„Greeting cards have all been sent, the Christmas rush is through, but I still have one wish to make, a special one for you.”

    Przyszedł taki czas, że nie da się zaprzeczyć faktom – do świąt zostało tylko kilka dni. Wszystkie mamy stoją w kuchniach, wszystkie lodówki wypełnione smakołykami z niepisaną etykietką „to na święta”, wszystkie kąty wysprzątane do białości. Śnieg nawet trochę popadał! Święta pełną parą, prawda? A co jeśli ktoś tego Bożego Narodzenia nie czuje? Biegnę z pomocą! Dzisiaj pragnę zaprezentować dwanaście utworów świątecznych, wybranych przeze mnie jako najlepsze. Nie znajdziecie tu oklepanych rytmów „All I Want For Christmas Is You”, ani wywołującego zażenowanie „Last Christmas”. Ja i moja niechęć, do wszystkiego, co popularne wybrałyśmy dużo ciekawszy zestaw.

http://www.youtube.com/watch?v=uhH5jPq5mVQ

    Zacznijmy od Michaela Buble i jego wersji znanego utworu „It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas”. Powinnam pewnie pochwalić cały jego świąteczny album wydany w 2011 roku, bo w sumie cała płyta jest godna przesłuchania w święta. Mimo to, zdecydowałam się na tylko na ten jeden utwór. Moim zdaniem jest najbardziej klimatyczny. W całej reszcie jakoś tak trochę przeszkadza mi nienaturalne brzmienie głosu Michaela. Ale „It’s Beginning To Look A lot Like Christmas” w jego wykonaniu jest chyba jednym z lepszych. Chyba tylko Frank Sinatra go przebija, ale do tego wrócimy.

    Kolejny utwór to piękne, kokieteryjne „Santa Baby” śpiewane przez Earthę Kitt. Ta piosenka nie jest wyjątkowa i podobnie jak wiele innych angielskojęzycznych piosenek o tym temacie ma naprawdę sporą ilość coverów (jeśli mogę to tak nazwać). Bardzo wyraźnie jest tu zarysowany jazzowy klimat, który wprost ubóstwiam w tych wszystkich utworach. Wybrałam wersję pani Kitt właśnie dla podkreślenia tego pięknego jazzowego charakteru. Taka piękna zabawa muzyką. To przypomina mi, że muzyka nie jest po to, żeby kłócić się nad przynależnością do gatunku czy „prawdziwości” któregokolwiek z nich. Muzyka jest rozrywką.

     Podobną zabawę i prostotę mamy w utworze „Sliver Bells” wykonanego przez zespół She & Him. Duet ten musiał się znaleźć w wybranej przeze mnie dwunastce, ponieważ jestem nim ostatnio kompletnie zauroczona. Ciepły, choć trochę krótki utworek oparty na prostej melodii granej na banjo naprawdę uroczo brzmi wzbogacony głosem aktorki (i jak niedawno odkryłam, wokalistki) Zooey Deschanel. To wykonanie wybrałam głównie ze względu na jego dość nietypową lekkość i przekonanie, że tak piękny utwór nie potrzebuje szczególnej otoczki. Tylko Zooey i banjo.

     Teraz czas na trochę większą podróż w czasie. „I’ll Be Home For Christmas” znalazło się w dorobku Connie Francis za sprawą albumu Christmas In My Heart wydanego aż 54 lata temu. Jak na muzykę to kawałek czasu, prawda? Jeśli chodzi o utwory świąteczne to uważam, że te starsze są znacznie piękniejsze od nagrywanych obecnie. Brak im jakiejkolwiek sztuczności, a w święta powinno się cenić taką niezastąpioną czystość i naturalność. Poza tym, do utworu „I’ll Be Home For Christmas” mam spory sentyment z racji tego, że zawsze jesteśmy w tak szalonym biegu. A na święta każdy – gdzie by nie był, jakiej rodziny by nie miał – wraca do domu. Ten utwór podkreśla wagę posiadania rodziny, przynajmniej w mojej głowie układa sprawy tak, że to rodzina staje się najważniejsza. A czy nie takie właśnie nastawienie powinniśmy mieć w Boże Narodzenie?

     Teraz trochę poczujemy się trochę lżej dzięki piosence, którą mogłabym śpiewać w każdej minucie świąt. Oczywiście nie potrafię sztandarowego dla mnie „Let It Snow” zaśpiewać tak nisko jak niezawodny Dean Martin. Mój nieprofesjonalny, damski głosik nie oddaje uroku tej piosenki, a mimo to uwielbiam go nucić w każdym możliwym momencie. Nie wyobrażam sobie świąt bez tego utworu. Jest tak lekka, prosta i nienachalna. Szczerze mówiąc, jest chwilą odetchnienia od tego świątecznego zamieszania przypominającego niemal przepych barokowy – wszędzie ciężkie potrawy, pełne brzuchy, nawet Mikołaj jest gruby! A tu Dean Martin śpiewa do nas „ …the fire is slowly dying, and my dear, we’re still goodbye’ing, but as long as you’d love me so – let it snow”. Od razu lżej, prawda?

    Następny utwór również wzbudza we mnie ogromną chęć śpiewania. To jedna z piękniejszych pozycji na albumie A Very Merry Perri Christmas, czyli „Something About December”. Koniecznie trzeba słuchać oglądając klip. Sceny z dzieciństwa Christiny Perri dosłownie ogrzewają mnie od środka. Christina jest dla mnie naprawdę niesamowitą wokalistką, bo swoim dość potężnym głosem potrafi wyśpiewać tak delikatny utwór jak ten. Taka piosenka na święta to czysta sielanka. Znowu, podobnie jak przy Michaelu Buble, polecam przesłuchać całą płytę. Oprócz tego utworu znajdziecie tam parę równie pięknie wyśpiewanych coverów, m.in. „Happy X-Mas (War Is Over)” beatlesów.

     Ale jak już pisałam, najpiękniejsze są te starsze, jazzowe piosenki. Dlatego teraz wspomnę o królowej jazzu – Elli Fitzgerald. Zdecydowałam się na żartobliwy utwór „Rudolf, The Red-Nosed Reindeer”. Przyznam, że kojarzy mi się on z czasami podstawówki. Zawsze w okresie przedświątecznym śpiewaliśmy na lekcjach angielskiego między innymi ten utwór. Głównie dlatego dalej mam taki sentyment i lubię do niego w święta wracać. A „Rudolfa” w wykonaniu Elli Fitzgerald można słuchać w tym okresie na okrągło.

     Teraz moment szczytowy mojego subiektywizmu. Mój prezent świąteczny, czyli ulubiona wokalistka śpiewająca ulubiony utwór z dzisiejszego tematu. „Have Yourself A Merry Very Christmas” doczekało się naprawdę wielu wersji i muszę przyznać, że każda z nich wyróżnia. Jednak dopiero gdy wzięła się za to Katie Melua, prawdziwie pokochałam ten utwór. To właśnie jej czysty, ciepły wokal nadaje piosence tę delikatność, której nie mogłam znaleźć w wykonaniu nawet Franka Sinatry. Wydaje mi się, że wykonania innych artystów są jakieś takie za płaskie lub wręcz przeciwnie, za bardzo urozmaicone. Katie jest moją osobistą mistrzynią, między innymi za tę piosenkę.

    Może jednak przejdziemy do czegoś weselszego? A skoro już tak uparłam się tego Sinatry, to będzie Sinatra. Frank i jeden z najbardziej znanych utworów świątecznych – „Jingle Bells”. Nie cierpię tych wszystkich chomikowo-wiewiórczych, sztucznie brzmiących wersji „Jingle Bells”. Stare dobre wykonanie z uroczym literowaniem tytułu to wszystko, czego mi potrzeba. Prosta wersja, pięknie słyszalne różne instrumenty, dobry chór i miły głos Franka Sinatry. Czego chcieć więcej?

   Zaraz znowu się rozczulę, bo będzie niesamowity, romantyczny utwór. Oryginalne wykonanie „Merry Christmas, Darling”. Będąc szczera, ten piękny kawałek zespołu The Carpenters poznałam dzięki wspomnianej już płycie Christiny Perri. Mimo to, jestem równie zauroczona oryginałem i doszłam do wniosku, że to on powinien znaleźć się w świątecznej dwunastce. Dla mnie to taka dużo prawdziwsza, dużo subtelniejsza i bardziej nastrojowa wersja dobrze wszystkim znanego „All I Want For Christmas Is You”. Tekst jest przepiękny, a zarazem niesamowicie prosty. Do tego wszystkiego jeszcze solówka na saksofonie. Genialny utwór, naprawdę polecam komuś, kto w święta tęskni za swoją lepszą połową.

     Ale żeby nam się nie zrobiło za smutno, przerzućmy się na Brendę Lee i „Rockin’ Around The Christmas Tree”. Kojarzycie ten utwór ze sztandarowego „Kevina”? Była taka scena w pierwszej części przygód chłopca, kiedy zrobił udawaną imprezę z kartonowym Michaelem Jordanem jeżdżącym po zabawkowych torach. Już jako dziecko zastanawiałam się co to za fajny kawałek Kevin włączył na tej swojej imprezie. Naprawdę lubię ten utwór. Podobnie jak „Let It Snow” jest to piosenka, którą nucę dosłownie w każdym momencie przygotowań do świąt.

     Na koniec znowu urocza Zooey Deschanel wraz z kolegą Josephem Gordon-Levittem w utworze Elli Fitzgerald „What Are You Doing New Year’s Eve?”. Podoba mi się taki zaczepny, słodki, trochę nawet bajkowy charakter tej piosenki. Są takie utwory, które budują we mnie nieodparte wrażenie, że cokolwiek by się złego nie działo – liczy się tylko melodia i tekst, tylko właśnie ta piosenka. I choćby świat miał mi runąć na głowę, muszę skończyć ją śpiewać, pięknie do końca wyciągnąć ostatni dźwięk. To tak piękna sielanka, która pozwala w bardzo prosty sposób zapomnieć o wszystkich problemach.

       Cóż, to już koniec. Przedstawiłam już część moich ulubionych utworów na święta. Dziś w ramach zakończenia chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom wesołych świąt. Życzę wam również, żebyście te wolnych kilka dni spędzili w miłej, rodzinnej atmosferze pełnej ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Zapraszam za tydzień na ostatni wpis…

 …w tym roku. :)

A.P.

„Play on, till the sailing ships from heaven come along”

     O czym mogłabym napisać niecały tydzień po premierze nowej płyty mojej ulubionej artystki? Miało być w końcu trochę mocniej i głośniej, ale znowu będzie pełno melancholii. W sumie dobrze się składa, bo wydaje mi się, że płyta dzisiaj omawiana jest idealna na pogodę taką, jaka ostatnio gości u nas za oknem. Nie będę zbędnie owijać w bawełnę, przejdę do melodyjnej, oceanicznej przygody ze świeżo wydanym krążkiem Katie Melua pt.: „Ketevan”.

     Jak mówi sama Katie, płyta jest pewnego rodzaju spoglądaniem w przeszłość, przypominaniem sobie gruzińskich korzeni, a także małym kroczkiem wstecz do pisania tekstów. Przyznaje w którymś z wywiadów, że niechętnie tworzy własne teksty, ujawnia swoje emocje, choć mimo wszystko, na każdej z poprzednich płyt było kilka jej autorskich tekstów. Wiem od znajomych i z własnego doświadczenia, że wbrew wszystkiemu to właśnie piosenki napisane w całości przez Katie cieszą się największą aprobatą. Ona jednak woli śpiewać teksty autorstwa swoich współpracowników i coverować znane utwory (niedawno złapała się za „Diamond Are Forever” i wyszło jej to świetnie). Ten album, szósty z kolei, jest właśnie pierwszym wydawnictwem Katie bez coverów. Dodatkowo płyta została wydana 16 września, czyli w dniu jej 29. urodzin i jednocześnie w 10. rocznicę działalności estradowej. Całość tych informacji pięknie podkreśla tytuł krążka – „Ketevan”, czyli jej pełne gruzińskie imię. Urodzona w Kutaisi, drugim pod względem wielkości mieście w Gruzji artystka, uczyła się w Brit School południowej części Londynu zanim zaczęła śpiewać dla brytyjskiego niezależnego wydawnictwa – Dramatico. Po dziesięciu latach może cieszyć się wielką popularnością w wielu krajach Europy, głównie we Francji i Niemczech. Polska widownia też bardzo ceni sobie twórczość pięknej brytyjki, na przykład tak jak ja – zasilając grono jej oficjalnego polskiego  fanklubu.

      Płycie nie można odmówić melancholii, z której jest znana Katie. Jest niemal wysycona idealną głębią, perfekcyjnym dźwiękiem, a przede wszystkim cudownym wyborem instrumentów. Do tego pięknego świata dźwięków wprowadza utwór „Never Felt Less Like Dancing”. Podobno pomysł na tę piosenkę wziął się z Twittera. Jej autor, Mike Batt, odnalazł takie stwierdzenie wśród wpisów swoich znajomych, stwierdził, że fraza świetnie nadaje się na tytuł piosenki i zaczął pisać. Miał rację. Nie tylko tytuł, cała piosenka jest piękna. Przede wszystkim jest to niesamowicie poruszający, melodyjny utwór. Bardzo prosta konstrukcja instrumentalna plus genialny tekst ubrany z niezawodny głos Katie. O ile fani nie przepadają podobno za utworami autorstwa Mike’a, tu – moim zdaniem –należy zdjąć czapki z głów. Jedna z moich ulubionych piosenek na tej płycie. Mogłabym zachwycać się dalej, ale czas przejść do następnej pozycji. Jest nią „Sailing Ships From Heaven”, której fragment figuruje w tytule notki. Po raz kolejny piosenka Batta. Tej nie będę zachwalać tak, jak poprzedniczkę. Zwrotka tu jakoś tak dziwnie przypomina mi utwory z lat osiemdziesiątych. Z drugiej zaś strony, to dwulinijkowe wtrącenie, które logicznie myśląc powinnam nazwać refrenem, naprawdę zapada w ucho. Przyznam, całość mnie nie powaliła, ale te śmieszne dwie linijki tekstu śpiewałam przez cztery dni non-stop. Instrumentalnie utwór dość rozbudowany, cieszy mnie to, bo to nie najczęstsza sprawa u pani M. Kolejna piosenka, czyli „Love Is A Silent Thief” mnie niesamowicie intryguje. Podobnie jak refren poprzedniej, tak tu całości po prostu nie jestem w stanie usunąć z głowy. Co chwilę śpiewam „Love is a language without and alphabet”. Muszę wspomnieć o tym, co uwielbiam w tekstach Katie, bo tu właśnie mamy przykład takiego. To wiersz. Piękny, intrygujący, niebanalny wiersz. Naprawdę, mogę zrozumieć, że ktoś nie przepada za muzyką Katie, ale zapoznać się z jej tekstami takimi jak ten, to obowiązek każdego, kto interesuje się poezją. Dodatkowo piosenka jako całość ma u mnie duży plus, bo nie jest właśnie takim typowym „Meluowym” smęceniem. Nie przedłużam, bo jak tak dalej pójdzie to ta notka będzie miała 10 tysięcy słów. Na czwartej pozycji mamy „Shiver And Shake”. Zapomniałam wspomnieć, ale w teaserze płyty Katie mówi o tym, że „Ketevan” zawiera dość nietypowe dla niej klimaty. W „Shiver And Shake” jest gitara elektryczna! Brawo! Coś pięknego. Piosenka z pazurem. Nie jest to rock, nie jest to nic ostrego, ale pozwolę sobie nazwać tę piosenkę mniej grzeczną niż spodziewalibyśmy się po Katie. Cięższą, a za razem nie tak rzewną. Może brakuje mi tu takiej swoistej poezji, finezji, ale cenię niecodzienny charakter tego utworu. Takiego Katie w swojej dyskografii jeszcze nie ma. A teraz wracamy do typowych klimatów. Kolejny utwór – „The Love I’m Frightened Of” opowiada o tym, jak to czasem nam w miłości nie wychodzi. Moim zdaniem jest… poprawny. Nie mogę powiedzieć złego słowa, nic tu nie dzieje się źle, ale mam wrażenie, że słyszałam już kiedyś tę piosenkę. Nie zachwyca, ale też nie jest zła, a Katie mimo wszystko to dla mnie nie święta krowa – ma też piosenki słabe. Tak jak ta, która jest następna. W „Where Does The Ocean Go?” nie słyszę nic ciekawego w tekście, głos Katie brzmi jakoś staro i dość nieprzyjemnie, może poza refrenem. Niestety słychać sporą różnicę w jakości zwrotek i refrenu. Instrumenty też nie popisują się szczególną brawurą. Po prostu nie czuję nic porywającego. Wiem, dlaczego tak jest. To oczywiście w ramach szybkiej anegdotki. Podoba mi się jedynie refren, bo napisała go Katie, a zwrotki ten jej manager, Mike Batt. Ale trzeba przyznać, że akustycznie jest całkiem w porządku. Mike pisze jednak piosenki bardzo specyficzne. Znając na pamięć większość utworów śpiewanych przez Katie, jestem w stanie powiedzieć z prawie stuprocentową poprawnością, kto z tych dwojga jest autorem. W tekście następnej piosenki, czyli „Idiot School” wyraźnie czuję pióro Batta. Tu, podobnie jak przy „Never Felt Less Like Dancing”, mu się upiekło. Z tym, że tam pełno było „Meluowej” melancholii, a tu równie miłego humoru. Czytałam gdzieś, że podobno nasza piękna gruzinka nie chce muzyki traktować zbyt poważnie, lubi się czasem nią pobawić. I tu przykład właśnie takiej humorystycznej pioseneczki okraszonej ciekawie dźwiękami banjo. Ogólnie rzecz biorąc „Idiot School” opowiada o żalu do siebie, kiedy popełniło się błąd odrzucając kogoś, kto okazał się sercu ważniejszy niż się wydawał: „I threw away a jewel, I must have been to idiot school”. Dalej mamy jakieś drobne nieporozumienie w stylu wesołego country – „Mad, Mad Men”. Katie brzmi tu jak dwunastoletnia dziewczynka. Aż mnie uszy bolą. Naprawdę nie wiem, co mi tu nie gra. W sumie, utwór wykonany ze sporym rozmachem, ale może to mi zupełnie subiektywnie nie podchodzi taka forma muzyki. Idziemy dalej, bo już takich nieporozumień nie będzie. Zostały nam trzy piękne utwory. Pierwszy z nich to uroczy walczyk „Chase Me” rodem z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Kiedy słucham tego utworu wyobrażam sobie pewną, trochę w sumie chorą scenkę. Kiedyś może się wreszcie będę wydawać za mąż. Widzę tysiąc par tańczących pięknie, żadnych podpitych wujków, same dostojni panowie wirujący z pannami, które chwalą się swoimi długimi, eleganckimi sukniami, a gdzieś tam, na drugim końcu sali mój świeżo poślubiony mężczyzna. Patrzymy tak na siebie, ciesząc się udanym balem, on się do mnie szarmancko uśmiecha i słucha jak śpiewam „Chase me, I’ll be your everything, the light of spring, I’ll shine like tear drop.” Wszyscy zagubieni w pięknym walcu, a my trwamy wiecznie w tej minucie. Cóż, wspominałam, że jestem niezrównoważona? Oj, po prostu cierpię na nieuleczalny romantyzm. Wracając do muzyki, dla mnie „Chase Me” jest piosenką idealną, której tak bardzo brakowało mi po „Where Does The Ocean Go?”. Dalej utwór „I Never Fall”, którego czysta, nieskomplikowana melodia zaczarowała mój umysł i nawet zasypiając słyszę te delikatne uderzenia w klawisze fortepianu. Uwielbiam wyrafinowany styl retro tej piosenki. Utwór jest wypełniony po brzegi nieskalaną, niczym niezmąconą melancholią, która (przy najmniej mnie) wbija w fotel, zostawia zawieszoną bezwiednie z wzrokiem wbitym w deszczowy spacer przechodniów za oknem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu, gdy słyszę tę piosenkę bezwarunkowo zwijam się w kulkę, łapię kubek herbatki i patrzę jak pada deszcz. Ostatni kawałek na albumie jest za to bardzo ciekawy. To utwór, na który Mike Batt dostał zlecenie. Miał napisać piosenkę, którą Katie zaśpiewa podczas ceremonii urządzonej w rocznicę koronacji królowej Elżbiety. Przyznajmy szczerze, nie jest to proste zadanie. Jak napisać piosenkę odpowiednią na taką okazję, a za razem stosowną poza wydarzeniem? „I WIll Be There” jest jednak naprawdę wyjątkowym utworem. Bije z niego silny przekaz. To hołd dla niedawno zmarłej matki Mike’a. Piosenka jest takim, nie wiem czy mogę tak to nazwać, przytuleniem. Może bardziej pocieszeniem: „Remember, I’ll always care.” Tu fotka Katie z gali koronacyjnej.

      Tuż po wydaniu płyty spotkałam się z wieloma opiniami na jej temat. Jedni narzekają, że Katie nie tworzy już piosenek takich jak kiedyś i tęsknie wsłuchują się w jej dwie pierwsze płyty. Drudzy natomiast zarzucają biednej pani Melua, że cały czas podaje nam identycznie brzmiące piosenki, które nudzą się bez względu na to jak pięknie brzmią. I tak źle, i tak niedobrze. Postaram się, jako wierna fanka, a przede wszystkim jako obiektywna recenzentka, spróbować postawić się na miejscu artystki. Pozwolę sobie również przypomnieć, że Katie pochodzi z Gruzji. Tamtejsza muzyka opiera się głównie na jazzowo-bluesowych klimatach, nie wymagajmy więc aby dziewczyna tworzyła ciężki rock. Cenię w Katie to, że jest otwarta na wszelkie możliwości, co widać po jej nieco bardziej „kosmicznym” niż pozostałe albumie „The House”. Może rzeczywiście, nawet w moim odczuciu, nie wszystkie piosenki są idealne, ale nie zapominajmy, kto tu rozdaje karty. Muzyk tworzy muzykę tak, jak ją czuje, a Katie ma tak szerokie grono odbiorców, jak już wspomniałam głównie w Niemczech, że naprawdę może sobie pozwolić na dużo. Pewnie nawet gdyby zaczęła rapować, pół świata by temu przyklasnęło. Ja osobiście może nie, ale wszystko jest kwestią gustu.

     Na dzisiaj to już tyle. Serdecznie zapraszam do przesłuchania płyty Katie Melua. Jest naprawdę godna uwagi. Powinnam zaznaczyć, że w moim mniemaniu płyta nie może stanowić jakiegokolwiek tła. Trzeba po prostu usiąść i cieszyć się ciepłą, jesienną muzyką. W takiej sytuacji zostawiam czytelnika z czystym pięknem i zachęcam do osobistej oceny. Widzimy się za tydzień, ja już życzę miłego weekendu i zmykam.

     Pozdrawiam. :)