„Play on, till the sailing ships from heaven come along”

     O czym mogłabym napisać niecały tydzień po premierze nowej płyty mojej ulubionej artystki? Miało być w końcu trochę mocniej i głośniej, ale znowu będzie pełno melancholii. W sumie dobrze się składa, bo wydaje mi się, że płyta dzisiaj omawiana jest idealna na pogodę taką, jaka ostatnio gości u nas za oknem. Nie będę zbędnie owijać w bawełnę, przejdę do melodyjnej, oceanicznej przygody ze świeżo wydanym krążkiem Katie Melua pt.: „Ketevan”.

     Jak mówi sama Katie, płyta jest pewnego rodzaju spoglądaniem w przeszłość, przypominaniem sobie gruzińskich korzeni, a także małym kroczkiem wstecz do pisania tekstów. Przyznaje w którymś z wywiadów, że niechętnie tworzy własne teksty, ujawnia swoje emocje, choć mimo wszystko, na każdej z poprzednich płyt było kilka jej autorskich tekstów. Wiem od znajomych i z własnego doświadczenia, że wbrew wszystkiemu to właśnie piosenki napisane w całości przez Katie cieszą się największą aprobatą. Ona jednak woli śpiewać teksty autorstwa swoich współpracowników i coverować znane utwory (niedawno złapała się za „Diamond Are Forever” i wyszło jej to świetnie). Ten album, szósty z kolei, jest właśnie pierwszym wydawnictwem Katie bez coverów. Dodatkowo płyta została wydana 16 września, czyli w dniu jej 29. urodzin i jednocześnie w 10. rocznicę działalności estradowej. Całość tych informacji pięknie podkreśla tytuł krążka – „Ketevan”, czyli jej pełne gruzińskie imię. Urodzona w Kutaisi, drugim pod względem wielkości mieście w Gruzji artystka, uczyła się w Brit School południowej części Londynu zanim zaczęła śpiewać dla brytyjskiego niezależnego wydawnictwa – Dramatico. Po dziesięciu latach może cieszyć się wielką popularnością w wielu krajach Europy, głównie we Francji i Niemczech. Polska widownia też bardzo ceni sobie twórczość pięknej brytyjki, na przykład tak jak ja – zasilając grono jej oficjalnego polskiego  fanklubu.

      Płycie nie można odmówić melancholii, z której jest znana Katie. Jest niemal wysycona idealną głębią, perfekcyjnym dźwiękiem, a przede wszystkim cudownym wyborem instrumentów. Do tego pięknego świata dźwięków wprowadza utwór „Never Felt Less Like Dancing”. Podobno pomysł na tę piosenkę wziął się z Twittera. Jej autor, Mike Batt, odnalazł takie stwierdzenie wśród wpisów swoich znajomych, stwierdził, że fraza świetnie nadaje się na tytuł piosenki i zaczął pisać. Miał rację. Nie tylko tytuł, cała piosenka jest piękna. Przede wszystkim jest to niesamowicie poruszający, melodyjny utwór. Bardzo prosta konstrukcja instrumentalna plus genialny tekst ubrany z niezawodny głos Katie. O ile fani nie przepadają podobno za utworami autorstwa Mike’a, tu – moim zdaniem –należy zdjąć czapki z głów. Jedna z moich ulubionych piosenek na tej płycie. Mogłabym zachwycać się dalej, ale czas przejść do następnej pozycji. Jest nią „Sailing Ships From Heaven”, której fragment figuruje w tytule notki. Po raz kolejny piosenka Batta. Tej nie będę zachwalać tak, jak poprzedniczkę. Zwrotka tu jakoś tak dziwnie przypomina mi utwory z lat osiemdziesiątych. Z drugiej zaś strony, to dwulinijkowe wtrącenie, które logicznie myśląc powinnam nazwać refrenem, naprawdę zapada w ucho. Przyznam, całość mnie nie powaliła, ale te śmieszne dwie linijki tekstu śpiewałam przez cztery dni non-stop. Instrumentalnie utwór dość rozbudowany, cieszy mnie to, bo to nie najczęstsza sprawa u pani M. Kolejna piosenka, czyli „Love Is A Silent Thief” mnie niesamowicie intryguje. Podobnie jak refren poprzedniej, tak tu całości po prostu nie jestem w stanie usunąć z głowy. Co chwilę śpiewam „Love is a language without and alphabet”. Muszę wspomnieć o tym, co uwielbiam w tekstach Katie, bo tu właśnie mamy przykład takiego. To wiersz. Piękny, intrygujący, niebanalny wiersz. Naprawdę, mogę zrozumieć, że ktoś nie przepada za muzyką Katie, ale zapoznać się z jej tekstami takimi jak ten, to obowiązek każdego, kto interesuje się poezją. Dodatkowo piosenka jako całość ma u mnie duży plus, bo nie jest właśnie takim typowym „Meluowym” smęceniem. Nie przedłużam, bo jak tak dalej pójdzie to ta notka będzie miała 10 tysięcy słów. Na czwartej pozycji mamy „Shiver And Shake”. Zapomniałam wspomnieć, ale w teaserze płyty Katie mówi o tym, że „Ketevan” zawiera dość nietypowe dla niej klimaty. W „Shiver And Shake” jest gitara elektryczna! Brawo! Coś pięknego. Piosenka z pazurem. Nie jest to rock, nie jest to nic ostrego, ale pozwolę sobie nazwać tę piosenkę mniej grzeczną niż spodziewalibyśmy się po Katie. Cięższą, a za razem nie tak rzewną. Może brakuje mi tu takiej swoistej poezji, finezji, ale cenię niecodzienny charakter tego utworu. Takiego Katie w swojej dyskografii jeszcze nie ma. A teraz wracamy do typowych klimatów. Kolejny utwór – „The Love I’m Frightened Of” opowiada o tym, jak to czasem nam w miłości nie wychodzi. Moim zdaniem jest… poprawny. Nie mogę powiedzieć złego słowa, nic tu nie dzieje się źle, ale mam wrażenie, że słyszałam już kiedyś tę piosenkę. Nie zachwyca, ale też nie jest zła, a Katie mimo wszystko to dla mnie nie święta krowa – ma też piosenki słabe. Tak jak ta, która jest następna. W „Where Does The Ocean Go?” nie słyszę nic ciekawego w tekście, głos Katie brzmi jakoś staro i dość nieprzyjemnie, może poza refrenem. Niestety słychać sporą różnicę w jakości zwrotek i refrenu. Instrumenty też nie popisują się szczególną brawurą. Po prostu nie czuję nic porywającego. Wiem, dlaczego tak jest. To oczywiście w ramach szybkiej anegdotki. Podoba mi się jedynie refren, bo napisała go Katie, a zwrotki ten jej manager, Mike Batt. Ale trzeba przyznać, że akustycznie jest całkiem w porządku. Mike pisze jednak piosenki bardzo specyficzne. Znając na pamięć większość utworów śpiewanych przez Katie, jestem w stanie powiedzieć z prawie stuprocentową poprawnością, kto z tych dwojga jest autorem. W tekście następnej piosenki, czyli „Idiot School” wyraźnie czuję pióro Batta. Tu, podobnie jak przy „Never Felt Less Like Dancing”, mu się upiekło. Z tym, że tam pełno było „Meluowej” melancholii, a tu równie miłego humoru. Czytałam gdzieś, że podobno nasza piękna gruzinka nie chce muzyki traktować zbyt poważnie, lubi się czasem nią pobawić. I tu przykład właśnie takiej humorystycznej pioseneczki okraszonej ciekawie dźwiękami banjo. Ogólnie rzecz biorąc „Idiot School” opowiada o żalu do siebie, kiedy popełniło się błąd odrzucając kogoś, kto okazał się sercu ważniejszy niż się wydawał: „I threw away a jewel, I must have been to idiot school”. Dalej mamy jakieś drobne nieporozumienie w stylu wesołego country – „Mad, Mad Men”. Katie brzmi tu jak dwunastoletnia dziewczynka. Aż mnie uszy bolą. Naprawdę nie wiem, co mi tu nie gra. W sumie, utwór wykonany ze sporym rozmachem, ale może to mi zupełnie subiektywnie nie podchodzi taka forma muzyki. Idziemy dalej, bo już takich nieporozumień nie będzie. Zostały nam trzy piękne utwory. Pierwszy z nich to uroczy walczyk „Chase Me” rodem z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Kiedy słucham tego utworu wyobrażam sobie pewną, trochę w sumie chorą scenkę. Kiedyś może się wreszcie będę wydawać za mąż. Widzę tysiąc par tańczących pięknie, żadnych podpitych wujków, same dostojni panowie wirujący z pannami, które chwalą się swoimi długimi, eleganckimi sukniami, a gdzieś tam, na drugim końcu sali mój świeżo poślubiony mężczyzna. Patrzymy tak na siebie, ciesząc się udanym balem, on się do mnie szarmancko uśmiecha i słucha jak śpiewam „Chase me, I’ll be your everything, the light of spring, I’ll shine like tear drop.” Wszyscy zagubieni w pięknym walcu, a my trwamy wiecznie w tej minucie. Cóż, wspominałam, że jestem niezrównoważona? Oj, po prostu cierpię na nieuleczalny romantyzm. Wracając do muzyki, dla mnie „Chase Me” jest piosenką idealną, której tak bardzo brakowało mi po „Where Does The Ocean Go?”. Dalej utwór „I Never Fall”, którego czysta, nieskomplikowana melodia zaczarowała mój umysł i nawet zasypiając słyszę te delikatne uderzenia w klawisze fortepianu. Uwielbiam wyrafinowany styl retro tej piosenki. Utwór jest wypełniony po brzegi nieskalaną, niczym niezmąconą melancholią, która (przy najmniej mnie) wbija w fotel, zostawia zawieszoną bezwiednie z wzrokiem wbitym w deszczowy spacer przechodniów za oknem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu, gdy słyszę tę piosenkę bezwarunkowo zwijam się w kulkę, łapię kubek herbatki i patrzę jak pada deszcz. Ostatni kawałek na albumie jest za to bardzo ciekawy. To utwór, na który Mike Batt dostał zlecenie. Miał napisać piosenkę, którą Katie zaśpiewa podczas ceremonii urządzonej w rocznicę koronacji królowej Elżbiety. Przyznajmy szczerze, nie jest to proste zadanie. Jak napisać piosenkę odpowiednią na taką okazję, a za razem stosowną poza wydarzeniem? „I WIll Be There” jest jednak naprawdę wyjątkowym utworem. Bije z niego silny przekaz. To hołd dla niedawno zmarłej matki Mike’a. Piosenka jest takim, nie wiem czy mogę tak to nazwać, przytuleniem. Może bardziej pocieszeniem: „Remember, I’ll always care.” Tu fotka Katie z gali koronacyjnej.

      Tuż po wydaniu płyty spotkałam się z wieloma opiniami na jej temat. Jedni narzekają, że Katie nie tworzy już piosenek takich jak kiedyś i tęsknie wsłuchują się w jej dwie pierwsze płyty. Drudzy natomiast zarzucają biednej pani Melua, że cały czas podaje nam identycznie brzmiące piosenki, które nudzą się bez względu na to jak pięknie brzmią. I tak źle, i tak niedobrze. Postaram się, jako wierna fanka, a przede wszystkim jako obiektywna recenzentka, spróbować postawić się na miejscu artystki. Pozwolę sobie również przypomnieć, że Katie pochodzi z Gruzji. Tamtejsza muzyka opiera się głównie na jazzowo-bluesowych klimatach, nie wymagajmy więc aby dziewczyna tworzyła ciężki rock. Cenię w Katie to, że jest otwarta na wszelkie możliwości, co widać po jej nieco bardziej „kosmicznym” niż pozostałe albumie „The House”. Może rzeczywiście, nawet w moim odczuciu, nie wszystkie piosenki są idealne, ale nie zapominajmy, kto tu rozdaje karty. Muzyk tworzy muzykę tak, jak ją czuje, a Katie ma tak szerokie grono odbiorców, jak już wspomniałam głównie w Niemczech, że naprawdę może sobie pozwolić na dużo. Pewnie nawet gdyby zaczęła rapować, pół świata by temu przyklasnęło. Ja osobiście może nie, ale wszystko jest kwestią gustu.

     Na dzisiaj to już tyle. Serdecznie zapraszam do przesłuchania płyty Katie Melua. Jest naprawdę godna uwagi. Powinnam zaznaczyć, że w moim mniemaniu płyta nie może stanowić jakiegokolwiek tła. Trzeba po prostu usiąść i cieszyć się ciepłą, jesienną muzyką. W takiej sytuacji zostawiam czytelnika z czystym pięknem i zachęcam do osobistej oceny. Widzimy się za tydzień, ja już życzę miłego weekendu i zmykam.

     Pozdrawiam. :)