“All that is countless moments last of countless thoughts.”

     Odkrywanie muzyki ma coś wspólnego z zakochiwaniem się, poszukiwaniem drugiej połówki. Nie można nigdy się spodziewać, jakie emocje wzbudzi w nas dany album, a ten dobry najczęściej pojawia się nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd. Dodatkowo, kiedy się już pojawi, umysł i serce nie chcą słuchać niczego innego. Od jakiegoś czasu jest tylko jeden album, o którym chciałabym napisać. Na przełomie 2013/2014 wydanych było kilka płyt, na które czekałam. Kilka z nich mnie zawiodło, bo długo na nie czekałam z myślą, że będą po prostu niesamowite, a nie są. Płytę którą dziś przedstawiam zaczęłam słuchać z dozą sceptyzmu, bardzo bojąc się kolejnego rozczarowania. Na całe szczęście tym razem jestem naprawdę zadowolona z pracy jednego z moich ulubionych zespołów grających rocka alternatywnego. Dlatego cieszę się, że mogę dziś ją pokazać, mimo, że album zespołu Warpaint o tej samej nazwie, ukazuje się dopiero w poniedziałek.

 

     Zespół Warpaint został założony 14 lutego 2004 roku przez Theresę Wayman and Emily Kokal, wkrótce potem dołączyły do niego siostry Shannyn Sossamon jako perkusistka i Jenny Lee Lindberg grająca na gitarze basowej. Shannyn występowała z zespołem do roku 2008, a rok później zastąpiła ją Stella Mozgawa. Do tej pory dyskografia zespołu jest dość mała, panie dorobiły się EP-ki w 2007 roku i debiutanckiego albumu „The Fool” dwa lata później. Teraz jesteśmy świadkami publikacji drugiego pełnego wydawnictwa. Oficjalna premiera albumu jest zaplanowana na 20 stycznia, ale już teraz można przesłuchać jej w internecie (dokładniej, tu: http://www.npr.org/2014/01/12/261054457/first-listen-warpaint-warpaint) Styl zespołu bywa porównywany z twórcami takimi jak Cocteau Twins, Joni Mitchell, czy Siouxsie and the Banshees. Jeśli musiałabym jakoś skategoryzować gatunek muzyki granej przez Warpaint na pewno posłużyłabym się nazwami takimi jak rock alternatywny, psychodeliczny, eksperymentalny art-rock, indie czy łagodny shoegaze. Na całe szczęście, nie muszę. Moim zdaniem dziewczyny czerpią inspirację z wielu gatunków, zarówno tych spokojnych, melancholijnych jak również z takich pobudzających do tańca.

     Album „Warpaint” zaczyna się obiecującym „Intro”. To utwór krótki i głównie instrumentalny, prosty rytm wystukiwany na perkusji otoczony różnego rodzaju komputerowymi dodatkami. Nic specjalnego. Motyw z intro jest kontynuowany w drugim utworze „Keep It Healthy”. Ale dziś opiszę płytę trochę inaczej. Nie będę po kolei rozpracowywać poszczególnych piosenek. Spróbuję je trochę pogrupować. Ogólnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że wszystkie utwory na płycie „Warpaint” mają w sobie dozę senności. Przyznam jednak, że tylko niektóre porywają naprawdę. Najlepszym przykładem jest „Disco//very”. Od pierwszego przesłuchania zakotwicza się w umyśle i każe do siebie wracać. Myślę, że jest genialny do słuchania na żywo. Właśnie takie utwory przekonują mnie do pójścia na występ Warpaint. Niestety nie wszystkie kawałki są tak ciekawe. „Go In”, czy „Son” da się słuchać zaledwie przez dwadzieścia pierwszych sekund. Jak dla mnie to już trochę za duża dawka psychodeliczności. Taka kompletna depresja, cóż, może wrócę do nich, kiedy będę miała gorszy humor. Teraz może przejdę do „Love Is To Die”, który promuje album już od jakiegoś czasu. Jest to utwór naprawdę ciekawy, jedyne co mnie odrzuca to moment, w którym Theresa przechodzi ze zwrotki na refren. Ta jedna krótka chwila, w której wydaje mi się, że linia wokalu została dość mocno zachwiana. Takie przykre miałczenie, które nie powinno mieć miejsca. To stanowczo niszczy moje podejście do utworu, a w sumie nie jest on tak kiepski – przeciwnie, jest bardzo dobry, innowacyjny i naprawdę ciekawy. Następny utwór „Hi”, jak również późniejsze „Teese”, trochę przypominają mi twórczość zespołu Portishead. Mają w sobie podobny charakter trip-hopwy, melodię basową wwiercającą się głęboko w umysł. Ale myślę, że jednym z najbardziej intrygujących utworów jest „CC”. Wkracza on szybko po poprzedniku swoim mrocznym, ciężkim charakterem. Ten kawałek to chaos, trochę jak soundtrack z dobrego dreszczowca. Nie wysuwa się tak śmiało jak „Disco//very”, które w sumie nudzi się po 300 przesłuchaniach w ciągu dnia. „CC” trochę leży w cieniu innych piosenek, ale myślę, że jest równie dobry. Takim pozytywnym skokiem złapię jeszcze „Feeling Right” i „Drive”, a „Biggy” zostawię na koniec. „Feeling Right” od razu jest ciekawym, skocznym kawałkiem, w całej swojej długości jest niezmiennie pobudza głowę do kołysania, palce rąk do klepania w stół, stopy do postukiwania podłogi. „Drive” jednak jest jednym z tych zwanych przeze mnie rozwojowymi. Mówiąc tak mam na myśli muzykę, która w czasie zmienia się w coraz silniejszą, jakby energia kumulowała się w niej i pod koniec wybuchała w jednym niemożliwie dobrym punkcie. No i zostało „Biggy”. Zauroczyło mnie swoją orientalnością, sporym potencjałem scenicznym. Jest w niej coś takiego, co nie pozwala o sobie zapomnieć. To trochę tak, jakbym była zahipnotyzowana – nie wiem dlaczego, ale nie chcę słuchać niczego innego.

 

                Muzyka i zakochanie mają jeszcze jedną wspólną cechę – oba te zjawiska kończą się równie niespodziewanie. Przykre jest, że do tego samego utworu i uczucia różne osoby mogą podejść inaczej. Muzyka jednak ma taką przewagę, że zawsze można ją sobie ponownie odtworzyć. Znowu kończę wpis przesadnie filozoficznym stwierdzeniem. Dziękuję serdecznie czytelnikom, którzy wytrwali aż do końca, zapraszam za tydzień i jak zwykle życzę miłego weekendu. :)

A.P.

 

„Jutro może być równie odległe jak wieczność. Albo równie bliskie.”

     Ktoś kiedyś powiedział, że zasady są po to, aby je łamać. Mówi się też, że od każdej reguły jest wyjątek. Ja raczej uważałam te stwierdzenia za dość bzdurne, traktowałam bardziej jako słaby tekst, kiedy komuś braknie argumentów w dyskusji. Dziś, może trochę wychodząc na hipokrytkę, w szeregu dość nowych albumów i filmów chciałabym umieścić powieść dwa razy starszą ode mnie. Kolejna pozycja wygrzebana z maminej półki. Od moich maleńkich lat straszyła mnie okładką o tak intensywnej czerni, jakiej mój dziecięcy mózg nie umiał zignorować. Mogę śmiało powiedzieć, że intrygowała mnie od zawsze i cieszę się, że wreszcie zdecydowałam się ją przeczytać. Sądziłam, że nie przepadam za kryminałami, ale zdecydowanie zbyt pochodnie podjęłam tę decyzję. Zapraszam do tajemniczego świata w nie najnowszej, ale godnej uwagi powieści „Gdzie przykazań brak dziesięciu” z pod pióra Joe Alexa.

     „Joe Alex” to pseudonim polskiego, zmarłego w 1998, pisarza Macieja Słomczyńskiego, autora wielu powieści, w sporej części kryminałów. Przyznaję się bez bicia – „Gdzie przykazań brak dziesięciu” to pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, więc nie mogę za bardzo odnosić się do poprzednich czy następnych, ale jeszcze wszystko przede mną. Postaram się jednak wspomnieć tu parę informacji wygrzebanych w internecie lub usłyszanych kiedyś od mojej mamy – fanki Joe Alexa. Książka po raz pierwszy została wydana w roku 1968, czyli równe dwadzieścia pięć lat przed moim urodzeniem. Przy tworzeniu tytułu powieści autor nie po raz pierwszy i nie ostatni użył fragmentu jednego z wersów wiersza zagranicznego poety. Tym razem tytuł pochodzi z wiersza Rudyarda Kiplinga „Mandalay”, który Słomczyński przełożył na język polski.

 „Płynąć chcę na wschód, za Suez, gdzie jest dobrem każde zło,
Gdzie przykazań brak dziesięciu i pić można, aż po dno.
Bo świątynny dzwon przyzywa i tam tylko być już chcę -
Przed pagodą starą w Moulmein, tam gdzie morza senny brzeg.”

     I mimo, że (jak już się przyznałam) to była pierwsza przeczytana przeze mnie książka Joe Alexa, bardzo wyraźnie dostrzegam niesamowicie specyficzny styl pisania. Jeśli mogę, pozwolę go sobie nazwać rozwojowym, głównie przez sposób przebiegu akcji. Czytając naprawdę dobrze czuć  powoli zbliżający się punkt kulminacyjny. Dodatkowo przez sporą część czyta się tę powieść jakby był to pamiętnik. Oczywiście nie może nim być – narracja bowiem nie jest prowadzona w pierwszej osobie, ale sądzę, że można odnieść takie wrażenie, ponieważ autor nazywa głównego bohatera swoim imieniem i nazwiskiem. Co ciekawe, podobno każdą książkę autor rozpoczyna zdaniem, w którym zawiera swoje imię. Książki jego tworzą cykl, w każdej występują ci sami bohaterowie uczestniczący w coraz to różnych zagadkach. Jest to Joe Alex właśnie, jego ukochana Karolina Beacon i przyjaciel – pracownik Scotland Yardu – Ben Parker.

     W powieści „Gdzie przykazań brak dziesięciu” akcja rozpoczyna się, gdy Karolina przedstawia swojemu partnerowi list, w którym dziadek zaprasza ją do posiadłości Mandalay House i uparcie nalega, aby pojawiła się wraz z Joe Alexem. Jej dziadkiem jest sir John Somerville, emerytowany generał, szanowany znawca rzeźby Indii. Po ich przybyciu na miejsce Joe dowiaduje się w rozmowie osobistym sługą Somerville’a – starym Birmańczykiem Chandą, że generał otrzymywał z Londynu listy z groźbami i próbami wyłudzeń. Dlatego Sir John zaprosił znanego detektywa do posiadłości na parę dni. Alex poznaje generała, ale ten rozumiejąc jego zmęczenie podróżą, umawia się na rozmowę na następny dzień. W tym czasie Joe poznaje gości Somerville’a pracujących przy wytwórstwie, obróbce, czy klasyfikacji starych, indyjskich rzeźb. Są to William Cowley, James Jowett, Meryl Perry oraz Amerykanin profesor Snider wraz z córką Dorothy. Joe dowiaduje się od współpracującego z nim Bena, że listy były pisane przez niejakiego Plumketta, który rzekomo żądał od generała sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie. Plumkett po otrzymaniu odpowiedniej kwoty gwarantował zachować dla siebie informację, że rzeźba Buddy z Moulmein, której posiadaniem Somerville się głośno chwalił, została z Birmy skradziona. Szantażysta ma pojawić się w Mandalay House w celu odebrania siedemdziesięciu pięciu tysięcy dolarów, jakiś czas przed umówionym spotkaniem generała z Alexem. Wtedy Joe prosi Bena i jego podwładnego Hicks’a o pomoc w obserwacji posiadłości. Jednak mimo to, przed umówionym terminem przybycia Plumketta goście Mandalay House znajdują generała martwego. Joe próbuje zrozumieć, kto i jak zamordował sir Johna praktycznie na jego oczach i rozpoczyna śledztwo. Ponieważ teren był obserwowany, Joe i Ben mogą być pewni, że morderca należy do grupy gości generała, z której nie mogą wykluczyć ukochanej Alexa – Karoliny.

     Fabuła jest może jest nieco bardziej skomplikowana. Jestem świadoma, że pominęłam parę drobnych faktów, ale starałam się opisać ją w sposób jak najbardziej zrozumiały i dodatkowo nie ujawniać bardziej pikantnych szczegółów. Jako kompletny żółtodziób w zakresie kryminałów powiem, że wszystko wydarzyło się tak, jak to zawsze sobie wyobrażałam. Chociaż czytając obiecywałam sobie, że nie będę próbować odgadnąć, kto był mordercą, ale po prostu się nie dało. Duży plus za to, że wyjawienie tej tajemnicy naprawdę było zaskoczeniem. Obstawiałam parę osób, ale nigdy nie spodziewałabym się takiego przebiegu akcji, jaki został wyjaśniony na końcu powieści. Co jeszcze chciałam podkreślić to fakt, że nic nie wydało mi się nienaturalne, nic nie było przesłodzone. Może to, co napiszę to mały spoiler, ale nie było żadnej sceny rodem z przygód Sherlock’a Holmes’a, gdzie detektyw zbiera wszystkich razem w jednym pokoju i przy wszystkich dementuje spekulacje na temat zbrodni. To by mnie trochę rozczarowało. Przyznam, „Gdzie przykazań brak dziesięciu” nie okazała się jedną z tych książek, po przeczytaniu której zupełnie nie wiem, co robić ze swoim życiem. Nie pochłonęła mnie na tyle, żeby przeczytać ją w dwa dni kompletnie zapominając o własnych sprawach. Mimo wszystko mogę jednak stwierdzić, że czytało się ją całkiem przyjemnie i już zdążyłam z tej maminej półki podebrać kolejną powieść Joe Alexa.

     Wniosek jest prosty, warto czasem zainteresować się tym, co czytali nasi rodzice. Taki eksperyment nie należał u mnie do pierwszych i muszę przyznać, że jestem dumna, że moi rodzice interesują się tak ciekawymi sprawami. Tato zaraził mnie „Beatlesami” i „Pink Floydami”, dziś wychodzi na to, że mama przekazała mi ciekawość do zagadek kryminalnych. Jeśli ktoś jeszcze do tej pory doczytał, to naprawdę szczerze dziękuję, to sporo dla mnie znaczy. Zaskoczona tym, jak łatwo i przyjemnie mi się w tym tygodniu pisało zapraszam do lektury w przyszłą sobotę i życzę ciepłego, słonecznego weekendu.