„I gdyby ktokolwiek mógłby ich zobaczyć, zobaczył by najzwyklejszych kochanków.”

Perfect Sense

Tym razem biorę na warsztat film, o którym poruszyło się sporo dyskusji. Nie ukrywam, że na mnie zrobił ogromne wrażenie, choć ma w sobie nie mały procent z filmów katastroficznych, których nie znoszę. Stephen Holden z New York Timesa określił go jako „ceremonialną opowieść science-fiction w scenerii współczesnego Glasgow, której głębszy sens jest podtrzymywany przez enigmatyczne, pseudo-biblijne refleksje niewidzianego narratora”. Z kolei Mark Holcomb w magazynie Village Voice stwierdził, że film „pięknie uchwyca bolesny i sprzeczny z intuicją strach przed tym, że ‚dni, takie jakimi je znamy, świat, jakim wyobrażamy sobie świat’ stopniowo blednie”. Dzisiaj zgadzam się z obiema opiniami, chociaż przyznam, że kiedy obejrzałam „Ostatnią miłość na Ziemi” byłam całkowicie oczarowana.

„Oczarowana” to może złe słowo. Byłam poruszona. Ten film nie uwodzi, on zaraża swoim przekazem, odbija w ludzkiej pamięci obraz końca świata taki, jaki osobiście uważam za najbardziej możliwy. Dodam jeszcze, że film nazywać będę oryginalnym tytułem, czyli „Perfect Sense”, bo jestem kompletnie zażenowana kolejną kiepską translacją.

„Perfect Sense” zadebiutował na festiwalu Sundance w 2011 roku. Grzebałam sporo w Internecie i byłam naprawdę zaszokowana, że nie zdobył tam ani jednej nagrody. Udało mi się jedynie znaleźć informacje, jakoby film był jednym z najbardziej przedyskutowanych na tym festiwalu. Ale reżyser David Mackenzie nie ma się czego wstydzić – pracę jego i wielu innych osób doceniło jury festiwalu w Edynburgu. Wtedy film otrzymał nagrodę za najlepszy brytyjski film roku.

Opiszę pokrótce tematykę filmu. Byłby on najzwyklejszym, zupełnie banalnym romansem, gdyby nie wplątana w niego wizja końca ludzkości. Bohaterów poznajemy na krótko przed ich spotkaniem. Susan jest epidemiologiem, nieszczęśliwą kobietą, której kolejny związek właśnie się zakończył. Kiedy przez okno zapala papierosa, z podwórka o zapalniczkę prosi ją szef kuchni pracujący w restauracji obok – Michael. Właśnie po ich pierwszym spotkaniu powoli Europę opanowuje epidemia niewiadomego pochodzenia. Na jej skutek ludzie zaczynają tracić zmysły. Zaczyna się od ataków niekontrolowanego płaczu, potem utrata węchu i smaku. Wkrótce epidemia rozprzestrzenia się na cały świat.

Profesjonalni krytycy filmowi może wiedzą trochę lepiej, ale starając się podkreślić pozytywy muszę wspomnieć jeszcze o samym scenariuszu. O ile cała reszta to w sumie kwestia gustu, o tyle co do scenariusza wszyscy powinni się zgodzić, że jest niebanalny, intrygujący i bardzo ciekawie zrealizowany. W filmie jest wiele nietuzinkowych scen, które dzięki temu, że są dobrze zagrane wyrażają niesamowite emocje. Przykładami taki scen, które wyjątkowo zapadły mi w pamięć to m.in. jedzenie mydła po utracie smaku, czy sam atak nieposkromionego apetytu gdzie ludzie jedli dosłownie wszystko np. kwiaty, żywe zwierzęta lub pili olej prosto z ogromnej butli. Z takich mniej brutalnych scen muszę wspomnieć uroczy pocałunek przez maski ochronne czy rozmowę Susan z Michaelem w łóżku, gdzie leżąc obok siebie ich twarze nakładały się idealnie jedna na drugą tworząc jedność.

Reklamą filmu są trzy wielkie osoby: wspomniany wcześniej reżyser David Mackenzie oraz odtwórcy głównych ról: Ewan McGregor i Eva Green. David, autor m.in. „Młodego Adama”, „Amerykańskiego Ciacha”, czy „Obłąkanej miłości”, stworzył razem z resztą ekipy kawałek naprawdę intrygującego, wciągającego, klimatycznego kina. Scenografia czy kostiumy grają incognito. W „Perfect Sense” to bardzo proste, niepozorne efekty. To właśnie mnie zaintrygowało – sceny wyglądają tak, jakby dosłownie reżyser wziął dwóch, trzech aktorów i bez jakiegokolwiek przygotowania ich nagrywał. Cóż, gdyby tak było, film na pewno odznaczyłby się niechlujnością, chaosem, a tak nie jest. Mogę powiedzieć, że jest naprawdę angielsko – pochmurno, deszczowo. Cała kompozycja nie jest szczególnie innowacyjna, ale przez to sprawia trudności w przekazie. Podobały mi się też wmontowane w film zdjęcia. W pracy ekipy filmowej pochwalę jeszcze jedną grupę, ludzi zajmujących się muzyką. Klawiszowo-smyczkowy soundtrack do filmu jest po prostu nie-sa-mo-wi-ty. Tajemniczy, nastrojowy, pobudzający wyobraźnię. Naprawdę przejmujący kawałek, jestem nim w zupełności zauroczona. Pozwolę sobie umieścić tu link:

Jeśli chodzi o aktorów, to w sumie zaangażowano ich niewielu, pewnie dałoby się policzyć ich na palcach obu rąk. Nie podobał mi się pan McGregor, zupełnie mdły, niewyraźny. Gdyby go kimś zastąpić na pewno postać zrobiłaby na mnie większe wrażenie. W całym filmie znalazłam tylko jeden moment z udziałem Ewana, który mi się podobał. Była to scena, w której jego postać – Michael – wpadł w furię. Tu wielkie brawa, panie  McGregor. Ekspresja niesamowita. Poza tą sceną, cały film ukradła mu Eva Green. Nie znałam jej wcześniej, ale w tym przypadku jest niezastąpiona. Grała naprawdę przekonująco. Świetnie dopasowała się do szarej rzeczywistości prezentowanej w filmie. Poza tym, jej głos idealnie pasował mi jako narrator. Można spierać się co do słów, jakie wypowiada jako narrator, ale trzeba przyznać, że jeśli reżyser uparł się na swój pomysł – dokonał właściwego wyboru. Wcześniej wspomniałam już o krytycznych słowa pana Holdena z New York Timesa. Może refleksje narratora są pseudo-biblijne, może rzeczywiście trochę zbyt patetyczne i ciężkie, ale moim zdaniem całkiem nieźle komponują się do reszty.

Film „Perfect Sense” jest naprawdę godny polecenia. Wybrałam go na dziś głównie dlatego, że jak mało który, ten właśnie wyjątkowo zmienia postrzeganie świata. To jeden z najbardziej interesujących i przemyślanych filmów, jaki widziałam w ciągu ostatnich kilku lat.  Ocenę zostawiam do wystawienia we własnym zakresie, choć z mojej recenzji powinien być dostrzegalny jak najbardziej pozytywny wniosek. Dziękuję za chwilę poświęconego czasu, czekam na opinie i lecę szykować coś pasjonującego na następny tydzień.