„Nasze życie nie należy do nas. Jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi. Każdą zbrodnią i aktem dobroci tworzymy własną przyszłość.”

                Dzisiaj pragnę zaprezentować film, który pewnie część z was już widziała. Film, o którym było bardzo głośno i który dwubiegunowo podzielił krytyków. W polskich kinach można było obejrzeć go ubiegłej jesieni. Nie mogłam go wtedy zobaczyć, a bardzo teraz tego żałuję. Chociaż w odbiorcy wywołać może on zupełnie skrajne uczucia, bilet do kina na Atlas Chmur zdecydowanie nie byłby wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dlatego dzisiaj pragnę przedstawić czytelnikom najnowsze dzieło rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera.

                 Chciałam obejrzeć Atlas Chmur, ale nie byłam przekonana. Wiedziałam, że jest on dziełem Wachowskich, a mówiąc szczerze Matrix nie należy do moich ulubionych filmów. Szukałam więc opisów fabuły, nigdzie nie mogąc ich znaleźć. Rzeczywiście dość trudno jest odpowiedzieć na proste pytanie „o czym jest Atlas Chmur?”. Ten film to próba zobrazowania jak bardzo powtarzalne i schematyczne są dzieje ludzkości. Przeczytałam nawet gdzieś, że film ten pokazuje, że historia nie tylko się powtarza, ale też łączy ludzi zamieszkujących ziemię w różnych czasach i miejscach. Atlas Chmur przedstawia sześć historii połączonych ze sobą w pewien sposób mimo, że każda z nich ma miejsce w innej epoce i zupełnie innym zakątku świata, każda z nich okazuje się też być czytana lub obserwowana przez bohatera innej, każda zawiera dokument, film lub obyczaj, który pojawia się również w poprzedniej. Omówię je po krótce w kolejności chronologicznej. Najwcześniejsza ma miejsce na Oceanie Spokojnym w 1849 roku. Wtedy Adam Ewing, młody prawnik z San Francisco miał podpisać umowę dla swojego teścia. O podróży, swojej chorobie i przyjaźni z niewolnikiem pisze w pamiętniku. Pamiętnik ten w 1936 odnajduje kompozytor Robert Frobisher, czyta go z wielką pasją w przerwach we współpracy z wielkim muzykiem brytyjskim Vyvyanem Ayrsem. Biseksualny Robert uciekł z domu w Cambridge do Edynburga, by zaistnieć w świecie muzyki. W wolnych chwilach tworzy największe dzieło swojego życia – sekstet zatytułowany Atlas Chmur i swoje trudne chwile opisuje w listach do kochanka Sixmitha, którego opuścił w Cambridge. Listy Frobishera czyta w latach siedemdziesiątych 20. Wieku dziennikarka Luisa Rey. Ma ona szansę poznać starego już Sixmitha, który został ekspertem od technologii nuklearnej. W swoim domu w San Francisco opisuje w książce „Half-Lives” wydarzenia dotyczące poufnych informacji od Sixmitha na temat utajnienia danych dotyczących niebezpieczeństw związanych z nowym reaktorem jądrowym. Z kolei w 2012 roku w Wielkiej Brytanii wydawca Timothy Cavendish zmaga się z trudnościami finansowymi. Jednak Dermott Hoggins, gangster, którego książkę wydał, morduje jednego z nieprzychylnych krytyków. W ten sposób pieniądze z książki idą na konto Cavendisha, ale wiążą się z tym problemy gangsterskie, a to wszystko opisane zostaje w filmie. Scena z tego filmu staje inspiracją do rebelii Yoony-939, jednej z fabrykantek w Neo Seoulu w 2144 roku. Pokazuje ona swojej przyjaciółce Sonmi-451 świat poza restauracją, w której pracują. Wkrótce Sonmi-451 zostaje skazana na egzekucję i w czasie przesłuchania opowiada swoje życie i to, jak poznała swoją miłość. W świecie poapokaliptycznym Sonmi-451 jest traktowana jako bóstwo, bo przed śmiercią zostawiła nagranie przedstawiające sześć katechizmów i mówiące co jest dobre, a co złe. W tymże świecie datowanym na 106 zim po upadku, który można rozumieć jako rok około 2321, członek plemienia o imieniu Zachariasz jest prześladowany przez złego ducha zwanego Old Georgie. Duch ten jest symbolem jego wyrzutów sumienia, ponieważ Zachariasz nie pomógł swojemu szwagrowi w czasie ataku plemienia kanibali Kona. Do Zachariasza przyjeżdża Meronym, jedna z ostatnich potomków rozwiniętej technologicznie cywilizacji, aby prosić go o pomoc. Niedługo po tym mężczyzna dowiaduje się prawdy o żywocie swojej bogini Sonmi-451, a wszystkie historie są kontynuowane w przeciwnej kolejności tak, aby odbiorca poznał prawdę i zakończenie każdej z nich.

                 Wszystko zaczęło się, gdy Lana Wachowski na planie filmu „V jak Vendetta” zobaczyła Natalie Portman pochłoniętą pewną książką. Była to powieść Davida Mitchella opowiadająca sześć historii z różnych epok nakładających się na siebie. Po zachwytach Natalie, Lana nabrała ogromnej obsesji na punkcie powieści i postanowiła razem z bratem zekranizować to, co tak często nazywane było niemożliwym do zobrazowania. Krytycy obawiali się wyniku pracy Wachowskich, szczególnie kiedy autorzy tak modernistycznych, amerykańskich filmów science-fiction połączyli siły z europejczykiem Tomem Tykwerem, spod ręki którego wyszły filmy takie jak Pachnidło. Przystosowywanie Atlasu Chmur do ekranizacji postawiło reżyerów przez  wieloma wyzwaniami od tych praktycznych (jak zobrazować dwiewiętnastowieczną Polinezję, na tyle przekonująco jak Koreę w dwudziestymdrugim wieku, czy to jak sprawić aby Halle Berry wyglądała na białą kobietę) do metafizycznych (jak przenieść na ekran wspaniałość koncepcji „wszystko jest połączone”). Ale problem nie polegał tylko na pokazaniu fantasmorogicznej wyobraźni Mitchella. Jednym z najciekawszych wyzwań przed jakimi stanęli twórcy było odnalezienie w słowach powieści muzyki, która niewątpliwie gra główną rolę. W międzyhistorycznym Atlasie Chmur, młody kompozytor Robert Frobisher zmaga się by ukończyć swoje dzieło. W książce, na bazie której powstał film David Mitchell wykorzystuje mnóstwo słów opisując muzykę Frobishera, więc ekipa do tworzenia filmowej wersji kompozycji, spotkała się z niecodziennym zadaniem. Mówiąc o Atlasie Chmur nie mogę pominąć wielu ciekawostek, które się z nim łączą. Najwięcej podobieństw między poszczególnymi historiami powstało poprzez wielokrotne używanie rekwizytów. Na przykład guziki zbierane przez bohatera granego przez Hanksa w dwiewiętnastym wieku pojawiają się wokół jego szyi podczas sceny ustawionej w 22 wieku, a wzór ubrania pewnej osoby z San Francisco w latach siedemdziesiątych jest ponownie użyty jako tapeta w 2144 roku w Neo-Seoulu. Szósta fabuła posiada swój unikalny dialekt. Dla opowieści z odległej przyszłości Mitchell stworzył formę języka angielskiego o uproszczonej morfologii i składni. Reżyserowie wiernie przełożyli tę formę do filmu. A natychmiast po premierze filmu grupa Media Action Network dla amerykanów azjatyckich (MANAA) skrytykowała film za użycie tak zwanego makijażu ‚yellowface’ w celu umożliwienia nieazjatyckim aktorom odtworzyć azjatów w historii w Neo-Seoulu.

                 Teraz czas na osobistą analizę składowych filmu. Zacznę od muzyki, bo ona jest tu najważniejsza, a zarazem najbliższa mojemu sercu. Znalazłam tę kompozycję, która służy jako filmowa wersja Atlasu Chmur na sekstet. Podaję tu link:

. Muszę przyznać, że jest to niesamowicie urzekająca melodia, rozpoczynająca się tak lekko, niosąca za sobą kulminację wielu emocji. Nie wiadomo kiedy, nabiera dynamiki i odpowiedniej głębi. Moim zdaniem jest to coś pięknego. Mam ochotę słuchać tej melodii non stop. Aktorzy, o których grzech nie wspomnieć, stanęli przed niecodziennym wyzwaniem, niektórzy bowiem grali nawet po sześć ról. A trzeba też powiedzieć, że producenci zaangażowali do filmu samych świetnych aktorów. Tom Hanks i Halle Berry, sławy, których obecnością chwalono się chyba najbardziej, mi osobiście nie zaimponowały. Jim Boardbent i Hugo Weaving z Matrixa, to nimi powinni się chwalić, to dwie najbardziej rozpoznawalne twarze. Dalej wymienię Jima Sturgessa, którego uwielbiam. Kiedy zobaczyłam go w tym filmie nie mogłam skoncentrować się na całości, tak jakbym oglądała Atlas Chmur tylko dla niego. Zupełnie zauroczył mnie w filmie Jeden Dzień. Bae Doona, koreańska aktorka i modelka, która wcieliła się m.in. w rolę Sonmi-451. Nie znałam jej wcześniej, więc nie mam porównania, ale to pozwoliło spojrzeć na jej pracę bardziej obiektywnie niż na pracę Jima. Kobieta zagrała naprawdę dobrze, choć nie zachwyciła mnie na tyle, żeby czuć potrzebę obejrzenia każdego filmu z jej udziałem. Taką potrzebę obudził we mnie Ben Whishaw. Nie trawię filmów o Jamesie Bondzie, ale dla samego Bena chyba będę musiała obejrzeć Skyfall. Już czaję się na Pachnidło, tylko dlatego, że główną rolę gra tam Ben. Wspomnę jeszcze o Jamesie D’Arcym i Hugh Grant’cie. Jamesa nie znałam, ale jego twarz po obejrzeniu film utknęła mi w głowie, miał w sobie coś, co sprawiło, że go zapamiętałam. Hugh z kolei, mimo, że jest świetnym aktorem, zupełnie bez boleśnie mógłby zostać zastąpiony kimś innym. Może dlatego, że postacie, które grał nie były szczególnie pierwszorzędowe. Nie mam pojęcia. Poznałam go, wiedziałam, że to ten Hugh Grant, ale na tym się skończyło, chyba mnie do siebie nie przekonał. Recenzja wyszła mi dość długa, więc jeszcze tylko szybciutko omówię kostiumy. Mam wrażenie, że kostiumy i scenografia grają w tym filmie pierwsze skrzypce. Atlas Chmur powstawał z ogromnym rozmachem, ale jak to u Wachowskich, większość budżetu została poświęcona temu, co (przynajmniej moim zdaniem) jest najmniej ważne. Rozumiem, że musieli. Musieli, bo jak inaczej zaprezentować sceny z dziewiętnastego, czy dwudziestegotrzeciego wieku? Ale tak jak w Perfect Sense, który niedawno omawiałam, ogromnym plusem był ten pozorny brak jakiegokolwiek przygotowania w temacie scenografii, kostiumów, czy charakteryzacji, tu jest to trochę przesadzone. Jedynie sceny z dziewiętnastego wieku nie rażą tą obskurną charakteryzacją typową dla filmów z ręki Wachowskich. Ale z racji na tematykę filmu jestem skłonna to przetrawić.

                 Lubię filmy, które trzeba oglądać dwa razy, żeby w całości zrozumieć historię. Atlas Chmur zrobił na mnie spore, zdecydowanie pozytywne wrażenie. Polecam film tym, którzy go jeszcze nie widzieli, ale nie z racji na jakiekolwiek przesłania, bo trudno się go doszukiwać, a raczej ze względu na ogromne, ciekawe widowisko. Dla mnie dużo lepszy film powstałby z przedstawienia historii samego Frobishera, to on jest tu dla mnie głównym bohaterem. Ale jak zawsze opinie każdy wyrobi sobie sam. Na dzisiaj już wystarczy, uciekam szukać kolejnych inspiracji, tym razem przydałoby się napisać o książce, prawda? Przekonamy się w przyszłą sobotę.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu. :)

„Czyż świadomość faktu, że Partia może wetknąć łapę w przeszłość i oznajmić, że jakieś wydarzenie n i g d y n i e m i a ł o m i e j s c a, nie jest bardziej przerażająca niż najgorsze tortury lub śmierć?”

Rok 1984

Długo zastanawiałam się, co powinno być tematem mojej pierwszej recenzji. Zadeklarowałam się, że będę pisać o różnych dziedzinach sztuki, choć w moim sercu zdecydowanie dominuje muzyka. Mimo to, postanowiłam ten zaszczyt oddać książce, która kompletnie zmieniła we mnie postrzeganie świata. Jest nią orwellowska antyutopia, czyli „Rok 1984”.

Tę książkę wypatrzyłam na maminej półce wśród Arcydzieł Literatury Współczesnej. Byłam (i jestem) świadoma, że są tam same najbardziej smakowite kąski, zaczęłam więc czytać opisy poszczególnych lektur. Nie znam się na polityce i szczerze mówiąc, byłam trochę zniechęcona po wyczytaniu, że „Rok 1984” to powieść polityczna. Coś mnie jednak zaintrygowało, sama nie wiem co dokładnie. Powieść tę powinien przeczytać każdy malkontent. Każdy Polak narzekający na państwo. Nie chcę wnikać tu w sprawy oczywiste, że nasz kraj ma wady, ma problemy, na pewno sporo mamy do zmiany. Jak już wyżej napisałam, nie znam się, a poza tym- nie o tym miałam pisać. Najpierw przeczytałam aneks, czyli Zasady Nowomowy. Pomyślałam (wybaczcie mi ówczesną ignorancję): „Wow, ale świetnie! A gdyby taki nowy język naprawdę wprowadzono?” Teraz wiem, że to było dwaplusbezdobre. Potem, znając już nowomowę, zwróciłam się na właściwą powieść. Kiedy zaczęłam ją czytać, dość często zdarzało mi się zaliczać siedmiogodzinne trasy pociągiem. Takie zamknięcie było idealnym rozwiązaniem, bo niestety nudzę się dość szybko i pewnie gdybym miała coś innego do roboty, nigdy nie poznałabym głębi „Roku 1984”. Przyznam szczerze, początek nudził mnie potwornie. Ot, kolejny starszy przykład fantastyki. Dzięki Bogu, byłam zamknięta w pociągu. Co niby miałam robić? Czytałam dalej, te „głupoty”. Czytałam, czytałam i nagle obudziłam się po skończeniu książki – 5 godzin później, zdziwiona, że powinnam zaraz wysiadać.

Gdybym w kilku słowach miała opowiedzieć, o czym jest „Rok 1984” pewnie ujęłabym to tak: to książka o tym, jak – na szczęście – nie jest. Jak dobrze, że mogę się rozpisać. Mimo, że powieść jest naprawdę genialna, chyba za bardzo wczułam się w ten świat i czytając ją czułam się nieszczęśliwa. Przeniosłam się do Londynu, dwadzieścia dziewięć wstecz. Świadoma faktu, że Orwell pisząc powieść w latach czterdziestych nie wiedział, że rzeczywisty 1984 rok będzie dużo spokojniejszy, zupełnie zatopiłam się w jego wizji. Świat rozwarstwiony społecznie, media jeszcze bardziej zakłamane niż można sobie wyobrazić. Władze właściwie mogły z sekundy na sekundę zamienić miejscami wroga i sojusznika, a każdy szaraczek, który śmie powiedzieć, że kiedykolwiek było inaczej zostaje ewaporowany. Ewaporacja – coś, czego boję się jak dziecko potworów spod łóżka, mimo, że mam już parę lat. To, co mnie najbardziej boli to fakt, jak bardzo ludzie bali się buntować. Zniknął człowiek –wczoraj był, a dziś go nie ma – a ludzie, pewnie z bezsilności, ze strachu, udają, że nigdy tego kogoś nie było, bez względu na to, czy to czyjś mąż, ojciec, przyjaciel. Kolejna sprawa, czyli inwigilacja i przerażający fakt, jak można do niej przywyknąć. Na porządku dziennym są wszechobecne „teleekrany”, wszędzie porozklejane plakaty Wielkiego Brata, kontrola przez władzę każdej myśli, każdego ruchu, każdego słowa. Dalej jeszcze można wymienić podporządkowanie władzy, niemożliwość posiadania własnego zdania, karanie za uczucia głębsze niż to do Wielkiego Brata.

Jeśli chodzi o sam przebieg zdarzeń, Orwell jest moim mistrzem. Jak zawsze przy czytaniu książki, w głowie kombinowałam jak może się cała historia skończyć. Przeważnie moja teoria była całkiem bliska rzeczywistemu zakończeniu, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. Powieść ta jest na tyle niebanalna, że właściwie z każdym rozdziałem zmieniałam tę swoją teorię, a i tak koniec był dla mnie, może nie tyle zaskoczeniem, a raczej faktem, którego starałam się nie brać pod uwagę. Koniec książki bardzo prosty, bardzo przewidywalny, ale nie ukrywam, że czytając byłam zła, że tak potoczyły się losy Winstona. Jako niepoprawna romantyczna oczekiwałam happy endu. Potem dopiero doszłam do wniosku, że gdyby książka skończyła się szczęśliwie, nie miała by takiego przekazu, jaki ma. Nie mówiłaby, że życie polega na wyciszaniu własnego zdania, ignorowaniu wszechobecnej bezsilności i na akceptowaniu coraz głupszych pomysłów partii, na przystosowywaniu się do szarego, bezmyślnego społeczeństwa.

Pozwolę sobie przejść teraz do stylu pana George’a Orwella. Cenię to, że język nie jest przesadnie kwiecisty. Owszem, zdarzają się zdania tak piękne jak to: „Zakurzone stoły złociły się w promieniach słońca wpadających ukośnie przez okno”, ale mogę powiedzieć, że całość jest napisana bardzo prostym językiem. Może w tym momencie jestem trochę wybredna, nie mogąc się zdecydować czy wolę język pełen metafor i poetycznych zawirowań, czy może suchy, zimny dokumentalizm. W moim odczuciu Orwell pisze, może nie przeciętnie, – napisać tak to byłby skandal – ale optymalnie. Może właśnie ta prostota w połączeniu z niepojętą fabułą jest powodem, dla którego książkę – kolokwialnie mówiąc – pochłania się. To właśnie połączenie sprawiło, że każde słowo powieści oślepia jasnością przekazu, uderza emocjami.

Oglądałam też film. Paru rzeczy mi zabrakło, książka zdecydowanie lepsza. Stosunek między filmem a książką nie różni się za bardzo od typowych. Jak zwykle, film jest dopełnieniem, które nie bije tak emocjami jak sama powieść. Może to trochę rozczarowujące dopełnienie, kiedy tak bardzo pokochało się książkę, a film jest jednym wielkim uogólnieniem.

„Rok 1984” polecam każdemu, kto lubi czasem zdjąć różowe okulary i przestać wmawiać sobie, że cokolwiek może osiągnąć. Prawda jest taka, że jesteśmy podporządkowani władzy, politycy mają zbyt duży wpływ na jakoś życia społeczeństwa. Taką właśnie wartość można wynieść z tej, dość przygnębiającej, ale genialnej powieści. Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. Przygotowana na żywą reakcję i ciekawe propozycje, zapraszam do lektury mojej kolejnej recenzji już za tydzień.

A.P.