„Tak bardzo walczę o życie, że nie mam już czasu żyć.”

     Zastanawialiście się czasem jak ułożyłoby się wasze życie, gdyby nagle spadła na was wiadomość o poważnej, czy nawet śmiertelnej chorobie? Czy umielibyście odważnie stanąć do walki, chwytać się brzytwy, łapać byka za rogi, czy może zawinęlibyście się gdzieś w kącie i w głębokiej depresji czekali na godzinę zero? Szczerze mówiąc, chyba nikt nie potrafi ocenić tego, jak zachowałby się w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami, nieuniknionej i bardziej rzeczywistej niż kiedykolwiek śmierci. W takiej sytuacji został postawiony główny bohater opisywanego dzisiaj filmu, Ron Woodroof z „Witaj w klubie”.

       Film Jeana Marca Vallée o oryginalnym tytule „Dallas Buyers Club” zadebiutuje w polskich kinach dopiero 14 marca, choć pierwszy trailer wypuszczono 27 sierpnia ubiegłego roku. Historia zarażonego wirusem HIV Rona Woodroofa miała premierę na międzynarodowym festiwalu filmowym w Toronto 7 września 2013. Dramat „Witaj w klubie” otrzymał sześć nominacji na gali Academy Awards, dwie nagrody Screen Actors Guild, a w czasie ceremonii rozdania złotych globów można było zobaczyć jak panowie McConaughey i Leto otrzymują nagrody dla najlepszego aktora i najlepszego aktora drugoplanowego. To nie koniec nagród, dzięki oryginalnemu scenariuszowi film był też nominowany na Writers Guild of America Awards. Z kolei National Board of Review nazwał „Witaj w klubie” jednym z najlepszych niezależnych filmów ubiegłego roku.

     Dramat, o którym mam dziś przyjemność pisać jest luźną biografią żyjącego w drugiej połowie ubiegłego wieku elektryka Rona Woodroofa, który w wieku trzydziestu sześciu lat dowiaduje się, że ma dość szybko postępujące AIDS. W filmie Ron jest raczej rasistą i homofobem, brzydzi się homoseksualistami. Nie wierzy, że może cierpieć na „chorobę pedałów”, bo przecież jest stuprocentowym mężczyzną. Początkowo próbuje wytłumaczyć sobie, że lekarze na pewno się pomylili, lecz gdy zauważa pogłębiające się objawy postanawia rozpocząć terapię. Zauważa jednak, że leki podawane przez lekarzy mu szkodzą. Ron postanowił wybrać pierwszą z opcji, które opisałam na wstępie, tzn. zaczął szukać innych leków. Ponieważ nie mógł ich dostać w Stanach pojechał najpierw do Meksyku. Po jakimś czasie otworzył klub dla ludzi chorych na AIDS, którym przywoził różne substancje niezagrażające życiu – m.in. witaminy i białka. Film opowiada głównie o problemach z jakimi się borykał prowadząc klub i o nieustannej walce Rona o życie, którego jak sam przyznał, nie miał czasu prowadzić tak jak by chciał.

     Ciekawa jest historia pomysłu na film biograficzny o Ronie. Wszystko rozpoczęło się latem 1992 roku, kiedy Bill Minutaglio, dziennikarz z Dallas Morning News, natknął się na artykuł o pacjentach z AIDS w różnych miastach w całych Stanach. Łączyli oni swoje zasoby, płacili przedsiębiorcom, aby oni dostarczyli im leki niezatwierdzone w USA. Minutaglio w końcu wpadł na trop Rona Woodroofa, wąsatego, zdrowo klnącego przewodniczącego klubu nabywców z Dallas. Po jakimś czasie udało mu się namówić Rona do rozmowy. Doprowadziło to do powstania artykułu „Buying Time” w magazynie Morning News’ Sunday. Krótko jego po opublikowaniu, scenarzysta Craig Borten pojechał do Dallas i spędził trzy dni na rozmowach z Woodroofem. Ich wynikiem jest scenariusz, na postawie którego film możemy oglądać dziś.

 

     W filmach biograficznych lubię to, że zawsze za fabułą kryje się jej alternatywna, prawdziwsza wersja. Jak w większości przypadków, w filmie jest parę odstępstw od prawdy. Nie chcę tu potencjalnym przyszłym widzom psuć seansu spoilerami, ale po obejrzeniu filmu zachęcam do doczytania faktów z życia Rona, bo niektóre z nich są naprawdę ciekawe. Myślę, że nie przekroczę żadnych granic jeśli napiszę, że Woodroof tak naprawdę nigdy nie jeździł na rodeo, czy że miał żonę. Ponadto, Woodroof był znany z dziwacznych zachowań, ale McConaughey ukazał go znacznie bardziej szorstkim i konfrontacyjnym, niż był w rzeczywistości. Skoro wspomniałam już o odtwórcy roli Rona, muszę powiedzieć, że w filmie wygląda naprawdę strasznie. Jest zupełnie do siebie nie podobny, tragicznie wychudzony – można przeczytać, że do roli zrzucił 17 kilogramów. Jego gra nie kończy się na samych gestach i słowach. Byłam pod wielkim wrażeniem pracy Matthew’a McConaughey’a, naprawdę nie dziwi mnie, że otrzymał nominację do Oskara za tę rolę. Jego znajomą lekarkę Dr Eve Saks zagrała Jennifer Garner, której chyba było ciężko się wybić przed dwóch szokujących bohaterów. Nie można przecież pominąć Jareda Leto, który w filmie wystąpił jako transwestyta Rayon, przyjaciel i współpracownik Rona. Nie wspomnę o samym przebraniu, o kostium i makijaż naprawdę nie trudno. Leto jest równie blady i wychudzony jak McConaughey, jego szkielet wybijający się ze słabo zarysowanych mięśni ubrany w różową sukienkę potrafi dać do myślenia.

     Cóż, nie rozpisałam się tak bardzo jakbym chciała, ale recenzja i tak jest już całkiem długa. Mimo wszystko, jest jeszcze tyle słów, które należałoby napisać. Myślę, że czytelnika podobnie jak siebie pozostawiam dziś z lekkim niedosytem. Jeśli kogoś ten temat wciągnął równie mocno jak mnie zapraszam do przeczytania paru zdań o Ronie Woodroofie, bo od tematu takiej osoby ciężko przejść bez słowa. Film serdecznie polecam, ale na dzisiaj już wystarczy. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

A.P.

„This one’s dead. Throw it away.”

     Nigdy chyba nie zdarzyło się, żebym pisała o czymś, co mi się nie koniecznie podobało. Chyba nie powinniśmy za szybko skupiać nadziei na czymś, co niekoniecznie będzie wyglądało tak, jak byśmy tego chcieli. Coś, co miało być tak wspaniałe okazało się jednym wielkim fiaskiem. Przedwczesne zachwyty niosą za sobą jedynie rozczarowanie. Tak właśnie było w przypadku mojego podejścia do filmu, o którym będę dziś pisać. Zawarta w tytule ciekawa tematyka z ogromnym potencjałem wzbudziła we mnie wielkie zainteresowanie, które niestety zgasło już po kilkunastu minutach. Mimo wszystko chcę podzielić się odczuciami po seansie, dlatego przedstawię dziś film „Handlarze dziećmi”.

      Film o oryginalnym tytule „Baby sellers” to dzieło amerykańskiego reżysera Nick’a Willinga. Dramat miał swoją premierę 17 sierpnia ubiegłego roku, ale w Polsce nie było o nim szczególnie głośno. Parę dni temu zupełnie przypadkowo dostrzegłam gdzieś tytuł tego filmu i znalazłam na portalu filmweb, by mniej więcej dowiedzieć się czegoś o fabule. Przeczytałam parę linijek tekstu, zakochałam się w plakacie, który zapowiadał ciekawy, klimatyczny dramat o naprawdę niebanalnej oprawie. Cóż, wszystko niby jest na swoim miejscu, ale tak jakby trochę mi czegoś brakowało. Ale o tym może potem.

      Jak już napisałam we wstępie, film „Handlarze dziećmi” nawet tytułem zdradza swoją intrygującą tematykę. Gdy rozpoczynamy seans poznajemy mieszkańców Indii, których rodziny mają się powiększyć. Zaraz potem przedstawiona zostaje nam Carla Huxley, szanowana właścicielka domu adopcyjnego i detektyw Nicole Morrison. W miarę trwania filmu dowiadujemy się skąd i na ile legalnie pani Huxley znajduje przyszłym rodzicom dzieci do adopcji. Cała fabuła opiera się na próbach ratowania dzieci porwanych m.in. z Indii czy Meksyku, jak również jest to nieudolna walka ze sprzedażą dzieci amerykanom zupełnie nieświadomym pochodzenia swoich nowych pociech. Co ciekawe, dom adopcyjny Carli zapewniał ludziom „adoptującym”, że mogą sobie wymarzyć jak ma wyglądać ich dziecko, a pani Huxley właśnie takie im dostarczała. Problem w tym, że nie zawsze prawdziwe było zapewnianie, że niemowlaki są sierotami.

     Podobało mi się, że widzowie nie są zanudzani przez pierwsze pół godziny. Jesteśmy od razu brutalnie wrzuceni na głęboką wodę. Taki zabieg bardzo mi imponuje, bo osobiście bardzo szybko się nudzę. Jeśli akcja książki lub filmu rozwija się zbyt długo, po prostu odkładam ją na potem i najczęściej nigdy nie wracam. Tu wszystko, co ważne dzieje się od pierwszej do ostatniej sekundy filmu. Muszę jednak przyznać, że „Handlarze dziećmi” mają taką dziwną atmosferę, jakby mało filmową. Konwencja bardziej tworzyła w mojej głowie wrażenie, że oglądam serial. Chyba brakowało mi mroczności, tajemniczości obiecanej na plakacie. Spodziewałam się dramatu o klimacie podobnym do tego w filmie „Oszukana” Angeliną Jolie. Zamiast tego dostałam obraz, który – daję słowo – przypomniał sceny z seriali typu „Agenci NCIS”. Rolę Carli Huxley powierzono Kirstie Alley, którą mając kilka lat uwielbiałam za rolę w filmie „I kto to mówi”. Przez te wszystkie lata aktorka zrobiła się trochę większa, a jej kariera opierała się raczej na tym ile przytyła i ile schudła. Cieszę się, że ją przywrócono do jej rzeczywistego zawodu. Aktorka, która zagrała detektyw Nic Morrison, czyli Jennifer Finnigan dodatkowo wzmogła we mnie poczucie, że oglądam jakiś kryminalny serial. Za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam widziałam Poppy Montgomery z „Bez śladu”. Film nie grzeszy innowacyjnością. Jest dość przewidywalny i wydaje mi się, kiepsko wykończony. Nagrodą za to wszystko są przewijające się piękne krajobrazy Indii. Oglądając „Handlarzy dziećmi” nie mogłam oprzeć się jednak wrażeniu, że reżyser i jego ekipa zmarnowali spory potencjał.

     Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie dokładnie powiedzieć, co poszło nie tak, niektóre sprawy potrafią nas głęboko rozczarować. To pewnie przez zupełnie mylne pierwsze wrażenie, które w pamięci zapisują obraz lub informację dużo bardziej pozytywną niż jest w zupełności. Dość często nabieram się na takie wrażenia, tak też było tym razem. Mimo to, polecam film do obejrzenia, do utworzenia własnej opinii o filmie „Baby sellers”. Na dziś to już koniec, ja serdecznie dziękuję za przeczytanie i jak zwykle zapraszam za tydzień. Miłego tygodnia. :)

A.P.

“The lie is spreading.”

     Jaka jest prawda? Gdzie leży złoty środek? Nie raz życie ustawia nas w takiej sytuacji, że nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie jak wygląda ona w rzeczywistości. Targani uczuciami odbieramy ją każdy na swój sposób i prawdę mówiąc, nikt z nas nie potrafi określić jednej, prawdziwej niezaprzeczalnie obiektywnej prawdy o tym, co nas otacza. Każda sytuacja wyglądać może kompletnie inaczej w oczach i sercach innych ludzi, stąd biorą się mniej lub bardziej krzywdzące konflikty i nieporozumienia. Już od najmłodszych lat jesteśmy świadkami takiego przebiegu zdarzeń, więc myślę, że niejedna z osób czytających ten wstęp wie, o czym mówię. Sama jestem postawiona nie po raz pierwszy i nie tylko w jednej takiej sytuacji, dlatego też chciałabym opisać film, który stanowczo nasilił we mnie przemyślenia na temat nieistnienia jednej, obiektywnej prawdy o rzeczywistości. Jest nim ubiegłoroczny skandynawski dramat o tytule „Polowanie”.

 

      Film „Polowanie” opowiada o sytuacji, w której znalazł się mężczyzna o imieniu Lucas, opiekun kilkuletnich dzieci w przedszkolu. Jednym z malców uczęszczających do tego przedszkola była Klara, córka sąsiada i zarazem wieloletniego przyjaciela mężczyzny. Dlatego też często odprowadzał on Klarę do domu, czego skutkiem było zaufanie i przyjacielskie podejście dziewczynki do Lucasa. Ale mała sąsiadka nie była jedyna, w przedszkolu Lucas był bardzo lubiany przez wszystkie dzieci, jak też przez współpracowników. Wszystko układało się dobrze, mężczyzna zaczął spotykać się z jedną z koleżanek z pracy, ponadto jego syn, który do tej pory mieszkał z matką wreszcie miał wprowadzić się do niego na dłużej. Pewnego dnia Klara przygotowała dla Lucasa prezent, którego przyjęcia mężczyzna niestety musiał odmówić. Zasmucona dziewczynka przesiedziała resztę dnia sama w pustym pokoju, a kiedy zrobiło się ciemno i znalazła ją wychowawczyni, mała Klara wyznała coś niepokojącego. Kobieta próbowała przez jakiś czas zignorować ten fakt, ale ponieważ nie dawał jej spokoju, postanowiła umówić dla Klary rozmowę z psychologiem, ostrzegając wcześniej Lucasa, o czym dowiedziała się od dziewczynki. Mężczyzna kompletnie skołowany, nie rozumiał zaistniałej sytuacji i zgodnie z zaleceniem przełożonej, udał się do domu. Tymczasem dziewczynka na spotkaniu z psychologiem, mimo oszczędności słów, wyraźnie dała do zrozumienia, że Lucas molestował ją seksualnie. Od tego momentu zaczyna się tragedia bezpodstawnie osądzonego mężczyzny, jego wykluczanie ze społeczeństwa i masowe tracenie przyjaciół.

     Duński dramat Thomasa Vinterberga oryginalnie nazwany „Jagten” miał swoją światową premierę 20 maja 2012 roku podczas 65. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes. Startował wtedy w Konkursie Głównym z dobrym skutkiem: ekipa wygrała jedną nominację i trzy nagrody, w tym dla Mads’a Mikkelsen’a, który wcielił się w rolę Lucasa. Film wszedł do polskich kin 15 marca 2013. Odkąd można go było oglądać w polskich i światowych kinach nazbierał całkiem imponującą liczbę nagród. Pochwaliła go m.in. Brytyjska Akademia Filmowa nominacją do nagrody za najlepszy film nieanglojęzyczny. To samo miało miejsce na ceremoniach wręczenia Satelitów i Złotych Globów. Z kolei po ceremonii wręczenia Europejskich Nagród Filmowych ekipa stała się bogatsza o nagrodę dla najlepszego europejskiego scenarzysty, najlepszego europejskiego filmu, najlepszego europejskiego reżysera i nominację dla najlepszego europejskiego aktora i montażysty.

      Jak już wspomniałam tematyka filmu jest naprawdę poruszająca, dlatego zanim zacznie się wychwalać taki film należy na chwilę się zatrzymać. Trzeba być pewnym, że docenia się pracę, a nie pisze pochlebstwa z racji trudnego tematu. Dlatego zacznę od tego, co mi się nie podobało. Otóż, ten film tak naprawdę nigdzie nie zmierza. Tak naprawdę nie dowiadujemy się, jak cała sytuacja została rozwiązana. Oglądałam ten film całkiem niedawno, ale jestem pewna, że kiedy przypomnę go sobie za jakiś miesiąc, będzie mi się wydawało, że nie obejrzałam go do końca. Czuję pewien niedosyt, bo odniosłam wrażenie, że historia została urwana w połowie. Poza tym, jest sporo pytań, na które w filmie nie ma odpowiedzi. Dlaczego ten psycholog podsuwał dziecku stwierdzenia obciążające Lucasa? Dziewczynka tak naprawdę nic nie powiedziała, machała główką przecząco lub potwierdzająco. Poza tym można szybko poczuć się lepszym detektywem niż ktokolwiek z dorosłych postaci tego filmu. Nie wiem, czy to drobne niedociągnięcia w scenariuszu czy po prostu tak działa duńskie prawo i ludzie tam są tak naiwni. Akcja filmu, choć może chwilami była odrobinę nużąca, trzymała w napięciu. Jako widz czekałam na koniec filmu, ale nie dlatego, że mnie nudził. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się jak Lucas wyjdzie z tej trudnej sytuacji. Cóż, nie dowiedziałam się. Przejdę teraz do aktorów, nie będę jednak zręcznie rzucać nazwiskami, bo przyznam, że dość rzadko mam okazję oglądać skandynawskie kino. Dlatego będzie dość skromnie i wspomnę tylko o Mads’ie Mikkelsenie. Nie wiem, czy ten aktor po prostu tak wygląda, czy go tak „zrobili” do filmu, ale jego twarz wyraźnie daje sygnał by powtórnie przemyśleć jego niewinność. Myślę, że trafnie wybrano go do roli Lucasa. Na pierwszy rzut oka nie był ani jednoznacznie winny ani niewinny. Do samego końca powodował zamieszanie w głowie i co by się na ekranie nie działo, widz zastanawiał się, czy dzieje się dobrze, czy źle. Przyznam, że grał bardzo dobrze, ciekawie dopasowując się do dość ciężkiego, mrocznego klimatu tego filmu. A właśnie ta atmosfera podobała mi się najbardziej, taka pochmurna, posępna. Bardzo ciekawie ubrano w nią duńskie krajobrazy w scenach polowań.

 

     Życie w filmach jest sporo prostsze. Wiecie dlaczego? Dlatego, że przeważnie widz w czasie seansu dowiaduje się, co wydarzyło się naprawdę. Nigdy nie widziałam filmu, w którym przedstawiony był jakiś konflikt interesów tak, że jako widz, po obejrzeniu całości nie wiedziałabym, co jest prawdą, a co nie. W prawdziwym życiu nawet jeśli jesteśmy pewni swoich racji, polegamy jedynie na swojej pamięci i zrodzonych w danym momencie uczuciach. Ja widziałam tę kartkę czerwoną, ktoś inny widział ją niebieską i teraz się spieramy. Ale tak naprawdę, jaka była kartka? Kto wie? Kończę już ten nieco zbyt filozoficzny wywód i zapraszam za tydzień. Miłego weekendu. :)

A.P.

„We’re just pretending to be a family to smuggle drugs across the border.”

     W nowy rok chyba najlepiej będzie wejść lekkim krokiem. Bez rozmyślań nad sprawami wymagającymi głębszych analiz, bez przesadnie wyszukanych tematów. Dość długo zastanawiałam się, czym powinnam uraczyć czytelników w pierwszym wpisie tego roku. Postawiłam na film z racji tego, że od ostatniej recenzji filmowej minęło sporo czasu. Nie chciałam, żeby był to jakiś dramat, kryminał, czy cokolwiek wymagającego szczegółowych przemyśleń. Czy cztery dni po sylwestrze ktoś jeszcze może mieć kaca? Cóż, nie wiem, nie chcę sprawdzać, ale na pewno najlżej będzie, gdy pomówię dziś o komedii. A tak się składa, że dość niecodzienna komedia miała premierę w 2013 roku i to właśnie o niej zdecydowałam się pisać. Proszę grzecznie przywitać się z „Millerami”.

     „Millerowie” to komedia kryminalna, której głównym bohaterem jest David, handlarz drobnych ilości marihuany. Normalny dzień dilera to naśmiewanie się z sąsiadki Rose, oglądanie filmików na YouTube, spotkania z różnymi klientami. Najczęściej David lubi pozostawać w cieniu, nie wychylać się za bardzo, wiedzie więc dość skromne, spokojne życie. Pewnego wieczora widzi jednak jak jego nastoletni sąsiad Kenny nieudolnie próbuje stawać w obronie dziewczyny o imieniu Casey, zaatakowanej przez kilku opryszków. David postanawia pomóc Kennemu i rozgonić nastoletnich złodziejaszków. Kenny próbując ich wystraszyć napastników chwali się tym, jak zarabia David. W efekcie diler jest zmuszony oddać wszystko co ma, łącznie z towarem i pieniędzmi, które miał w domu. Następnego dnia udaje się do szefa, tłumacząc jak stracił marihuanę i setki dolarów. Szef Davida – Brad postanawia odpuścić mu dług w wysokości czterdziestu trzech tysięcy jeśli tylko mężczyzna zgodzi zastąpić zabitego niedawno dostarczyciela towarów z Meksyku. David nie ma wyjścia, więc się zgadza mając jednak świadomość, że jeśli zostanie przyłapany na przemycie narkotyków do Stanów grozi mu dwadzieścia pięć lat w meksykańskim więzieniu. Załamany swoją sytuacją, a zainspirowany zatrzymującą się w pobliżu spokojną, wesołą gromadką podróżników postanawia wykreować własną rodzinę, z którą rzekomo będzie odwiedzał babcię w Meksyku. Wtedy po kilku namowach udaje mu się zwerbować striptizerkę  „Rose” do roli jego żony, prawiczka Kennego jako ich syna, a jako córkę wybiera Casey, która uciekła z domu, a teraz będzie udawać jego córkę. Cały film opowiada głównie o perypetiach fałszywej rodziny o przybranym nazwisku Miller w czasie ich podróży do Meksyku. Muszę przyznać, że komedia ta jest dość przewidywalna i ja osobiście nie szczególnie zalewałam się śmiechem oglądając ją. Mimo to, nie mogę powiedzieć, że jest słaba. Owszem, zawiera sceny na tyle wulgarne, że stały się po prostu niesmaczne, ale myślę, że jest dość lekka, w sam raz na relaksujący wieczór po ciężkim, stresującym dniu.         

     Jeśli chodzi o obsadę to chyba najbardziej podobał mi się wybór Jennifer Aniston do roli Sary „Rose” O’Reilly. Szczerze mówiąc to jest najbardziej znaną postacią spośród całej ekipy tego filmu. Chociaż Jason Sudeikis i Kathryn Hahn mają również sporo tytułów na koncie, nikt chyba nie dorówna niezapomnianej Rachel z „Przyjaciół”. W roli Kennego obsadzono Willa Poultera, a Casey zagrała Emma Roberts. Reżyserem „Millerów” jest niejaki Rawson Marshall Thurber, a film ten jest dopiero piątym w jego karierze. Myślę, że tempo jej rozwoju znacznie przyspieszy po ostatnim projekcie. Film był dosyć głośno omawiany, głównie ze sprawą swojej niezaprzeczalnej prowokacyjności. Niektórzy zarzucają mu, delikatnie mówiąc, mało wysublimowany humor i ciężko się z tym nie zgodzić. Moim zdaniem nie należy tak szybko wydawać osądów, komedia ma bawić, a o humorze, jak o guście się nie dyskutuje. Myślę, że zamiast tego należało by zaznaczyć to, że autorzy filmu nie pokusili się o tanie efekciarstwo. Nie widać w tym filmie żadnych przesadnych efektów specjalnych, żadnych wybuchających samochodów na tle zachodzącego słońca, które tak często można znaleźć w innych, rzekomo lepszych, filmach. „Millerowie” to komedia spójna i wykończona dosyć konsekwentnie. Myślę, że nie powinna się podobać jedynie ludziom o innym poczuciu humoru, ale chyba każdy ma do tego prawo, tak samo jak raper raczej nie przekona się do jazzu.

     Na tym kończy się nasze miłe spotkanie z rodziną Millerów. Myślę, że warto skusić się na krótki seans z ich udziałem. Chociażby po to, aby wyrobić sobie jakieś zdanie. A film jest jednym z tych, które się uwielbia, albo się kompletnie nie trawi. Oczywiście pozwolę wszystkim czytelnikom wystawić opinię o filmie „Millerowie” we własnym zakresie. Zapraszam w przyszłą sobotę i życzę miłego weekendu. :)

A.P.

„Success is the Best Revenge”.

                Zastanawialiście się czasem, co jest najmniej przyjemnego w pisaniu recenzji? W całym tym ujmującym zajęciu, jakim jest odkrywanie sztuki, pisanie o wzbudzonych przez nią emocjach i wspomnieniach, w tym dzieleniu się przemyśleniami na dany temat jest jednak drobny niesmak. Zawsze pominięcie tej drobnostki jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Mówię tu o budującej się we mnie raczej jednolitej opinii o danym materiale. Ten film był taki, tamten album taki, a tamta książka jeszcze inna. Mile widziana jest bowiem spójność i konsekwencja w pracy artysty, ale jak ją potem mamy postrzegać oceniając poszczególne fragmenty? Szczególny problem miałam z tym pisząc jakiś czas temu o City and Colour. Cóż, każda piosenka była na swój sposób ciekawa, ale tak naprawdę były prawie jednakowe. Dlatego zaciekawił mnie pewien temat, do którego oczywiście na początku podeszłam dość sceptycznie. Zdecydowałam się jednak pisać dziś o kilku utworach kompozytora Hansa Zimmera, choć chyba nigdy nie zostały one zebrane w jedno wydawnictwo. To właśnie pomoże mi wyzbyć się poczucia jednolitości.

                 Hans Zimmer urodził się we Frankfurcie w 1957 roku. Podobno uczył się gry na fortepianie przez tydzień, bo jego prywatny nauczyciel zrezygnował z pracy, chłopak więc nauczył się sam. Jego marzeniem była kariera rockmana, po studiach udzielał się w The Buggles. Kiedy zespół stworzył hit lat 80. „Video Killed the Radio Star”, Hans brał też udział w tworzeniu teledysku do tego utworu. Później występował jeszcze z formacjami takimi jak Krisma, czy Ultravox. Dopiero kiedy zaczął współpracować ze Stanleyem Meyersem zaczęła układać się jego ścieżka kompozytora. Wtedy młody Zimmer, który wcześniej tworzył jedynie jingle dla Air-Edel Studios, został asystentem brytyjskiego kompozytora, a ten nauczył go tworzyć muzykę na orkiestrę. Zadebiutował w 1983 pomagając Meyersowi w tworzeniu muzyki do filmu „Moonlighting” Jerzego Skolimowskiego. Już sześć lat później Zimmer został nominowany do Oscara za muzykę do „Rain Man” Barry’ego Levinstona, ale na otrzymanie tej nagrody musiał pracować jeszcze kolejnych sześć lat. Hans Zimmer za ścieżkę dźwiękową do „Króla Lwa” uhonorowany został Oscarem, Złotym Globem i dwiema statuetkami Grammy, a nagranie osiągnęło rekordową sprzedaż. Zimmer razem z producentem muzycznym Jay’em Rifkinem założył w Hollywood pierwsze zalegalizowane stowarzyszenie zrzeszające kompozytorów muzyki filmowej o nazwie Media Ventures, w 1989 roku w Santa Monica. Hans Zimmer jest chyba jednym z najbardziej skrytych ludzi Hollywood, jednym z najbardziej cenionych kompozytorów współczesnego kina. To on jako pierwszy połączył klasykę z elektroniką i był też jednym z pierwszych kompozytorów tworzących muzykę filmową przy pomocy komputerów. Obecnie jest szefem działu muzyki filmowej w DreamWorks Pictures.

                 Kompozycje Zimmera pojawiają się w wielu filmach. Bardziej znane z tych, które mogą się tym zaszczytem pochwalić to m.in.: „Rain Man”, „Wożąc panią Daisy”, „Thelma i Louise”, „Król Lew”, „Cienka, czerwona linia”, a później, po roku 2000 jeszcze „Gladiator”, obie części „The Ring”, „Kod Da Vinci”, również dwie części „Piratów z Karaibów” i trzy „Batmana”, czy jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat, czyli „Incepcja”. Wszystkie tytuły można wymieniać jak z rękawa, co zajęłoby imponująco dużo miejsca. Zainteresowanych pełną filmografią odsyłam jednak do poszperania w internecie, polecam Filmweb. Wcześniej wspomniałam, że utwory Hansa Zimmera nie zostały zebrane, co nie jest całkowicie prawdą. Udało mi się znaleźć dosłownie parę albumów zbierających w jedność wybrane dzieła kompozytora takie jak The British Years czy The Wings Of A Film: The Music Of Hans. Mimo wszystko nie zdecydowałam się na recenzowanie tych albumów z czysto egoistycznej chęci samodzielnego wybrania najciekawszych utworów.

 

                Przyszedł więc czas na decyzję, która, nie będę ukrywać, do prostych nie należała. Starałam się wybrać dwanaście utworów tak, aby podkreślić ich różnorodność i zarazem nie pominąć żadnego z tych bardziej popularnych filmów. Oczywiście nie było to możliwe, bo samych tych znanych było sporo więcej, a ja chciałam pomówić też o tych spychanych w cień. Pominęłam animacje takie jak m.in „Madagaskar”, „Kung Fu Panda”, czy któreś z kolei części „Króla Lwa”, nie znalazłam też miejsca na „Mission Impossible”, „Anioły i Demony”, „Kod Da Vinci”, „Hannibala”, czy wszystkie części „Piratów z Karaibów”. Poza tym, pomówimy pewnie tylko o głównych soundtrackach, tzw. „theme song”, bo chyba nie sposób opisać w krótkim wpisie dwunastu kompozycji trwających tak naprawdę po półtorej godziny.

                No dobrze, zacznijmy od filmu „Wożąc panią Daisy”, który do kin trafił w 1990 roku. Z tego soundtracku wybrałam utwór do napisów końcowych, którego posłuchać można tu:

. To niesamowicie ciepła melodia, na początku smyczkowa, potem śmiało wkraczają flety i klawisze. Utwór nabiera dynamiki i staje się taką typową pioseneczką do filmów familijnych z lat 90. Samego „Wożąc panią Daisy” nie widziałam, ale muszę przyznać, że kompozycja Zimmera przemawia do mnie na tyle, że chciałabym go zobaczyć. Następny będzie kawałek z filmu „Szybki jak błyskawica” z Tomem Cruisem, również z 1990 roku. Konkretniej, jest to właśnie ten utwór:
http://www.youtube.com/watch?v=V7lakvaC1FM
. Ten, choć brzmi dość podobnie, wydaje mi się dużo mniej instrumentalny. Wolę muzykę filmową brzmiącą ciut bardziej symfonicznie. Tu początek jest mocno elektroniczny, dopiero dalej pojawiają się delikatnie przebijające się instrumenty. Dalej „Dziewczyna z kalendarza” z 1993 roku. Już podaję link:
http://www.youtube.com/watch?v=l1sXTYXqagU
. Myślę, że jest to naprawdę uroczy utwór. Zaczyna się tak niewinnie i delikatnie, ot czysty, klawiszowy walczyk. Później ten charakter jest na krótko wzmocniony, zmienia się w coś bardziej jazzowego, może trochę country, a z biegiem utworu pojawiają się też kolejne instrumenty. Właśnie za to cenię tę kompozycję. Potem ta delikatność i sensualność wraca i raczy nas swoim pięknem do końca utworu przewijając się przez niemalże Broadwayowską wstawkę. Teraz zmienimy klimat przechodząc do utworu „This Land” z filmu „Król Lew”, który amerykańskie kina zachwycił w 1994 roku. „This Land” można usłyszeć tu:

. W tym przypadku, można wyraźnie usłyszeć jak Hans Zimmer przy tworzeniu muzyki posługuje się elementami charakterystycznymi dla różnych kultur. Sama animacja jest osadzona w Afryce, stąd w utworze można usłyszeć przeciągnięte, można powiedzieć plemienne śpiewy. Melodia budzi naprawdę wiele emocji, moim zdaniem jest jedną z  najmocniejszych, najbardziej potężnych spośród tych, z którymi się zaznajomiłam. Nic dziwnego, że dzięki tej pracy Zimmer otrzymał Oscara. Następnie chciałabym poruszyć temat tej kompozycji:

. Jest to motyw z filmu Gladiator z 2000 roku. Chciałoby się powiedzieć, że utwór ten ma coś podobnego do wykonań operowych. Oprócz krótkiej, dynamicznej wstawki, dość mocno zarysowany jest poruszający charakter utworu. Tak jak film jest wzruszający, sam soundtrack skłania do przemyśleń i całkiem dobrze wycisza. Następnie kawałek z „The Ring”, czyli

. O ile zaczyna się równie spokojnie jak pozostałe, nie byłby dobrą kompozycją do horroru, jeśli dość szybko nie budowałby grozy i niepokoju. Moim zdaniem ten utwór bardzo wyraźnie odznacza się od pozostałych, nie jest już to prosta, urocza melodyjka. To prawdziwie poruszająca, mocno rozbudowana symfonia. Najbardziej zaskoczył mnie fragment, w którym dźwięki zostały poukładane tak, że przypominają bicie serca, co w sumie jest dość pomysłowym zabiegiem przy tworzeniu muzyki do takiego filmu jak „The Ring”. Przejdźmy do „Ostatniego samuraja” z 2003 roku. Utwór „A Way of Life”, którego można posłuchać tu:

, jest dużo spokojniejszy niż wcześniej tu omawiane. Swoim charakterem zahacza prawie o muzykę relaksacyjną. W takiej ociekającej emocjami muzyce bardzo łatwo jest się odnaleźć w takie ciężkie, jesienne dni jak dziś. Leżeć w łóżku do południa zapominając o całym świecie. Następny utwór zaczyna się dość podobnym akcentem. Kompozycja „Lasirus” z filmu ”Batman: Początek” (

) to pasmo krótkich motywów i wyciszeń. Wśród emocji, jakie buduje, niewątpliwie można odnaleźć niepokój podobny do tego z „The Ring”, mimo, że filmy różnią się diametralnie. Ten utwór jest zdecydowanie mniej dynamiczny, nie przyspiesza bicia serca samymi dźwiękami, dlatego nie będę ukrywać, że dużo mniej przypadł mi do gustu. Dziewiąty już kawałek wzięłam z soundtracku filmu „Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka”. Utwór (

) nosi tytuł „Jack Sparrow”, a wybrałam właśnie ten, ponieważ swoimi klimatem czyści mój umysł z jakichkolwiek innych myśli zostawiając jedynie wizerunek przebranego Johnego Deepa i jego zupełnie unikatowe ruchy i gesty. Nie wyobrażałam sobie innego utwory przy tym filmie. Nawet ktoś, kto filmu nie widział, po kilku pierwszych dźwiękach rozpoznałby go bezbłędnie. Przejdźmy jednak do zdecydowanie najmocniejszego utworu –

. To kawałek z „Sherlocka Holmesa”, bardzo rytmiczny, dynamiczny, trochę krótki, ale zadziwiająco dobrze przekazujący emocje. Kryje w sobie pewną tajemnicę, a to jest właśnie w całym tym utworze najpiękniejsze. Jest niebanalny, a ja banalności nie znoszę. Teraz czas na tę kompozycję:

, reprezentującą film „Incepcja”. Kawałek ma tytuł „Time”i jest sporą zmianą po głośnym poprzedniku. „Time” jest powoli rozwijającym się utworem, któremu nie potrafię odmówić jakiejś oceaniczności. Mam wrażenie, że to pewnego rodzaju fala, która z każdym uderzeniem o brzeg nabiera mocy. Tak jak w przypadku filmu potrzeba odrobiny czasu, aby to dzieło docenić. Nie można wyłączyć go po 15 minutach tłumacząc się tym, że się nic nie rozumie. Tak samo ten utwór należy przesłuchać cały, aby go zrozumieć i to jest właśnie piękne. Na koniec chciałam jeszcze pokazać jedną z ostatnich prac Hansa Zimmera. Utwór, który kryje się pod tym linkiem:

, jest częścią soundtracku z tegorocznego filmu „Man of Steel”. Myślę, że świetnie nadaje się na zwieńczenie dzisiejszego wpisu, bo poniekąd podsumowuje wszystkie wyżej opisane. Jest niepokój, są czyste emocje na zmianę z mocą, jest rozwijający się charakter, przerwany nagle by dać miejsce na zakończenie pozostawiające lekki, przyjemny niedosyt.

                Myślę, że muzyka Hansa Zimmera to coś, czym nie można się znudzić. Choć muszę przyznać, że w miarę pisania okazała się dla mnie dość trudnym zadaniem, cieszę się, że zdecydowałam się o niej dziś napisać. Jakoś recenzje, które szybko się pisze, nie cieszą tak bardzo jak te, nad którymi trzeba się trochę dłużej zastanowić. Mam nadzieję, że czytanie było chociaż częściowo tak przyjemne, jak satysfakcjonujące był dla mnie pisanie. Zapraszam za tydzień i życzę ciepłego, miłego weekendu. :)

„Wspina się na górę, ponieważ się nie lęka. Zabija smoka, gdyż się go nie lęka. Przechodzi przez ognie piekelne, gdyż Broomhilda jest tego warta. „

                Jak dziś zacząć? Nie mam pojęcia. Zawsze mi się sprawy jakoś tak naturalnie układają w głowie i mimo narzekań, że już prawie sobota – zawsze w piątek wieczorem mam już jakiś większy lub mniejszy fragment recenzji przygotowany. W tym tygodniu jakoś nieszczególnie miałam wenę (coś ostatnio często nad tym biadolę), ale nie chcę robić przerw. Nie chcę, bo wiem, że potem o pisaniu po prostu zapomnę. Pomyślałam więc, że napiszę dziś o filmie, którego pewnie nigdy bym nie obejrzała, gdyby nie jego „plecy”. Świetna sława reżysera jest sama w sobie jednoznaczną recenzją, jest niemalże kultem wśród wielu osób, ale naprawdę nie bez przyczyny. Dla mnie ten zabawny pan w średnim już wieku, zawsze będzie godny zaufania w tym, co robi. Dlatego też pragnę przedstawić dzisiaj film „Django Unchained” genialnego Quentina Tarantino.

                 Jakie jest kino tego reżysera, chyba nie muszę nawet opisywać, czuję się jednak zobowiązana to zrobić, w razie gdyby któryś z czytelników nie był jeszcze z nim zaznajomiony. Otóż, filmy te nie stronią od zwierzęcych bijatyk, krwi i rasistowskich obelg. Na tym polega całe ich piękno, bo mało kto potrafi w film wpleść te elementy z takim wyczuciem jak robi to Quentin. Nie chcę robić podsumowania całego jego dorobku, więc skupię się wyłącznie na „Django”. Bardzo wyraźnie przedstawił tu ostentacyjne i dość ironiczne sceny przemocy. Nadany filmowi niezaprzeczalny charakter westernu spaghetti, który uwidacznia się w braku jakichkolwiek wzmianek moralnych u wielu bohaterów, czarnym humorze i podkreślonej już brutalności.

 

                Fabuła jest dość prosta. Tytułowy bohater – czarnoskóry niewolnik imieniem Django, zostaje skradziony swojemu właścicielowi. Doktor King Schultz, który go odbił, traktuje Django z wykwintnym poszanowaniem. Tłumaczy mu, że pod maską spokojnego dentysty przemierza Stany Zjednoczone by odnaleźć złoczyńców, zabić ich i sprzedać ich ciała władzom. Chłopak jest mu potrzeby, ponieważ doktor Schultz poszukuje aktualnie trzech braci Brittle, na których farmie Django kiedyś pracował. Prosi go, aby wskazał braci Brittle w zamian za drobną ilość pieniędzy i darowaną wolność. Niewolnik decyduje się zgodzić na umowę i po krótkim czasie udaje się im odnaleźć i skutecznie unicestwić poszukiwanych złoczyńców. Zżyci już ze sobą mężczyźni po paru wspólnych spektakularnych akcjach snują plany na dalsze życie. Doktor zaciekawiony pyta byłego niewolnika o jego plany na przyszłość. Ten wyjawia mu, że chciałby odnaleźć swoją żonę i odkupić ją. Dowiadujemy się, że Django i jego żona Broomhilda von Schaft zostali oznaczeni wypaloną na policzku literą „R”, po czym sprzedani różnym właścicielom i koniec końców – rozdzieleni. Schultz postanawia pomóc nowemu przyjacielowi. Przybywają do Greenvile, gdzie Django ostatni raz widział żonę. Odnajdują akta, według których wynika, że Broomhilda jest teraz własnością niejakiego Calvina Candie. Mężczyzna jest właścicielem niesławnej plantacji, który w swojej posesji urządza zakłady w czasie walk swoich niewolników z tymi, których postawią przed nimi zaproszeni goście. Schultz i Django odnajdują bogacza i pod przykrywką próbują odbić poniżaną Broomhildę. Warta podkreślenia jest zmiana osobowości Django, jego metamorfoza ze skromnego niewolnika, do silnego mężczyzny skłonnego pokonać każdego na drodze do szczęścia z Broomhildą.

 

                W główną rolę wcielił się Jamie Foxx, który moim zdaniem świetnie sobie poradził. Nie omieszkam nazwać go młodym Samuelem L. Jacksonem, bo aktor nierozerwalnie kojarzył mi się z Julesem z wcześniejszego filmu Tarantino – „Pulp Fiction”. Nie trudno było znaleźć jednak informację, że producenci „Django Unchained” rozważali m.in. Willa Smitha czy Chrisa Tuckera do obsadzenia tytułowej roli. Osobiście bardzo cieszę się, że na żadnego z tych dwóch aktorów się nie zdecydowali, inaczej przez całą długość filmu byłabym zniesmaczona irytującą twarzą Smitha, albo rozchichotana na widok nieuleczalnego komedianta. Z tego samego źródła dowiedziałam się, że Lady Gaga była brana pod uwagę przy ustalaniu roli siostry Calvina Candie – Lary Lee Candie-Fitzwilly. Jeśli miałabym szczególnie wyróżnić jedną postać byłby nim zdecydowanie filmowy doktor Schultz, czyli Christoph Waltz. Czarujący, wykwintny morderca, jeśli mogę go tak określić, zrobił na mnie spore wrażenie – zarówno czysto scenariuszowa postać jak i widzialny wynik pracy aktora. Nie mogę też pominąć wielkich nazwisk, czyli Leo DiCaprio. Paniom znany z „Titanic’a” Leonardo już po „Incepcji” ma u mnie dużego plusa, teraz tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że jest dobrą reklamą ciekawego filmu. Odbiegając już od aktorów chciałabym podkreślić jeden element filmu, który sprawił, że jestem zdecydowana dać mu 10/10 punktów. Efekty specjalne. Wszystko inne, co przychodzi mi do głowy – kostiumy, muzyka, dialogi – to wszystko jest jednogłośnie klimatyczne i bezbłędne. Za to efekty specjalne były moim zdaniem trochę… niedzisiejsze. Można kłócić się, że to tak miało być, że tak filmy robi Quentin Tarantino. Racja, krew wybuchająca z rany przy postrzale w „Pulp Fiction” też była tak plastikowa i sztuczna, ale na miłość boską, to było prawie dwadzieścia lat temu! Zabrakło mi trochę dopracowania w tej sferze, bo te charakterystyczne jego filmom strzelaniny przywodziły mi do głowy jedną myśl: „musiało pójść sporo ketchupu”. Wiem, wiem, zaraz zacznie się fala krytyki. Ale nie, zastanówmy się. Ta czerwona maź nawet nie przypominała krwi i to mi trochę przeszkadzało, bo jak już robimy jedno wielkie mordobicie, to zróbmy to tak, jak się należy. Chociaż przyznam, że zrobił na mnie wrażenie moment, w którym jeden z panów został postrzelony na plantacji jedwabiu i jego krew rozbryzgała się po białych kulkach.

                Film jest naprawdę warty obejrzenia, a mówiąc szczerze jest jednym z takich, do których z chęcią wraca się po raz setny. Czasami, kiedy przytłaczają problemy i ogrom niepotrzebnych myśli, człowiek ma ochotę kogoś rozstrzelać. Żeby tylko zaraz nie trafić za kratki, radzę obejrzeć sobie „Django Unchained”. Ten film potrafi pomóc wyładować emocje, ale miejscami wzrusza i bawi. Jak dla mnie film idealny. Naprawdę gorąco polecam, życzę miłego dnia i zapraszam za tydzień. :)

A.P.

„To było jasne, tylko jedno z nas przeżyje.”

     Reakcje ludzi na to, co robię naprawdę zaskakują mnie każdego dnia. Recenzja Paramore, która wydawała mi się raczej małą porażką, bo naprawdę pisało się jak po grudzie, spotkała się ze sporą (jak na moje możliwości) ilością pozytywnych komentarzy. Z kolei pisanina o płycie Katie Melua, w którą włożyłam niezliczone pokłady serca i wielkiej pracy dającej satysfakcję, niemal w ogóle nie wzbudziła zainteresowania. Tworzenie czegoś ma to do siebie, że odbiór tego przez społeczeństwo jest zupełnie inne, niż byśmy się spodziewali. Dziś właśnie napiszę o poruszającym filmie, w którym pewien pan zaplanował sobie coś wielkiego, ale w oczach ludzi miało zupełnie odmienny charakter. Mnie osobiście film ten zmiażdżył i nie umiem ostatnio myśleć o czymkolwiek innym. Może to trochę nie na miejscu porównywać tego pana z jakimkolwiek twórcą, ale o tym przekonamy się za chwilę. Pragnę przedstawić niemiecki film „3096 Dni”.

     Nie bez powodu zaznaczyłam, że jest to film niemiecki. Przyznam się bez bicia, odrzuciło mnie to na moment. Nie mogę jednak skreślać filmu tylko z tego powodu, prawda? Uwielbiam filmy brytyjskie, nawet amerykańskie nie pasują mi aż tak, ale cóż – napisy będą, zrozumiem, a to niemieckie „szprechanie” wytrzymam. I zaskoczenie przyszło szybko, bo dialogi były po angielsku. Nie był to dubbing, bo machanie buźkami zgadzało się z tym, co mówili. To maleńki minus, bo już chyba wolałabym, żeby mówili po niemiecku, niż kaleczyli angielski twardym akcentem.

      Ale zanim zacznę czepiać się samej konstrukcji filmu postaram się zarysować nieco fabułę. Film został oparty na książce autobiograficznej Nataschy Kampusch. Już samo nazwisko dużo mówi. Wszystko zakończyło się dobre 7 lat temu, a wciąż kręci się wokół sprawy wiele kontrowersji. Zdecydowałam się recenzować film, więc omówię najpierw to, jak cała sytuacja była przedstawiona na ekranie. „3096 Dni” opowiada o życiu Nataschy w zamknięciu przez 8 lat, po tym jak została porawana jako dziesięcioletnia dziewczynka. Jej porywaczem był niepozorny, nieśmiały technik Wolfgang. Właściwie fabuła nie jest szczególnie rozbudowana. Ot, porwał, a ona przez 2 godziny filmu próbuje uciec. W rzeczywistości film wzbudza ogromną ilość emocji. Kolejne sceny pokazują w jak bestialski sposób Wolgang traktował Nataschę mimo, że podobno chciał zrobić z niej żonę idealną. Do łez doprowadził mnie monolog Amelii Pidgeon, która zagrała młodą Nataschę. Nie potrafię opisać tego słowami, po prostu trzeba zobaczyć tę scenę.

 

     W scenach, gdy Natascha była już trochę starsza, grała ją Antonia Campbell-Hughes. Przyznam, w filmie wyglądała okropnie. Zapadnięte policzki, kości wystają na każdym milimetrze ciała. Typowa anorektyczka. Antonia specjalnie odchudzała się bardziej niż drastycznie, twierdząc, że ”musi cierpieć tak samo jak Natascha”. Jak twierdzi, jej zdrowie było uważnie kontrolowane, a poza tym, to była jedyna rola, do której tak cierpiała. Film został wyreżyserowany przez Sherry Horman, która może pochwalić się filmami takimi jak „Kwiat pustyni”. Scenariusz filmu jak już wspomniałam, nadal wzbudza spore kontrowersje. Wynika to z tego, że wersja Nataschy jest dość rozbieżna z zeznaniami jej ojca i świadków. Dziewczyna utrzymuje, że była wykorzystywana, bita, więziona, co zostało przedstawione w filmie i książce. Z kolei jej ojciec i inni świadkowie twierdzą, że Natascha nie była przetrzymywana ani wbrew woli, ani przez jednego człowieka. Inna sprawa – w filmie, po ucieczce Nataschy Wolfgang popełnia samobójstwo, a tymczasem śledztwo po śmierci prawdziwego porywacza wskazywało na coś zupełnie innego.

      Lubię w filmach, to że kiedy je oglądam tworzą w mojej głowie jakiś obraz, a potem mogę przegrzebać informacje w internecie i to co widziałam na ekranie staje się jedną wielką zagadką. Które fragmenty były prawdziwe? Niestety nigdy nie mogę dowiedzieć się, co jest prawdą, a co koloryzacją na rzecz wyciskacza łez. Wokół produkcji kręci się wiele ciekawostek, jak to, że Natascha stała się sztandarowym przykładem syndromu sztokholmskiego, który nawet chciano przechrzcić na syndrom Nataschy Kampusch. Polega on na tym, że ofiara napaści pomaga swojemu oprawcy. Rzeczywiście. Mimo zastraszania, głodzenia i bicia, mimo wielkiej niechęci do porywacza, potrafiła z nim tańczyć, cieszyć się posiłkami z nim. To właśnie najbardziej uderzyło mnie w tym filmie. Na samym początku wspomniałam, że dla Wolfganga Natascha poniekąd była pracą. Starał się uczynić z niej kobietę idealną. Taką, która z nim będzie, nie wyśmieje go za uczucia, choć nigdy nawet nie powiedział jej, że ją kocha. A kochał, mówił, że chce się z nią ożenić. Głodził ją tylko dlatego, żeby nie miała wystarczająco dużo siły, aby mu się sprzeciwić. Brzydził się jej kobiecości, głodówka więc miała też hamować jej rozwój, sprawić, że Natascha straci miesiączkę. To wszystko ubrane w smutne, ciemne sceny po prostu mną wstrząsnęło. Jej kilkukrotne próby ucieczki również poruszyły moje serce, a scena finałowa spowodowała, że w sekundę zalałam się łzami. Wiecznie przestraszona, zgarbiona, naprawdę wychudzona dziewczyna desperacko rządna wolności.

 

     Szczerze mówiąc, ten film mnie nawiedza. Przez pierwsze parę nocy po obejrzeniu biłam się z myślami, chcąc pewne sceny z „3096 dni” wyrzucić z umysłu. Nie mogłam, naprawdę nie mogłam przestać myśleć o czymś innym. Od tygodnia chodzę przygnębiona, przez ten film, ale z całego serca polecam. Warto poświęcić nawet kilka dni dobrego nastroju na wartości, jakie można zaczerpnąć z tego filmu. Można na nowo docenić sam fakt bycia wolnym człowiekiem, bycia panem swojego losu. To szansa, aby ujrzeć jak młoda, inteligentna dziewczynka zmaga się z problemami, jakich my prawdopodobnie nie potrafimy nawet sobie wyobrazić. Cóż, nie ma co się dłużej nad tym wszystkim rozprawiać. Dziś może trochę po łebkach, ale w tym tygodniu gorzko poznaję, że szkoła policealna to nie taka prosta sprawa, jak się wszystkim wydaje. Mimo sporej ilości nauki szykującej się na przyszły tydzień, wrócę z sobotę z czymś naprawdę ciekawym. Postaram się. Tymczasem dziękuję za uwagę, zapraszam za tydzień i pozdrawiam. :)

PS. Polecam też wywiad z Nataschą Kampusch w programie „Rozmowy w Toku”: http://www.kinomaniak.tv/seriale/rozmowy-w-toku/s1e2178

„Nasze życie nie należy do nas. Jesteśmy połączeni z przeszłością i teraźniejszością innych ludzi. Każdą zbrodnią i aktem dobroci tworzymy własną przyszłość.”

                Dzisiaj pragnę zaprezentować film, który pewnie część z was już widziała. Film, o którym było bardzo głośno i który dwubiegunowo podzielił krytyków. W polskich kinach można było obejrzeć go ubiegłej jesieni. Nie mogłam go wtedy zobaczyć, a bardzo teraz tego żałuję. Chociaż w odbiorcy wywołać może on zupełnie skrajne uczucia, bilet do kina na Atlas Chmur zdecydowanie nie byłby wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Dlatego dzisiaj pragnę przedstawić czytelnikom najnowsze dzieło rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera.

                 Chciałam obejrzeć Atlas Chmur, ale nie byłam przekonana. Wiedziałam, że jest on dziełem Wachowskich, a mówiąc szczerze Matrix nie należy do moich ulubionych filmów. Szukałam więc opisów fabuły, nigdzie nie mogąc ich znaleźć. Rzeczywiście dość trudno jest odpowiedzieć na proste pytanie „o czym jest Atlas Chmur?”. Ten film to próba zobrazowania jak bardzo powtarzalne i schematyczne są dzieje ludzkości. Przeczytałam nawet gdzieś, że film ten pokazuje, że historia nie tylko się powtarza, ale też łączy ludzi zamieszkujących ziemię w różnych czasach i miejscach. Atlas Chmur przedstawia sześć historii połączonych ze sobą w pewien sposób mimo, że każda z nich ma miejsce w innej epoce i zupełnie innym zakątku świata, każda z nich okazuje się też być czytana lub obserwowana przez bohatera innej, każda zawiera dokument, film lub obyczaj, który pojawia się również w poprzedniej. Omówię je po krótce w kolejności chronologicznej. Najwcześniejsza ma miejsce na Oceanie Spokojnym w 1849 roku. Wtedy Adam Ewing, młody prawnik z San Francisco miał podpisać umowę dla swojego teścia. O podróży, swojej chorobie i przyjaźni z niewolnikiem pisze w pamiętniku. Pamiętnik ten w 1936 odnajduje kompozytor Robert Frobisher, czyta go z wielką pasją w przerwach we współpracy z wielkim muzykiem brytyjskim Vyvyanem Ayrsem. Biseksualny Robert uciekł z domu w Cambridge do Edynburga, by zaistnieć w świecie muzyki. W wolnych chwilach tworzy największe dzieło swojego życia – sekstet zatytułowany Atlas Chmur i swoje trudne chwile opisuje w listach do kochanka Sixmitha, którego opuścił w Cambridge. Listy Frobishera czyta w latach siedemdziesiątych 20. Wieku dziennikarka Luisa Rey. Ma ona szansę poznać starego już Sixmitha, który został ekspertem od technologii nuklearnej. W swoim domu w San Francisco opisuje w książce „Half-Lives” wydarzenia dotyczące poufnych informacji od Sixmitha na temat utajnienia danych dotyczących niebezpieczeństw związanych z nowym reaktorem jądrowym. Z kolei w 2012 roku w Wielkiej Brytanii wydawca Timothy Cavendish zmaga się z trudnościami finansowymi. Jednak Dermott Hoggins, gangster, którego książkę wydał, morduje jednego z nieprzychylnych krytyków. W ten sposób pieniądze z książki idą na konto Cavendisha, ale wiążą się z tym problemy gangsterskie, a to wszystko opisane zostaje w filmie. Scena z tego filmu staje inspiracją do rebelii Yoony-939, jednej z fabrykantek w Neo Seoulu w 2144 roku. Pokazuje ona swojej przyjaciółce Sonmi-451 świat poza restauracją, w której pracują. Wkrótce Sonmi-451 zostaje skazana na egzekucję i w czasie przesłuchania opowiada swoje życie i to, jak poznała swoją miłość. W świecie poapokaliptycznym Sonmi-451 jest traktowana jako bóstwo, bo przed śmiercią zostawiła nagranie przedstawiające sześć katechizmów i mówiące co jest dobre, a co złe. W tymże świecie datowanym na 106 zim po upadku, który można rozumieć jako rok około 2321, członek plemienia o imieniu Zachariasz jest prześladowany przez złego ducha zwanego Old Georgie. Duch ten jest symbolem jego wyrzutów sumienia, ponieważ Zachariasz nie pomógł swojemu szwagrowi w czasie ataku plemienia kanibali Kona. Do Zachariasza przyjeżdża Meronym, jedna z ostatnich potomków rozwiniętej technologicznie cywilizacji, aby prosić go o pomoc. Niedługo po tym mężczyzna dowiaduje się prawdy o żywocie swojej bogini Sonmi-451, a wszystkie historie są kontynuowane w przeciwnej kolejności tak, aby odbiorca poznał prawdę i zakończenie każdej z nich.

                 Wszystko zaczęło się, gdy Lana Wachowski na planie filmu „V jak Vendetta” zobaczyła Natalie Portman pochłoniętą pewną książką. Była to powieść Davida Mitchella opowiadająca sześć historii z różnych epok nakładających się na siebie. Po zachwytach Natalie, Lana nabrała ogromnej obsesji na punkcie powieści i postanowiła razem z bratem zekranizować to, co tak często nazywane było niemożliwym do zobrazowania. Krytycy obawiali się wyniku pracy Wachowskich, szczególnie kiedy autorzy tak modernistycznych, amerykańskich filmów science-fiction połączyli siły z europejczykiem Tomem Tykwerem, spod ręki którego wyszły filmy takie jak Pachnidło. Przystosowywanie Atlasu Chmur do ekranizacji postawiło reżyerów przez  wieloma wyzwaniami od tych praktycznych (jak zobrazować dwiewiętnastowieczną Polinezję, na tyle przekonująco jak Koreę w dwudziestymdrugim wieku, czy to jak sprawić aby Halle Berry wyglądała na białą kobietę) do metafizycznych (jak przenieść na ekran wspaniałość koncepcji „wszystko jest połączone”). Ale problem nie polegał tylko na pokazaniu fantasmorogicznej wyobraźni Mitchella. Jednym z najciekawszych wyzwań przed jakimi stanęli twórcy było odnalezienie w słowach powieści muzyki, która niewątpliwie gra główną rolę. W międzyhistorycznym Atlasie Chmur, młody kompozytor Robert Frobisher zmaga się by ukończyć swoje dzieło. W książce, na bazie której powstał film David Mitchell wykorzystuje mnóstwo słów opisując muzykę Frobishera, więc ekipa do tworzenia filmowej wersji kompozycji, spotkała się z niecodziennym zadaniem. Mówiąc o Atlasie Chmur nie mogę pominąć wielu ciekawostek, które się z nim łączą. Najwięcej podobieństw między poszczególnymi historiami powstało poprzez wielokrotne używanie rekwizytów. Na przykład guziki zbierane przez bohatera granego przez Hanksa w dwiewiętnastym wieku pojawiają się wokół jego szyi podczas sceny ustawionej w 22 wieku, a wzór ubrania pewnej osoby z San Francisco w latach siedemdziesiątych jest ponownie użyty jako tapeta w 2144 roku w Neo-Seoulu. Szósta fabuła posiada swój unikalny dialekt. Dla opowieści z odległej przyszłości Mitchell stworzył formę języka angielskiego o uproszczonej morfologii i składni. Reżyserowie wiernie przełożyli tę formę do filmu. A natychmiast po premierze filmu grupa Media Action Network dla amerykanów azjatyckich (MANAA) skrytykowała film za użycie tak zwanego makijażu ‚yellowface’ w celu umożliwienia nieazjatyckim aktorom odtworzyć azjatów w historii w Neo-Seoulu.

                 Teraz czas na osobistą analizę składowych filmu. Zacznę od muzyki, bo ona jest tu najważniejsza, a zarazem najbliższa mojemu sercu. Znalazłam tę kompozycję, która służy jako filmowa wersja Atlasu Chmur na sekstet. Podaję tu link:

. Muszę przyznać, że jest to niesamowicie urzekająca melodia, rozpoczynająca się tak lekko, niosąca za sobą kulminację wielu emocji. Nie wiadomo kiedy, nabiera dynamiki i odpowiedniej głębi. Moim zdaniem jest to coś pięknego. Mam ochotę słuchać tej melodii non stop. Aktorzy, o których grzech nie wspomnieć, stanęli przed niecodziennym wyzwaniem, niektórzy bowiem grali nawet po sześć ról. A trzeba też powiedzieć, że producenci zaangażowali do filmu samych świetnych aktorów. Tom Hanks i Halle Berry, sławy, których obecnością chwalono się chyba najbardziej, mi osobiście nie zaimponowały. Jim Boardbent i Hugo Weaving z Matrixa, to nimi powinni się chwalić, to dwie najbardziej rozpoznawalne twarze. Dalej wymienię Jima Sturgessa, którego uwielbiam. Kiedy zobaczyłam go w tym filmie nie mogłam skoncentrować się na całości, tak jakbym oglądała Atlas Chmur tylko dla niego. Zupełnie zauroczył mnie w filmie Jeden Dzień. Bae Doona, koreańska aktorka i modelka, która wcieliła się m.in. w rolę Sonmi-451. Nie znałam jej wcześniej, więc nie mam porównania, ale to pozwoliło spojrzeć na jej pracę bardziej obiektywnie niż na pracę Jima. Kobieta zagrała naprawdę dobrze, choć nie zachwyciła mnie na tyle, żeby czuć potrzebę obejrzenia każdego filmu z jej udziałem. Taką potrzebę obudził we mnie Ben Whishaw. Nie trawię filmów o Jamesie Bondzie, ale dla samego Bena chyba będę musiała obejrzeć Skyfall. Już czaję się na Pachnidło, tylko dlatego, że główną rolę gra tam Ben. Wspomnę jeszcze o Jamesie D’Arcym i Hugh Grant’cie. Jamesa nie znałam, ale jego twarz po obejrzeniu film utknęła mi w głowie, miał w sobie coś, co sprawiło, że go zapamiętałam. Hugh z kolei, mimo, że jest świetnym aktorem, zupełnie bez boleśnie mógłby zostać zastąpiony kimś innym. Może dlatego, że postacie, które grał nie były szczególnie pierwszorzędowe. Nie mam pojęcia. Poznałam go, wiedziałam, że to ten Hugh Grant, ale na tym się skończyło, chyba mnie do siebie nie przekonał. Recenzja wyszła mi dość długa, więc jeszcze tylko szybciutko omówię kostiumy. Mam wrażenie, że kostiumy i scenografia grają w tym filmie pierwsze skrzypce. Atlas Chmur powstawał z ogromnym rozmachem, ale jak to u Wachowskich, większość budżetu została poświęcona temu, co (przynajmniej moim zdaniem) jest najmniej ważne. Rozumiem, że musieli. Musieli, bo jak inaczej zaprezentować sceny z dziewiętnastego, czy dwudziestegotrzeciego wieku? Ale tak jak w Perfect Sense, który niedawno omawiałam, ogromnym plusem był ten pozorny brak jakiegokolwiek przygotowania w temacie scenografii, kostiumów, czy charakteryzacji, tu jest to trochę przesadzone. Jedynie sceny z dziewiętnastego wieku nie rażą tą obskurną charakteryzacją typową dla filmów z ręki Wachowskich. Ale z racji na tematykę filmu jestem skłonna to przetrawić.

                 Lubię filmy, które trzeba oglądać dwa razy, żeby w całości zrozumieć historię. Atlas Chmur zrobił na mnie spore, zdecydowanie pozytywne wrażenie. Polecam film tym, którzy go jeszcze nie widzieli, ale nie z racji na jakiekolwiek przesłania, bo trudno się go doszukiwać, a raczej ze względu na ogromne, ciekawe widowisko. Dla mnie dużo lepszy film powstałby z przedstawienia historii samego Frobishera, to on jest tu dla mnie głównym bohaterem. Ale jak zawsze opinie każdy wyrobi sobie sam. Na dzisiaj już wystarczy, uciekam szukać kolejnych inspiracji, tym razem przydałoby się napisać o książce, prawda? Przekonamy się w przyszłą sobotę.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu. :)

„I gdyby ktokolwiek mógłby ich zobaczyć, zobaczył by najzwyklejszych kochanków.”

Perfect Sense

Tym razem biorę na warsztat film, o którym poruszyło się sporo dyskusji. Nie ukrywam, że na mnie zrobił ogromne wrażenie, choć ma w sobie nie mały procent z filmów katastroficznych, których nie znoszę. Stephen Holden z New York Timesa określił go jako „ceremonialną opowieść science-fiction w scenerii współczesnego Glasgow, której głębszy sens jest podtrzymywany przez enigmatyczne, pseudo-biblijne refleksje niewidzianego narratora”. Z kolei Mark Holcomb w magazynie Village Voice stwierdził, że film „pięknie uchwyca bolesny i sprzeczny z intuicją strach przed tym, że ‚dni, takie jakimi je znamy, świat, jakim wyobrażamy sobie świat’ stopniowo blednie”. Dzisiaj zgadzam się z obiema opiniami, chociaż przyznam, że kiedy obejrzałam „Ostatnią miłość na Ziemi” byłam całkowicie oczarowana.

„Oczarowana” to może złe słowo. Byłam poruszona. Ten film nie uwodzi, on zaraża swoim przekazem, odbija w ludzkiej pamięci obraz końca świata taki, jaki osobiście uważam za najbardziej możliwy. Dodam jeszcze, że film nazywać będę oryginalnym tytułem, czyli „Perfect Sense”, bo jestem kompletnie zażenowana kolejną kiepską translacją.

„Perfect Sense” zadebiutował na festiwalu Sundance w 2011 roku. Grzebałam sporo w Internecie i byłam naprawdę zaszokowana, że nie zdobył tam ani jednej nagrody. Udało mi się jedynie znaleźć informacje, jakoby film był jednym z najbardziej przedyskutowanych na tym festiwalu. Ale reżyser David Mackenzie nie ma się czego wstydzić – pracę jego i wielu innych osób doceniło jury festiwalu w Edynburgu. Wtedy film otrzymał nagrodę za najlepszy brytyjski film roku.

Opiszę pokrótce tematykę filmu. Byłby on najzwyklejszym, zupełnie banalnym romansem, gdyby nie wplątana w niego wizja końca ludzkości. Bohaterów poznajemy na krótko przed ich spotkaniem. Susan jest epidemiologiem, nieszczęśliwą kobietą, której kolejny związek właśnie się zakończył. Kiedy przez okno zapala papierosa, z podwórka o zapalniczkę prosi ją szef kuchni pracujący w restauracji obok – Michael. Właśnie po ich pierwszym spotkaniu powoli Europę opanowuje epidemia niewiadomego pochodzenia. Na jej skutek ludzie zaczynają tracić zmysły. Zaczyna się od ataków niekontrolowanego płaczu, potem utrata węchu i smaku. Wkrótce epidemia rozprzestrzenia się na cały świat.

Profesjonalni krytycy filmowi może wiedzą trochę lepiej, ale starając się podkreślić pozytywy muszę wspomnieć jeszcze o samym scenariuszu. O ile cała reszta to w sumie kwestia gustu, o tyle co do scenariusza wszyscy powinni się zgodzić, że jest niebanalny, intrygujący i bardzo ciekawie zrealizowany. W filmie jest wiele nietuzinkowych scen, które dzięki temu, że są dobrze zagrane wyrażają niesamowite emocje. Przykładami taki scen, które wyjątkowo zapadły mi w pamięć to m.in. jedzenie mydła po utracie smaku, czy sam atak nieposkromionego apetytu gdzie ludzie jedli dosłownie wszystko np. kwiaty, żywe zwierzęta lub pili olej prosto z ogromnej butli. Z takich mniej brutalnych scen muszę wspomnieć uroczy pocałunek przez maski ochronne czy rozmowę Susan z Michaelem w łóżku, gdzie leżąc obok siebie ich twarze nakładały się idealnie jedna na drugą tworząc jedność.

Reklamą filmu są trzy wielkie osoby: wspomniany wcześniej reżyser David Mackenzie oraz odtwórcy głównych ról: Ewan McGregor i Eva Green. David, autor m.in. „Młodego Adama”, „Amerykańskiego Ciacha”, czy „Obłąkanej miłości”, stworzył razem z resztą ekipy kawałek naprawdę intrygującego, wciągającego, klimatycznego kina. Scenografia czy kostiumy grają incognito. W „Perfect Sense” to bardzo proste, niepozorne efekty. To właśnie mnie zaintrygowało – sceny wyglądają tak, jakby dosłownie reżyser wziął dwóch, trzech aktorów i bez jakiegokolwiek przygotowania ich nagrywał. Cóż, gdyby tak było, film na pewno odznaczyłby się niechlujnością, chaosem, a tak nie jest. Mogę powiedzieć, że jest naprawdę angielsko – pochmurno, deszczowo. Cała kompozycja nie jest szczególnie innowacyjna, ale przez to sprawia trudności w przekazie. Podobały mi się też wmontowane w film zdjęcia. W pracy ekipy filmowej pochwalę jeszcze jedną grupę, ludzi zajmujących się muzyką. Klawiszowo-smyczkowy soundtrack do filmu jest po prostu nie-sa-mo-wi-ty. Tajemniczy, nastrojowy, pobudzający wyobraźnię. Naprawdę przejmujący kawałek, jestem nim w zupełności zauroczona. Pozwolę sobie umieścić tu link:

Jeśli chodzi o aktorów, to w sumie zaangażowano ich niewielu, pewnie dałoby się policzyć ich na palcach obu rąk. Nie podobał mi się pan McGregor, zupełnie mdły, niewyraźny. Gdyby go kimś zastąpić na pewno postać zrobiłaby na mnie większe wrażenie. W całym filmie znalazłam tylko jeden moment z udziałem Ewana, który mi się podobał. Była to scena, w której jego postać – Michael – wpadł w furię. Tu wielkie brawa, panie  McGregor. Ekspresja niesamowita. Poza tą sceną, cały film ukradła mu Eva Green. Nie znałam jej wcześniej, ale w tym przypadku jest niezastąpiona. Grała naprawdę przekonująco. Świetnie dopasowała się do szarej rzeczywistości prezentowanej w filmie. Poza tym, jej głos idealnie pasował mi jako narrator. Można spierać się co do słów, jakie wypowiada jako narrator, ale trzeba przyznać, że jeśli reżyser uparł się na swój pomysł – dokonał właściwego wyboru. Wcześniej wspomniałam już o krytycznych słowa pana Holdena z New York Timesa. Może refleksje narratora są pseudo-biblijne, może rzeczywiście trochę zbyt patetyczne i ciężkie, ale moim zdaniem całkiem nieźle komponują się do reszty.

Film „Perfect Sense” jest naprawdę godny polecenia. Wybrałam go na dziś głównie dlatego, że jak mało który, ten właśnie wyjątkowo zmienia postrzeganie świata. To jeden z najbardziej interesujących i przemyślanych filmów, jaki widziałam w ciągu ostatnich kilku lat.  Ocenę zostawiam do wystawienia we własnym zakresie, choć z mojej recenzji powinien być dostrzegalny jak najbardziej pozytywny wniosek. Dziękuję za chwilę poświęconego czasu, czekam na opinie i lecę szykować coś pasjonującego na następny tydzień.