgeon, która zagrała młodą Nataschę. Nie potrafię opisać tego słowami, po prostu trzeba zobaczyć tę scenę.

 

     W scenach, gdy Natascha była już trochę starsza, grała ją Antonia Campbell-Hughes. Przyznam, w filmie wyglądała okropnie. Zapadnięte policzki, kości wystają na każdym milimetrze ciała. Typowa anorektyczka. Antonia specjalnie odchudzała się bardziej niż drastycznie, twierdząc, że ”musi cierpieć tak samo jak Natascha”. Jak twierdzi, jej zdrowie było uważnie kontrolowane, a poza tym, to była jedyna rola, do której tak cierpiała. Film został wyreżyserowany przez Sherry Horman, która może pochwalić się filmami takimi jak „Kwiat pustyni”. Scenariusz filmu jak już wspomniałam, nadal wzbudza spore kontrowersje. Wynika to z tego, że wersja Nataschy jest dość rozbieżna z zeznaniami jej ojca i świadków. Dziewczyna utrzymuje, że była wykorzystywana, bita, więziona, co zostało przedstawione w filmie i książce. Z kolei jej ojciec i inni świadkowie twierdzą, że Natascha nie była przetrzymywana ani wbrew woli, ani przez jednego człowieka. Inna sprawa – w filmie, po ucieczce Nataschy Wolfgang popełnia samobójstwo, a tymczasem śledztwo po śmierci prawdziwego porywacza wskazywało na coś zupełnie innego.

      Lubię w filmach, to że kiedy je oglądam tworzą w mojej głowie jakiś obraz, a potem mogę przegrzebać informacje w internecie i to co widziałam na ekranie staje się jedną wielką zagadką. Które fragmenty były prawdziwe? Niestety nigdy nie mogę dowiedzieć się, co jest prawdą, a co koloryzacją na rzecz wyciskacza łez. Wokół produkcji kręci się wiele ciekawostek, jak to, że Natascha stała się sztandarowym przykładem syndromu sztokholmskiego, który nawet chciano przechrzcić na syndrom Nataschy Kampusch. Polega on na tym, że ofiara napaści pomaga swojemu oprawcy. Rzeczywiście. Mimo zastraszania, głodzenia i bicia, mimo wielkiej niechęci do porywacza, potrafiła z nim tańczyć, cieszyć się posiłkami z nim. To właśnie najbardziej uderzyło mnie w tym filmie. Na samym początku wspomniałam, że dla Wolfganga Natascha poniekąd była pracą. Starał się uczynić z niej kobietę idealną. Taką, która z nim będzie, nie wyśmieje go za uczucia, choć nigdy nawet nie powiedział jej, że ją kocha. A kochał, mówił, że chce się z nią ożenić. Głodził ją tylko dlatego, żeby nie miała wystarczająco dużo siły, aby mu się sprzeciwić. Brzydził się jej kobiecości, głodówka więc miała też hamować jej rozwój, sprawić, że Natascha straci miesiączkę. To wszystko ubrane w smutne, ciemne sceny po prostu mną wstrząsnęło. Jej kilkukrotne próby ucieczki również poruszyły moje serce, a scena finałowa spowodowała, że w sekundę zalałam się łzami. Wiecznie przestraszona, zgarbiona, naprawdę wychudzona dziewczyna desperacko rządna wolności.

 

     Szczerze mówiąc, ten film mnie nawiedza. Przez pierwsze parę nocy po obejrzeniu biłam się z myślami, chcąc pewne sceny z „3096 dni” wyrzucić z umysłu. Nie mogłam, naprawdę nie mogłam przestać myśleć o czymś innym. Od tygodnia chodzę przygnębiona, przez ten film, ale z całego serca polecam. Warto poświęcić nawet kilka dni dobrego nastroju na wartości, jakie można zaczerpnąć z tego filmu. Można na nowo docenić sam fakt bycia wolnym człowiekiem, bycia panem swojego losu. To szansa, aby ujrzeć jak młoda, inteligentna dziewczynka zmaga się z problemami, jakich my prawdopodobnie nie potrafimy nawet sobie wyobrazić. Cóż, nie ma co się dłużej nad tym wszystkim rozprawiać. Dziś może trochę po łebkach, ale w tym tygodniu gorzko poznaję, że szkoła policealna to nie taka prosta sprawa, jak się wszystkim wydaje. Mimo sporej ilości nauki szykującej się na przyszły tydzień, wrócę z sobotę z czymś naprawdę ciekawym. Postaram się. Tymczasem dziękuję za uwagę, zapraszam za tydzień i pozdrawiam. :)

PS. Polecam też wywiad z Nataschą Kampusch w programie „Rozmowy w Toku”: http://www.kinomaniak.tv/seriale/rozmowy-w-toku/s1e2178