„Dobry chirurg wie, kiedy ciąć, ale tylko bardzo dobry chirurg wie, kiedy nie ciąć.”

     Czy marzenia się spełniają? Wielu bez zastanowienia powie, że tak. Cóż, ja nie jestem tego taka pewna. Czasem sami z biegiem czasu rezygnujemy z tych marzeń dochodząc do wniosku, że są szczególnie nieosiągalne, nieoczekiwanie katastrofalne w skutkach, lub po prostu głupie. Przyznam, miałam kiedyś pewne marzenie. Chciałam zostać neurochirurgiem. To marzenie okazało się spełniać wszystkie trzy wyżej wymienione podpunkty. Jest głupie, bo teraz już wiem, że jak bardzo fascynująca nie byłaby taka praca, po prostu nie wytrzymałabym tak ogromnej presji i odpowiedzialności. Jest katastrofalne w skutkach, bo moje pseudoartystyczne wynurzenia pewnie dość często odwodziłyby mnie od krojenia mózgu. Jest też szczególnie nieosiągalne z racji tego, że musiałabym przejść studia lekarskie, które są jednym wielkim wyścigiem szczurów, a to kompletnie nie dla mnie. Mimo to uwielbiam wszystko, co się z medycyną łączy. Dlatego też chciałabym zaprezentować książkę, którą przeczytałam w dwa wieczory. To niesamowicie wciągające dziełko to „Cięcie. Opowieść o chirurgii.” autorstwa Gabriel Weston.

 

     Gabriel Weston to brytyjska autorka dwóch powieści, nie jestem pewna, czy drugą z nich przetłumaczono na język polski. Pani Weston skończyła najpierw filologię angielską, po czym zafascynowana światem medycyny podjęła studia na kierunku lekarskim. Jak można przeczytać na tylnej części okładki, Gabriel jest córką dyplomaty sir Johna Westona. Swoją pierwszą powieść, o której dziś opowiadam, wydała w 2009 roku. Na polskie wydanie musieliśmy czekać jeszcze rok. Książkę czyta się zdumiewająco szybko. Może to moje ogromne zainteresowanie tematem, a może po prostu Gabriel Weston wykonała kawałek bardzo dobrej roboty, ale muszę powiedzieć, że mało którą powieść czytało mi się aż tak łatwo. „Cięcia” się nie czyta, „Cięcie” się pochłania ze zdumieniem, zaciekawieniem i ciekawością rosnącą z biegiem słów. Powiem też, że książka ta ma zaszczytne miano takiej, którą czytałam kilka razy i nadal mam ochotę ją czytać, każdy przyzna, że jest takich na ich półce raczej niewiele.

 

     „Direct Red: The Surgeon’s Story”, bo tak właśnie w oryginale nazywa się omawiana dziś książka, jest zbiorem czternastu krótkich opowiadań. Autorka przedstawia te aspekty życia lekarzy, które chyba nigdzie indziej nie były jeszcze przedstawione. Pełno teraz tych wszystkich medycznych seriali i książek, nie będę udawać, że znam je wszystkie. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że „Cięcie” znacznie wyróżnia się spośród swojego tematycznego sąsiedztwa. Brytyjka ukazuje swoje zachowania i emocje takie jakimi były, nie próbuje wokół zawodu chirurga robić zbędnej otoczki heroizmu. Bardzo szczerze opisuje, jak często lekarze tracą miano osób ratujących życie na rzecz bycia zwykłym człowiekiem. Nie boi się mówić wprost o fakcie, że lekarze nieraz podejmują dane decyzje z powodów tak błahych jak pośpiech, niechęć czy lenistwo. Z drugiej jednak strony, książka w bardzo intrygujący sposób przedstawia sytuacje, w których lekarz spoufala się z pacjentem. Może inaczej, książka pokazuje te nieliczne sytuacje, kiedy lekarz rzeczywiście interesuje się losem pacjenta. Może jest to trochę naiwne podejście do życia, ale lubię myśleć, że lekarzom rzeczywiście zależy na tym, aby jego pacjentom żyło się jak najlepiej. Stąd zaciekawienie tą książką. Gabriel Weston ukazuje lekarzy jako zwykłych ludzi. Przynajmniej w moich oczach udało jej się trochę uczłowieczyć lekarzy.

     Muszę przyznać, że każda z tych historii mnie niesamowicie poruszyła. Przykładem może być opis przeżyć autorki, kiedy po roku zajęć w prosektorium cała grupa studentów została zaproszona na pogrzeb ludzi, który zgodzili się po śmierci oddać swoje ciało nauce. Fakt, że to ciało które kroiła bestialsko we wszystkich kierunkach nie było już ciałem numer szesnaście, a miało normalne nazwisko i imię.  Innym, równie dobrym przykładem jest poruszające opowiadanie „Hierarchia”, w którym została przedstawiona sytuacja poza szpitalem, kiedy rozpoczynająca studia medyczne Gabriel, pochwaliła się tym faktem swoim znajomym. Parę chwil później w barze, w którym siedzieli zdarzył się wypadek, w wyniku którego pewien mężczyzna umierał na oczach wszystkich. Autorkę poproszono o pomoc, przecież chwaliła się, że studiuje medycynę! Wtedy dość brutalnie nauczyła się o odpowiedzialności, jaką niesie za sobą to miano, bo kompletnie nie wiedziała, jak ma mu pomóc. Chciałabym też podkreślić inne sytuacje, które zapadły mi w pamięci. Są to m.in. rozpoczynający się poród piętnastolatki będącej w dwunastym miesiącu ciąży, planowanie obustronnej mastektomii u młodej kobiety, której życiem włada jej brat i walka o to, aby jej nietypowa prośba została spełniona, czy obserwowanie, jak dwudziestoparoletni mężczyzna, pozornie zdrowy przybywa do szpitala i zaledwie w ciągu tygodnia tajemnicza choroba zmienia go nie do poznania, a lekarka musi przekazać mu, że zostało mu jeszcze tylko kilka dni życia.

     To już koniec małej przygody z chirurgią. Gorąco polecam „Cięcie”, to kawałek naprawdę dobrej lektury. W ramach krótkiego zakończenia chciałabym jednak sprostować pewną sprawę. Na początku napisałam, że nie jestem pewna, czy marzenia się spełniają po czym wymieniłam jak to moje bycie chirurgiem nie wypaliło. Otóż, miałam krótki, naprawdę krótki epizod, w którym czułam się jak światowej sławy chirurg. Proszę bardzo:

 

    Pięknie, prawda? Tak naprawdę była to kilkunastominutowa nauka zszywania chirurgicznego, ale jak dla mnie – wystarczy. To dowód na to, że marzenia się spełniają. W stopniu mniejszym lub większym, ale spełniają się zawsze. Zapraszam za tydzień i życzę pięknego, ciepłego weekendu. :)

„Łączyła ich nie tylko prawda; łączyła ich zbrodnia. Czyż nie popełniali wspólnie zbrodni?”

    Znajomi czytując mojego bloga radzą czasem, żebym wreszcie opisała coś z większą dozą krytyki. Racja, przyznaję się bez bicia, że bardziej zachwalam tutaj to, co mi się podoba niż recenzuję cokolwiek. Cóż, profesjonalną recenzentką (jeszcze) nie jestem, a to co piszę na pewno daleko odbiega od definicji recenzji. Dodatkowo wychodzę z założenia, że lepiej po raz kolejny zachwalić książkę lub płytę, która na to zasługuje, niż „marnować” czas na opisywanie czegoś, co mi się nie podoba. Dziś będzie podobnie. Na książkę, którą dziś przedstawiam nie znajduję ani jednego złego słowa. Jest to jedno z nowszych dzieł jednego z moich ulubionych autorów. Dziś recenzja będzie tak samo nudna i pełna zachwytów. Z przyjemnością przedstawiam Trucicielkę E.E Schmitta.

   Zacznę od przedstawienia autora. Éric-Emmanuel Schmitt to francuski filozof, autor powieści, dramatów, eseista. Najwięcej sławy przyniosła mu rola twórcy teatralnego. Po sukcesach pierwszych dwóch sztuk teatralnych porzucił stanowisko wykładowcy filozofii na Uniwersytecie w Savoir, i został pisarzem pełnoetatowym. Jego książki tłumaczone są na wiele języków, on sam przetłumaczył Wesele Figara na język francuski. W 2001 roku przyznano mu nagrodę Grand Prix du Théâtre de l’Académie Française, a w roku 2010 Nagrodę Goncourtów w kategorii opowiadania, właśnie za Trucicielkę. Książka, nawet bez samego czytania, wzbudza we mnie wiele sentymentu. Była prezentem od przyjaciółek na moje osiemnaste urodziny. Parę rzeczy się od tego czasu pozmieniało, zmieniłam się niewątpliwie sama ja, ale wystarczy, że zerknę na grzbiet książki błyszczący mi wśród innych na półce i od razu zanurzam się we wspomnieniach. Piękne, beztroskie czasy liceum. Wracając jednak do sedna. Cała nazwa brzmi bodajże „Trucicielka i inne historie o namiętnościach”, ale tego dowiedziałam się dopiero poszukując o niej informacji w internecie. Jak już było wcześniej wspomniane, książka ta to zbiór czterech opowiadań. Każde z nich połączone jest za pomocą motywu obsesji, walki z emocjami. Dodatkowo, w każdym z czterech opowiadań wspomniana jest święta Rita, która przede wszystkim jest patronką spraw trudnych i beznadziejnych, jest też opiekunką wielu dzieł charytatywnych i bractw m.in. bractwa pod jej wezwaniem w Krakowie. Poza tym jak widać, jest inspiracją do powstania niejednej książki czy filmu.

    Pierwsze opowiadanie to właśnie Trucicielka. Przedstawia ono historię starej kobiety posądzonej niegdyś o zamordowanie swoich mężów. Z powodu braku dowodów Marie Maurestier została uniewinniona i przez ponad dwadzieścia lat żyła spokojnie w małym francuskim miasteczku. Jej spokój nie był jednak typowy. Mieszkańcy miasteczka nie wierzyli w jej niewinność, dzieci się jej bały, dorośli unikali. W sklepie nie musiała stać w kolejce do kasy, i klienci i sprzedawcy chcieli jak najszybciej pozbyć się jej z najbliższego otoczenia. Marie mimo swojej czarnej sławy codziennie chodziła na nabożeństwa do miejscowej kaplicy. Kiedy pojawił się w niej nowy ksiądz, najpierw traktowała go jako zło konieczne, dziwiła się, jak tak młody mężczyzna poradzi sobie w roli proboszcza. Z biegiem czasu bawiła się nim, cieszyła się, że wystarczy w czasie spowiedzi wyjawić parę słów o otruwaniu zmarłych mężów, a w myślach młodego księdza istnieje tylko ona. Zakończenia zdradzać nie zamierzam, ale tu autor niesamowicie ujął emocje Marie, dziwnego rodzaju związek między starą morderczynią i młodym księdzem. Związek, który proboszcza powoli wyniszczał, a pani Maurestier dawał wielką radość i spełnienie niemal erotyczne. Tu święta Rita pojawia się, kiedy ksiądz Gabriel opowiada Marie żywoty świętych. Zwraca właśnie uwagę na patronkę spraw beznadziejnych prosząc Marie, aby wyjawiła policji prawdę o śmierci mężów. Drugie opowiadanie nosi tytuł Powrót. Na początku poznajemy Grega pracującego na statku towarowym. Czytając można wywnioskować, że jest on typową siłą roboczą, jakby był zaprogramowany by pracować. Wielka masa, bez emocji, nadziei, tęsknoty za rodziną. Na samym początku opowiadania Greg zostaje wezwany przed kapitana, który otrzymał telegram z tragiczną wiadomością. Córka Grega nie żyje. Mężczyzna nie reaguje. Zupełnie bez emocji pyta tylko, która córka, ma przecież cztery. Niestety taka informacja nie jest podana w telegramie. Bez zastanowienia wraca do pracy. Zanim dopłyną do portu musi minąć jeszcze parę godzin. Greg dopiero przez te długie godziny myśli o Kate, Grace, Joan i Betty. Wspomina, jak nieczułym był dla nich ojcem. Zastanawia się także, śmierć której z córek najmniej by go zabolała. Myśli też o swojej żonie, o tym jaki ból musi przeżywać, jak cierpi, a jego nie ma w pobliżu, żeby jej pomóc. Święta Rita również pojawia się w jego przemyśleniach, nie mogę jednak dokładniej wyjawić w jakiej postaci. To zdradzałoby za dużą część historii. Trzecia historia nosi tytuł Koncert Pamięci Anioła. Całość zaczyna się na obozie dla muzyków. Młody pianista o imieniu Chris starał się zaistnieć na koncercie i choć przez chwilę być lepszym niż zachwalany przez wszystkich skrzypek Axel. Chłopak próbował ze wszystkich sił, męczyło go i drażniło ogólne zainteresowanie młodszym o rok wirtuozem. Z kolei Axel wcale nie prosił o sławę. Robił to, co lubił robić – grał na skrzypcach, a przy okazji chciał dobrze bawić się na obozie. Po koncercie, na którym Axel popisał się jak zwykle wspaniałą, wirtuozerską grą nastąpił wyścig. Muzycy mieli ścigać się po różnych terenach, m.in. mieli za zadanie przepłynąć pewien trudny odcinek. Chris cieszył się, kiedy tuż przed metą udało mu się wyprzedzić Axla. Spokojnie płynął do brzegu kiedy zauważył, że jego kolega się topi. Nie pomógł mu, nie jest przecież tak naiwny. Wygrał wyścig i poszedł do swojego pokoju. Rano wyjechał do domu we Francji, wiedząc, że jakaś kobieta w Sydney oczekuje na powrót swojego syna. Męczony wyrzutami sumienia zmienił się. Chris po dwudziestu latach był zupełnie innym człowiekiem. Pomagał niepełnosprawnym, pracował w ośrodku dla trudnej młodzieży. W końcu spotkał się z tajemniczym, żądnym zemsty wytwórcą dewocjonaliów z wizerunkiem świętej Rity. Bohaterami ostatniej już historii Elizejska Miłość jest para prezydencka Francji. Catherine i Henri Morel w prasie są przedstawiani jako para idealna. Mają spory staż, poznali się jeszcze zanim Henri zajął się polityką. Kiedyś szalona, wyzwolona studentka na akademii sztuk pięknych, nonkorfomistka z zasadami, teraz skuta w kajdany tytułu jaki został jej przypisany z racji zawodu jej męża. Nie mogła pokazywać się publicznie w miejscach, które lubi, nie mogła nosić ubrań, które lubi. Była przecież pierwszą damą Francji. Po dwudziestu paru latach małżeństwa czuła się jak w klatce. Z wielką niechęcią do męża pomyślała o rozwodzie. Ale to tylko spowodowałoby wielki szum wokół jego osoby i mogło znacznie pomóc mu w wygraniu wyborów i przedłużeniu kadencji. Wcale nie zaszkodziłaby w ten sposób mężowi. Henriemu wcale też nie zależało na obecności żony. Od wielu lat ją zdradzał nie kryjąc tego szczególnie. Dlatego wyznała mu, że nie chce z nim żyć, ale nie zgodzi się na rozwód. Postanowiła uprzykrzać mu życie. Zaprzyjaźniła się z Charlesem, znanym paryskim antykwariuszem. Natychmiast zaczęły się plotki o ich rzekomym romansie. Potem zaczęły się dziwne wypadki takie jak uszkodzony hamulec w jej aucie. Okazało się, że Henri próbuje doprowadzić do jej śmierci. Potem jednak okazuje się, że Catherine jest poważnie chora. Kiedy przebywa w szpitalu Henri uświadamia sobie, że nie jest w stanie bez niej żyć, odradza się w nim uczucie do żony. Ta jednak po wielu zamachach na jej życie nie wierzy wcale w uczucia męża. Na jaw wychodzi diagnoza, Catherine jest świadoma swojego ciężkiego stanu, wie, że niedługo może umrzeć dając Henriemu wolność, której jej zdaniem mąż tak bardzo chce uzyskać. Przebywając w Domu Rity, specjalistycznej placówce medycznej, postanawia napisać książkę, w której ma zamiar opisać wszystkie, najbardziej upokarzające i zaskakujące wspomnienia po dwudziestuparu latach życia z prezydentem Morelem.

     Ale Schmitta okazuje się czytywałam już jako młoda nastolatka. Kiedy byłam w podstawówce lub w gimnazjum, hitem wśród wszystkich dziewczynek była powieść Oskar i Pani Róża. Już wtedy pan Schmitt zauroczył mnie kompletnie. To nie była książka fajna, jak inne w tamtych czasach wydawały mi się być. Była przejmująca i już wtedy wiedziałam, że muszę odnaleźć jej „siostry” i przeczytać zapewne od deski do deski w jeden wieczór. W twórczości Schmitta często powracają najważniejsze tematy egzystencjalne: sens istnienia, miłość, tęsknota, pragnienie. Jednak w tym, co pisze pan Eric zawsze czuć swojego rodzaju ciepło, nadzieję, pogodę ducha, bez względu na to, jak trudny jest temat wypowiedzi. Nie mogłam tego rozgryźć. Facet pisze o trucicielce uwodzącej proboszcza wyznaniem o morderstwach, jakim cudem mogę wyczuwać w tym jakiekolwiek ciepło? Wszystko wyjaśniło się po obejrzeniu paru wywiadów z autorem, czy chociażby poszukiwaniu jego zdjęć. To bardzo sympatyczny, zawsze uśmiechnięty człowiek. Być może jest to jedna z tajemnic jego wielkiej popularności. Schmitta polecam więc zawsze, na każdy humor, na każdą porę dnia i nocy. Dzisiaj kończę, po raz kolejny z wielkim problemem na co zdecydować się na za tydzień. Miło mi, że pojawiły się propozycje. Wszystko okaże się za tydzień.

Życzę miłego weekendu i pozdrawiam. :)

 

 

 

„Kiedy dziecko umaże się, jedząc krem czekoladowy, wszyscy się śmieją; kiedy zrobi to dziecko upośledzone, nie śmieje się nikt.”

   Pisanie recenzji zawsze przysparza mi ilość problemów odwrotnie proporcjonalną do ilości, której się spodziewam. Kiedy zabierałam się za Atlas Chmur, bałam się, że nie zdołam okiełznać tak obszernego tematu, tak ogromnego przedsięwzięcia i nadać mu formę tekstu o poczytnej długości. Dlatego tym razem zdecydowałam się przedstawić książkę, która na początku sprawia wrażenie bardzo prostej do opisania. Zadowolona zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu ciekawostek. I tak samo, jak płynne okazało się pisanie o Atlasie Chmur, tak głębokie i niewyczerpane okłady informacji wyjawiły się na temat dzisiejszej książki. Jest nią krótka, niepozorna powieść francuskiego humorysty Jean-Louis Fourniera, czyli „Tato, gdzie jedziemy?”.

   O autorze, przynajmniej w Polsce, nie jest zbyt głośno. Szczerze mówiąc, nigdy o nim nie słyszałam. Książkę udało mi się zdobyć zupełnie przez przypadek. Ot, potrzebowałam zeszytu, więc wybrałam się do księgarni. Trafiłam akurat do takiej, w której właściciele zorganizowali jakąś bardzo interesującą akcję. W małym pokoiku było pełno kartonów wypełnionych książkami do kupienia w cenach porażających swoją maleńkością. „Tato, gdzie jedziemy?” ma z tyłu napisane, że warta jest 24,90zł, a mi udało się zdobyć ją za bodajże 3-4 złote. Z księgarni wyszłam oczywiście bez zeszytu, ale z ciekawym planem na spędzenie wieczoru.

   Czytanie tej książki nie zajęło mi dużo czasu. To 174 strony zawierające króciusieńkie historie z życia Jean-Louis’a zmagającego się z chorobami swoich synów. Urodzili się w odstępie dwóch lat, obaj upośledzeni fizycznie i umysłowo. Jego próby by żyć, radzić sobie z Matthieu i Thomasem, stały się przedmiotem odważnej, ale poruszającej powieści. Najdłuższa ze składowych tej powieści mieści się na półtorej strony, co jest poniekąd irytujące, ale przecież nie sięgamy po książki, aby pozachwycać się formą zapisu. Po lekturze miałam mieszane uczucia. Z jednej strony współczułam autorowi jego ciężkiego życia, z drugiej też nie wiedziałam jak mam odebrać jego czarny humor, cynizm z jakim opisywał te wszystkie sytuacje. Autor opisuje życie z dwójką upośledzonych chłopców pozbawiając je jakichkolwiek banalnych emocji, a to wydaje się nieludzkie nawet osobom takim jak ja tzn. nieznającym ich z autopsji. Przeczytałam gdzieś opinię, jakoby książka stanowiła wsparcie dla rodziców dzieci takich jak Matthieu i Thomas, możliwość odetchnięcia, poczucia zrozumienia, lekcję tego, jak śmiać się z siebie i swojego losu. Z drugiej strony, ludziom niezetkniętym z sytuacją poniekąd otwiera oczy na ten odległy, równoległy wszechświat. Widzę to sama po sobie. Zawsze wyobrażam sobie, jak to wyszkolę swoje dzieci muzycznie, będę im kupować pierwsze płyty, coraz ambitniejsze książki. Każdy wyobraża sobie, że nauczy swoje dzieci tego, co dla niego najważniejsze. Nikt nie bierze pod uwagę tego, że dziecko może być upośledzone. Tak samo, nigdy nie brałam pod uwagę tego, że kiedy za parę lat będę miała już swoje maleństwo okaże się, że nie mam możliwości pokazać mu całego tego piękna, całej mądrości, nie będę mogła uczyć go wartości, bo ono, nawet gdy podrośnie, będzie tylko ślinić się obściskując szmacianą lalkę. Co jeszcze mogę przyznać ciekawego o tej książce to fakt, że mimo nutki przerażenia, jaką niesie ze sobą z racji na tematykę, jest niezwykle pogodna. Same propozycje okładki z różnych wydawnictw, zarówno polskich jak i zagranicznych wzbudzają we mnie pozytywne emocje.

   Powieść jest w dużej mierze autobiograficzna. Nie można jednak powiedzieć, że w stu procentach. Tu zacznę problem kontrowersji, jaką niesie za sobą ta książka. Otóż, jak już wspomniałam, nie wszystkim podobał się czarny dowcip autora. Spora część odbiorców była wręcz oburzona, jak ojciec może tak mówić o swoich dzieciach, w dodatku niepełnosprawnych psychicznie. Jak porządny człowiek może publicznie kpić ze swoich dzieci? Czego nie wiedziałam czytając tę książkę, matka chłopców nie podziela wrażeń Jean-Louis’a. Stworzyła bloga pt.: „Mamo, gdzie jedziemy?”, na którym opublikowała swoje zdanie na temat książki byłego męża. Jednak autor książki i jej wydawca podnieśli głos, jakoby tytuł bloga naruszał prawa autorskie, więc Agnes Brunet zmieniła tytuł na „Matka Matthieu i Thomasa”. Chcę pozostawić recenzji jej zamierzony temat, nie mam zamiaru też wdawać się w prywatne sprawy tego państwa, ale nie mogę pominąć zdania matki chłopców na temat powieści, dlatego pozwolę sobie zacytować kilka zdań:

“Jestem matką Matthieu i Thomasa, dwójki bohaterów książki cieszącej się powodzeniem, której nazwy nie mogę przytoczyć. (…) Korzystając z okazji, chciałabym poprawić fałszywy obraz moich synów, jaki odebrali czytelnicy. Jest on szczególnie obrażający, a książka przedstawia ich jako parę żałosnych, bezużytecznych kulek, które nie umieją stworzyć żadnego rodzaju prawdziwego związku. Ja nie tak to widziałam. Przez całe moje życie, próbowałam dowiadywać się jak edukować moich chłopców. Mogę przysiąc, że ich istnienie było dalekie od bezużyteczności. Odrzucam tę rozpaczliwą myśl, że okres jaki Matthieu i Thomas spędzili na tym świecie był przeznaczony na bezcelowe życie. Życie, którego jedynym celem jest pogrążenie ich ojca w smutku czy podsunięcie pomysłu na książkę, jak świetna by ona nie była.”

   Pani Brunet, muszę przyznać, zmieniła moje zdanie o książce. Dalej w paru podstronach swojej witryny wyjaśnia, że wcale nie porzuciła męża zostawiając go z synami. Jak pisałam, nie chce ingerować w życie prywatnego tego państwa, ale bez wątpienia widać, że mimo, iż Matthieu i Thomas już nie żyją, ich dramat nadal trwa, nadal rodzi wiele goryczy i sporów. Mama chłopców pokazała też parę ich zdjęć, aby pokazać, że nie byli oni tak bezbronni, jak przedstawia ich Fournier. Pozwoliłam sobie je tu pokazać. Chłopiec z jasnymi, kręconymi włosami to Thomas, a ten ciut dłuższymi i ciemnymi to Matthieu.

   I tu kończę tę niedługą opowieść o książce „Tato, gdzie jedziemy?”. Mimo kontrowersji i być może częściowego zatajenia prawdy, uważam, że każdy w miarę wrażliwy człowiek powinien przeczytać tę pozycję. Pomijając prawdziwe losy chłopców i ich rodziców, należy spędzić przy tej powieści jeden krótki wieczór, aby nauczyć się odrobiny dystansu i pokory, aby zauważyć, że z największymi problemami da się walczyć. Mam nadzieję, że kończymy dziś choć trochę optymistycznie. Odkładam książkę na półkę i zapraszam was wszystkich za tydzień.

Miłego weekendu, pozdrawiam. :)

„Czyż świadomość faktu, że Partia może wetknąć łapę w przeszłość i oznajmić, że jakieś wydarzenie n i g d y n i e m i a ł o m i e j s c a, nie jest bardziej przerażająca niż najgorsze tortury lub śmierć?”

Rok 1984

Długo zastanawiałam się, co powinno być tematem mojej pierwszej recenzji. Zadeklarowałam się, że będę pisać o różnych dziedzinach sztuki, choć w moim sercu zdecydowanie dominuje muzyka. Mimo to, postanowiłam ten zaszczyt oddać książce, która kompletnie zmieniła we mnie postrzeganie świata. Jest nią orwellowska antyutopia, czyli „Rok 1984”.

Tę książkę wypatrzyłam na maminej półce wśród Arcydzieł Literatury Współczesnej. Byłam (i jestem) świadoma, że są tam same najbardziej smakowite kąski, zaczęłam więc czytać opisy poszczególnych lektur. Nie znam się na polityce i szczerze mówiąc, byłam trochę zniechęcona po wyczytaniu, że „Rok 1984” to powieść polityczna. Coś mnie jednak zaintrygowało, sama nie wiem co dokładnie. Powieść tę powinien przeczytać każdy malkontent. Każdy Polak narzekający na państwo. Nie chcę wnikać tu w sprawy oczywiste, że nasz kraj ma wady, ma problemy, na pewno sporo mamy do zmiany. Jak już wyżej napisałam, nie znam się, a poza tym- nie o tym miałam pisać. Najpierw przeczytałam aneks, czyli Zasady Nowomowy. Pomyślałam (wybaczcie mi ówczesną ignorancję): „Wow, ale świetnie! A gdyby taki nowy język naprawdę wprowadzono?” Teraz wiem, że to było dwaplusbezdobre. Potem, znając już nowomowę, zwróciłam się na właściwą powieść. Kiedy zaczęłam ją czytać, dość często zdarzało mi się zaliczać siedmiogodzinne trasy pociągiem. Takie zamknięcie było idealnym rozwiązaniem, bo niestety nudzę się dość szybko i pewnie gdybym miała coś innego do roboty, nigdy nie poznałabym głębi „Roku 1984”. Przyznam szczerze, początek nudził mnie potwornie. Ot, kolejny starszy przykład fantastyki. Dzięki Bogu, byłam zamknięta w pociągu. Co niby miałam robić? Czytałam dalej, te „głupoty”. Czytałam, czytałam i nagle obudziłam się po skończeniu książki – 5 godzin później, zdziwiona, że powinnam zaraz wysiadać.

Gdybym w kilku słowach miała opowiedzieć, o czym jest „Rok 1984” pewnie ujęłabym to tak: to książka o tym, jak – na szczęście – nie jest. Jak dobrze, że mogę się rozpisać. Mimo, że powieść jest naprawdę genialna, chyba za bardzo wczułam się w ten świat i czytając ją czułam się nieszczęśliwa. Przeniosłam się do Londynu, dwadzieścia dziewięć wstecz. Świadoma faktu, że Orwell pisząc powieść w latach czterdziestych nie wiedział, że rzeczywisty 1984 rok będzie dużo spokojniejszy, zupełnie zatopiłam się w jego wizji. Świat rozwarstwiony społecznie, media jeszcze bardziej zakłamane niż można sobie wyobrazić. Władze właściwie mogły z sekundy na sekundę zamienić miejscami wroga i sojusznika, a każdy szaraczek, który śmie powiedzieć, że kiedykolwiek było inaczej zostaje ewaporowany. Ewaporacja – coś, czego boję się jak dziecko potworów spod łóżka, mimo, że mam już parę lat. To, co mnie najbardziej boli to fakt, jak bardzo ludzie bali się buntować. Zniknął człowiek –wczoraj był, a dziś go nie ma – a ludzie, pewnie z bezsilności, ze strachu, udają, że nigdy tego kogoś nie było, bez względu na to, czy to czyjś mąż, ojciec, przyjaciel. Kolejna sprawa, czyli inwigilacja i przerażający fakt, jak można do niej przywyknąć. Na porządku dziennym są wszechobecne „teleekrany”, wszędzie porozklejane plakaty Wielkiego Brata, kontrola przez władzę każdej myśli, każdego ruchu, każdego słowa. Dalej jeszcze można wymienić podporządkowanie władzy, niemożliwość posiadania własnego zdania, karanie za uczucia głębsze niż to do Wielkiego Brata.

Jeśli chodzi o sam przebieg zdarzeń, Orwell jest moim mistrzem. Jak zawsze przy czytaniu książki, w głowie kombinowałam jak może się cała historia skończyć. Przeważnie moja teoria była całkiem bliska rzeczywistemu zakończeniu, ale w tym przypadku było zupełnie inaczej. Powieść ta jest na tyle niebanalna, że właściwie z każdym rozdziałem zmieniałam tę swoją teorię, a i tak koniec był dla mnie, może nie tyle zaskoczeniem, a raczej faktem, którego starałam się nie brać pod uwagę. Koniec książki bardzo prosty, bardzo przewidywalny, ale nie ukrywam, że czytając byłam zła, że tak potoczyły się losy Winstona. Jako niepoprawna romantyczna oczekiwałam happy endu. Potem dopiero doszłam do wniosku, że gdyby książka skończyła się szczęśliwie, nie miała by takiego przekazu, jaki ma. Nie mówiłaby, że życie polega na wyciszaniu własnego zdania, ignorowaniu wszechobecnej bezsilności i na akceptowaniu coraz głupszych pomysłów partii, na przystosowywaniu się do szarego, bezmyślnego społeczeństwa.

Pozwolę sobie przejść teraz do stylu pana George’a Orwella. Cenię to, że język nie jest przesadnie kwiecisty. Owszem, zdarzają się zdania tak piękne jak to: „Zakurzone stoły złociły się w promieniach słońca wpadających ukośnie przez okno”, ale mogę powiedzieć, że całość jest napisana bardzo prostym językiem. Może w tym momencie jestem trochę wybredna, nie mogąc się zdecydować czy wolę język pełen metafor i poetycznych zawirowań, czy może suchy, zimny dokumentalizm. W moim odczuciu Orwell pisze, może nie przeciętnie, – napisać tak to byłby skandal – ale optymalnie. Może właśnie ta prostota w połączeniu z niepojętą fabułą jest powodem, dla którego książkę – kolokwialnie mówiąc – pochłania się. To właśnie połączenie sprawiło, że każde słowo powieści oślepia jasnością przekazu, uderza emocjami.

Oglądałam też film. Paru rzeczy mi zabrakło, książka zdecydowanie lepsza. Stosunek między filmem a książką nie różni się za bardzo od typowych. Jak zwykle, film jest dopełnieniem, które nie bije tak emocjami jak sama powieść. Może to trochę rozczarowujące dopełnienie, kiedy tak bardzo pokochało się książkę, a film jest jednym wielkim uogólnieniem.

„Rok 1984” polecam każdemu, kto lubi czasem zdjąć różowe okulary i przestać wmawiać sobie, że cokolwiek może osiągnąć. Prawda jest taka, że jesteśmy podporządkowani władzy, politycy mają zbyt duży wpływ na jakoś życia społeczeństwa. Taką właśnie wartość można wynieść z tej, dość przygnębiającej, ale genialnej powieści. Dziękuję tym, którzy dotrwali do końca. Przygotowana na żywą reakcję i ciekawe propozycje, zapraszam do lektury mojej kolejnej recenzji już za tydzień.

A.P.