„Czas przemija, pamięć nie.”

    Jakoś powoli brakuje mi natchnień. Dlatego dziś zamiast nad filmem postanowiłam popracować trochę nad muzyką. Myślę, że album, który wybrałam jest jednym z najbardziej wyczekiwanych z polskiego rynku muzycznego. Wiązały się z nim nadzieje i różne oczekiwania. Pewnie każdy, kto czekał na tę płytę wyobrażał ją sobie nieco inaczej. A jaka jest naprawdę solowa płyta Artura Rojka?

      Pan Rojek, były członek zespołów Myslovitz i Lenny Valentino, dziś raczy nas swoim pierwszym solowym projektem. Album zatytułowany „Składam się z ciągłych powtórzeń” miał premierę 4 kwietnia. Od dłuższego czasu promowany jest utworem „Beksa”, który pierwsze miejsce na liście przebojów trójki utrzymywał przez dobre kilka tygodni. Rojek tą płytą (i już od jakiegoś czasu OFF Festiwalem) udowadnia, że nie jest tylko maszynką do robienia dobrych kawałków dla Myslovitz.
    Płyta zaczyna się bardzo osobistym „Latem ’76″. To dobry utwór na rozpoczęcie pierwszego projektu. Myślę, że artysta tu się mocno otwiera, pokazuje swój prywatny świat. Słowa „gdybyś nie zahamował, nie byłoby mnie” wyśpiewane przez mężczyznę, który w wieku kilku lat prawie zginął pod kołami samochodu, mówią same za siebie – album będzie naprawdę osobisty. Ale czy to wszystko jest takie prawdziwe? Szczerze mówiąc, tylko Rojek wie co jest wspomnieniem, a co tworem wyobraźni. Można to przemyśleć podczas dalszych utworów m.in. „Beksy”, czyli wyżej przytoczonego singla. Kawałek ciekawy, ale uważam, że na płycie są inne, bardziej nadające się na promowanie albumu w radiu. „Beksa” jednak dobrze reprezentuje to wszystko, co po części istnieje w pozostałych piosenkach. Podoba mi się przechodzenie między utworami, podoba mi się taka niepolskość tego kawałka. „Beksę” cenię jednak najbardziej za to, że tak ciekawie ukazuje emocje, to dość rzadko spotykane w polskich produkcjach muzycznych ostatnich lat. W następnej piosence, czyli w „Krótkich momentach skupienia” bardziej da się wyczuć nowoczesność, ale nie jest to jeszcze tak irytujące jak mogłoby być. Ten kawałek mimo, że równie kipiący emocjami za sprawą charakterystycznego wokalu Artura Rojka, jest dużo mniej melancholijny. Przynajmniej muzycznie! Tekst, przyznaję, jest dość depresyjny. Numer cztery – „Czas, który pozostał”, chyba najmniej mi przypadł do gustu. Bardzo mocno przypomina mi amerykański rock eksperymentalny. To takie lekko teatralne brzmienie jest dosyć intrygujące, fajnie ubrany ciekawy tekst. Mimo wszystko, jak dla mnie to jest za dużo pomysłów skupionych w jeden numer. Mocno gryzą mi się te wspomniane teatralne granie z nowoczesną muzyką. Następną piosenkę fani poznali już jakiś czas temu. „Kot i pelikan” to nowa aranżacja utworu powstałego lata wcześniej. Niektórzy narzekają, że liczyli na jakieś nowe kawałki, ale przecież to tylko jeden na dziesięć! Moim zdaniem, Rojek podjął dobrą decyzję, dopracował starszą piosenkę i zgrabnie wkomponował ją w całość, która miała przecież być zanurzeniem we wspomieniach i potencjalnej, niespełnionej rzeczywistości. A „Kot i pelikan” to naprawdę porywająca spokojem i prostotą piosenka. Tym razem nie zgodzę się z zarzutami, przykro mi.
    Za to, stworzę własne zarzuty, bo nie rozumiem tego, co wydarzyło się w przypadku utworu „Kokon”. I to zaraz po tak delikatnym kawałku. Bardzo mimimalistyczny tekstowo, a dość mocno oparta na poszukiwaniu pomysłu ciekawej, nowoczesnej muzyki. Cóż, jeśli tak ma brzmieć muzyka w przyszłości, to pragnę dzisiaj umrzeć. Może jeszcze w tekście mogłabym znaleźć coś, co mnie zainteresuje, ale to wszystko. Rojka teksty zawsze mi się podobały, więc nie czuję się jakoś szczególnie zauroczona tym kawałkiem. To na szczęście zamienia się diametralnie przy następnym kawałku – „To, co będzie”. Myślę, że to jeden z lepszych utworów tego albumu. Trochę przypomina mi muzykę z jej lat świetności w Polsce, czyli z lat 90. Tutaj dostałam to, na co czekam zawsze przy przesłuchiwaniu nowej płyty, czyli piosenkę, która wpadnie w ucho i będzie mi brzęczeć w głowie przez tydzień. „To, co będzie” niezaprzeczalnie pobudza i motywuje. Miło dostać tak przyjemny zastrzyk energii z rąk (i ust…) Artura Rojka. Następne są „Syreny”, czy chyba najbardziej radiowy kawałek. To właśnie do tej (i do poprzedniej) piosenki będę wracać. Największe plusy tego utworu to jego jakaś naturalność, ona niesie za sobą głębokie odetchnienie, jak oczekiwana wiosna po zimie poprzednich przesadnie modernistycznych numerów na tej płycie. Jedynie mała wstaweczka elektryczna gdzieś w środku i to echo doklejone do wokalu Rojka, psują odbiór, ale to na tyle mało, że da się przełknąć. Zwrotka następnej piosenki – „Lekkość”, jakoś dziwnie przypomina mi tango, sama nie wiem dlaczego. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona tym utworem, ale to może kwestia czasu, bo w sumie nie widzę powodów, żeby go nie lubić. Pozwolę sobie przejść już do ostatniego kawałka. To krótkie interludium z motywem z utworu pierwszego. Ładne zakończenie całego albumu. Tak jak płynne przejścia między piosenkami, tak samo podobają mi zakończenia podobne do początków. To wszystko tak estetycznie spinają całość i nadają mi na nią apetytu.
  Zdecydowanie płyta Rojka jest bardzo rozbudowana i bogata w inspiracje najróżniejszymi gatunkami muzyki. Myślę, że warto jest zapoznać się z jego albumem, poszerzyć nieco swoje muzyczne horyzonty, bo bezwzględu na to, jakie kto ma – „Składam się z ciągłych powtórzeń” je poszerzy. Dzisiaj już kończę, ale zachęcam do komentowania. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.

„Pozorami gra nasz wspólny świat, chłoniecie go od lat.”

     Przyznam, że miałam potężne problemy z weną w tym tygodniu. Myślałam nawet o zawieszeniu bloga na jakiś czas. Desperacko szukałam inspiracji, a i tak jedyne na co miałam ochotę to leżeć i słuchać ulubionych melancholijnych kawałków. Któregoś jednak dnia poczułam potężne natchnienie do znalezienia czegoś ciekawego do opisania. Nie zdarzyło mi się przeczytać ostatnio żadnej interesującej książki, wychodzi na to, że wcale nie czytam tak dużo. Dwa ostatnie wpisy były o filmach, więc czas na album. Znajomi czasem narzekają, że nie piszę o niczym śpiewanym po polsku, dlatego to ustaliłam sobie za cel. Nie ułatwiło mi to wcale zadania, ale w końcu znalazłam parę ciekawych propozycji. Spośród nich wybrałam krążek dość popularnej młodej wokalistki. Muszę przyznać, że nowym albumem „(W)inna?” Ewy Farnej jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona.

     Ewę pamiętam jeszcze z czasów, kiedy była charakterną nastolatką grającą muzykę po swojemu. Nie do końca podoba mi się sfera, w którą muzycznie Ewa teraz wkracza, choć nie wydaje mi się, że ktokolwiek jej coś narzuca. Co jest dla mnie kompletnie niesamowite, Ewa zadebiutowała mając jedyne 11 lat. Zwykle nie przepadam za małolatami zabierającymi się za muzykę myśląc, że powinny dać dorosnąć swojemu wokalowi. Ewa kompletnie niszczy mój mózg, kiedy słucham jej niezaprzeczalnego hitu „Cicho” i próbuję uwierzyć, że ta wypełniona ogniem dziewczyna ma kilkanaście lat. Farna nazbierała już sporo nagród, tyle, że trudno mi je tu wszystkie wymienić. Jest autorką już siedmiu albumów. Ogólnie Ewę Farną jako osobę publiczną odbieram raczej pozytywnie, chyba nawet gdzieś tam po cichu zazdroszcząc, bo mimo tego, że jesteśmy w tym samym wieku ona zdążyła zrobić tak dużo, a ja tak niewiele.

 

     Nie przepadam za kawałkami Ewy po czesku, ale przyznaję, bardzo to szanuję. Zawsze cenię, kiedy artysta śpiewa w swoim ojczystym języku. Mimo to, subiektywnie cieszę się, że większość utworów na albumie „(W)inna?” jest po polsku. Krążek ten został wydany 21 października ubiegłego roku dzięki wytwórni Magic Records, a w styczniu 2014 uzyskał status złotej płyty. W całej dyskografii jest to jak już wspomniałam siódmy album, jednak dopiero czwarty po polsku. „Dopiero” to bardzo złe słowo – kto w wieku 21 lat ma na koncie cztery albumy w jednym języku i trzy w innym?

     Wielka fanka Ewy zagląda mi przez ramię, więc chyba nie mogę napisać o płycie złego słowa. Cóż, postaram się być jak najbardziej rzeczowa. Album otwiera pierwszy singiel, czyli piosenka pt. „Znak”. Trochę wstyd przyznać, że teraz dopiero słucham jej pierwszy raz, wiem, że w sieci można było ją znaleźć już jakiś czas temu. Podoba mi się klimat tego utworu i bogaty zakres instrumentów. Dość ciężko jest określić tę piosenkę w kilku zdaniach, jest naprawdę różnorodna. Może trochę nie mój klimat, ale rozumiem, co może się innym w niej podobać. Dalej jest „Tajna misja”, utwór o formie charakterystycznej dla Ewy. Właśnie tak pamiętam jej utwory z poprzednich płyt. Nie mogę powiedzieć, że utwór jest najciekawszy na albumie, ale sądzę, że ma dość spory potencjał do wykonań na żywo. Dalej mamy bardzo popularny radiowy kawałek „Ulubiona rzecz”. Jest to drugi singiel z omawianego krążka, stąd tak duże zainteresowanie radia. Moim zdaniem piosenka jest całkiem ciekawa, ale trochę przesłodzona. Nie cierpię takich wokalnych popisówek w piosenkach, a „Ulubiona rzecz” jest nią naprawdę mocno wysycona. Sam koncept za to ciekawy, a teledysk jest pomysłowy, nakręcony z humorem i dobrym gustem. Lubię słyszeć tę piosenkę w radiu kiedy jadę samochodem, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona piosenka. Mały pomysł – „Ulubiona rzecz” grana akustycznie może okazać się prawdziwą perełką. Przy numerze cztery troszeczkę się wyciszamy. Utwór „Przepraszam” już w paru pierwszych nutach i słowach mówi wiele o sobie. Ten wokal wolę dużo bardziej niż z poprzednich kawałków. Uwielbiam, kiedy Ewa w czasie piosenki z niemalże szeptu przechodzi w pełnię swojego mocnego głosu. To idealny moment by przemyśleć błędy, jakie każdemu z nas wydarzyło się kiedyś popełnić. Brawo, Ewa, za „Przepraszam” czapki z głów. Równie spokojna, ale dużo weselsza jest piosenka „Nie w porę”. Najważniejsze co chcę o niej napisać – uwielbiam to, jak ciepła jest ta piosenka. W porównaniu z tymi radiowymi, trochę komercyjnymi kawałkami jest naprawdę dojrzała. Cieszę się, że Ewa umiała połączyć tak ciekawe, czysto akustyczne utwory z tamtymi ociekającymi niemal barokowym przepychem. Wstęp do „Ktoś z nami kręci”? Wow! Czy przy nagrywaniu płyty brała udział Whitney Houston?! Nie, to Ewa! Sama piosenka owiana aurą tajemniczości, a w wokalu dziewczyny słychać sporo emocji. Całkiem ciekawa jest też oprawa, dość mocna rockowa linia melodyczna. Dalej jest równie głośny kawałek „Daj mi żyć”. Obecność takich rockowych kawałków mnie cieszy. W twórczości Farnej to one zawsze podobały mi się najbardziej. Takich kawałków chcę od Ewy więcej. Chcę jej unikalnego charakteru, a nie komercyjnych muzycznych bubli, które może wydać tak naprawdę każdy. Co do następnej piosenki nie powiem nic dobrego. „Z napisami” mnie odrzuca już po pierwszym przesłuchaniu. Dlaczego? Dub step wszechobecny dosięgnął nawet Ewy Farnej. Lepiej przejdźmy dalej, bo tam czeka kolejny spokojny utwór. „Mamo!” nie jest piosenką lekką, dlatego trudno też jest o niej pisać. Wiele już powstało kawałków skierowanych do mam, chyba nie do końca przepadam za podstępnie ukrytymi w nich wymuszonymi patetycznie emocjami. Rozumiem jednak, że ten utwór może być jakoś szczególnie ważny dla artystki. Odpoczniemy teraz przy „Rutynie”. Podoba mi się ten klimat muzyki, a chyba bardziej powinniśmy skupić się na tekście. Myślę, że tu Ewa się trochę otwiera, raz jeden odpowiada na nieprzychylne komentarze. Wcale się jej nie dziwię, to musi być okropne uczucie kiedy każdemu wydaje się, że ją zna. Głównie dlatego szanuję ten utwór, dużym plusem są też mocno podkreślone zdolności wokalne Farnej, niektóre noty naprawdę wywołują ciarki na plecach. Na miejscu jedenastym ciekawy utwór z przekąsem, czyli „Poradnik dla początkujących”. No i jak przed chwilą zachwalałam niewątpliwe zdolności, tu uwielbiam tę prostotę i luz w jej głosie. Cała piosenka jest żartem, a jeśli się nie mylę – ja i Ewa mamy podobne poczucie humoru, bo żart jest bardzo dobry. No i to solo na koniec, genialne. Na koniec bardzo sympatyczne pożegnanie, w którym Ewa udowadnia, że pięknie śpiewa również po angielsku. Ten ostatni kawałek to takie trochę „ups, przypadkowo nagrał nam się mały jamming”, ale naprawdę wzbudza we mnie tylko pozytywne odczucia.

 

Cóż, no i co ja mogę na koniec napisać? Muzykę Ewy można lubić, a można za nią nie przepadać. To kwestia gustu. Niepodważalnym jest fakt, że to niesamowicie utalentowana, pełna poczucia humoru dziewczyna, która po prostu robi z muzyką to, co chce. To oczywiście bardzo dobre podejście, miejmy nadzieję, że Ewa Farna będzie się go trzymać jak najdłużej. Jak zwykle opinię zostawiam każdemu do wywnioskowania we własnym zakresie i kończę już dzisiejszy wpis. A przerwa? Będę walczyć, starać się, bo to naprawdę miłe uczucie patrzeć na notkę, której temat tak ciężko było wymyślić. Do przeczytania za tydzień!

Miłego weekendu :)

A.P.

“All that is countless moments last of countless thoughts.”

     Odkrywanie muzyki ma coś wspólnego z zakochiwaniem się, poszukiwaniem drugiej połówki. Nie można nigdy się spodziewać, jakie emocje wzbudzi w nas dany album, a ten dobry najczęściej pojawia się nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd. Dodatkowo, kiedy się już pojawi, umysł i serce nie chcą słuchać niczego innego. Od jakiegoś czasu jest tylko jeden album, o którym chciałabym napisać. Na przełomie 2013/2014 wydanych było kilka płyt, na które czekałam. Kilka z nich mnie zawiodło, bo długo na nie czekałam z myślą, że będą po prostu niesamowite, a nie są. Płytę którą dziś przedstawiam zaczęłam słuchać z dozą sceptyzmu, bardzo bojąc się kolejnego rozczarowania. Na całe szczęście tym razem jestem naprawdę zadowolona z pracy jednego z moich ulubionych zespołów grających rocka alternatywnego. Dlatego cieszę się, że mogę dziś ją pokazać, mimo, że album zespołu Warpaint o tej samej nazwie, ukazuje się dopiero w poniedziałek.

 

     Zespół Warpaint został założony 14 lutego 2004 roku przez Theresę Wayman and Emily Kokal, wkrótce potem dołączyły do niego siostry Shannyn Sossamon jako perkusistka i Jenny Lee Lindberg grająca na gitarze basowej. Shannyn występowała z zespołem do roku 2008, a rok później zastąpiła ją Stella Mozgawa. Do tej pory dyskografia zespołu jest dość mała, panie dorobiły się EP-ki w 2007 roku i debiutanckiego albumu „The Fool” dwa lata później. Teraz jesteśmy świadkami publikacji drugiego pełnego wydawnictwa. Oficjalna premiera albumu jest zaplanowana na 20 stycznia, ale już teraz można przesłuchać jej w internecie (dokładniej, tu: http://www.npr.org/2014/01/12/261054457/first-listen-warpaint-warpaint) Styl zespołu bywa porównywany z twórcami takimi jak Cocteau Twins, Joni Mitchell, czy Siouxsie and the Banshees. Jeśli musiałabym jakoś skategoryzować gatunek muzyki granej przez Warpaint na pewno posłużyłabym się nazwami takimi jak rock alternatywny, psychodeliczny, eksperymentalny art-rock, indie czy łagodny shoegaze. Na całe szczęście, nie muszę. Moim zdaniem dziewczyny czerpią inspirację z wielu gatunków, zarówno tych spokojnych, melancholijnych jak również z takich pobudzających do tańca.

     Album „Warpaint” zaczyna się obiecującym „Intro”. To utwór krótki i głównie instrumentalny, prosty rytm wystukiwany na perkusji otoczony różnego rodzaju komputerowymi dodatkami. Nic specjalnego. Motyw z intro jest kontynuowany w drugim utworze „Keep It Healthy”. Ale dziś opiszę płytę trochę inaczej. Nie będę po kolei rozpracowywać poszczególnych piosenek. Spróbuję je trochę pogrupować. Ogólnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że wszystkie utwory na płycie „Warpaint” mają w sobie dozę senności. Przyznam jednak, że tylko niektóre porywają naprawdę. Najlepszym przykładem jest „Disco//very”. Od pierwszego przesłuchania zakotwicza się w umyśle i każe do siebie wracać. Myślę, że jest genialny do słuchania na żywo. Właśnie takie utwory przekonują mnie do pójścia na występ Warpaint. Niestety nie wszystkie kawałki są tak ciekawe. „Go In”, czy „Son” da się słuchać zaledwie przez dwadzieścia pierwszych sekund. Jak dla mnie to już trochę za duża dawka psychodeliczności. Taka kompletna depresja, cóż, może wrócę do nich, kiedy będę miała gorszy humor. Teraz może przejdę do „Love Is To Die”, który promuje album już od jakiegoś czasu. Jest to utwór naprawdę ciekawy, jedyne co mnie odrzuca to moment, w którym Theresa przechodzi ze zwrotki na refren. Ta jedna krótka chwila, w której wydaje mi się, że linia wokalu została dość mocno zachwiana. Takie przykre miałczenie, które nie powinno mieć miejsca. To stanowczo niszczy moje podejście do utworu, a w sumie nie jest on tak kiepski – przeciwnie, jest bardzo dobry, innowacyjny i naprawdę ciekawy. Następny utwór „Hi”, jak również późniejsze „Teese”, trochę przypominają mi twórczość zespołu Portishead. Mają w sobie podobny charakter trip-hopwy, melodię basową wwiercającą się głęboko w umysł. Ale myślę, że jednym z najbardziej intrygujących utworów jest „CC”. Wkracza on szybko po poprzedniku swoim mrocznym, ciężkim charakterem. Ten kawałek to chaos, trochę jak soundtrack z dobrego dreszczowca. Nie wysuwa się tak śmiało jak „Disco//very”, które w sumie nudzi się po 300 przesłuchaniach w ciągu dnia. „CC” trochę leży w cieniu innych piosenek, ale myślę, że jest równie dobry. Takim pozytywnym skokiem złapię jeszcze „Feeling Right” i „Drive”, a „Biggy” zostawię na koniec. „Feeling Right” od razu jest ciekawym, skocznym kawałkiem, w całej swojej długości jest niezmiennie pobudza głowę do kołysania, palce rąk do klepania w stół, stopy do postukiwania podłogi. „Drive” jednak jest jednym z tych zwanych przeze mnie rozwojowymi. Mówiąc tak mam na myśli muzykę, która w czasie zmienia się w coraz silniejszą, jakby energia kumulowała się w niej i pod koniec wybuchała w jednym niemożliwie dobrym punkcie. No i zostało „Biggy”. Zauroczyło mnie swoją orientalnością, sporym potencjałem scenicznym. Jest w niej coś takiego, co nie pozwala o sobie zapomnieć. To trochę tak, jakbym była zahipnotyzowana – nie wiem dlaczego, ale nie chcę słuchać niczego innego.

 

                Muzyka i zakochanie mają jeszcze jedną wspólną cechę – oba te zjawiska kończą się równie niespodziewanie. Przykre jest, że do tego samego utworu i uczucia różne osoby mogą podejść inaczej. Muzyka jednak ma taką przewagę, że zawsze można ją sobie ponownie odtworzyć. Znowu kończę wpis przesadnie filozoficznym stwierdzeniem. Dziękuję serdecznie czytelnikom, którzy wytrwali aż do końca, zapraszam za tydzień i jak zwykle życzę miłego weekendu. :)

A.P.

 

„Greeting cards have all been sent, the Christmas rush is through, but I still have one wish to make, a special one for you.”

    Przyszedł taki czas, że nie da się zaprzeczyć faktom – do świąt zostało tylko kilka dni. Wszystkie mamy stoją w kuchniach, wszystkie lodówki wypełnione smakołykami z niepisaną etykietką „to na święta”, wszystkie kąty wysprzątane do białości. Śnieg nawet trochę popadał! Święta pełną parą, prawda? A co jeśli ktoś tego Bożego Narodzenia nie czuje? Biegnę z pomocą! Dzisiaj pragnę zaprezentować dwanaście utworów świątecznych, wybranych przeze mnie jako najlepsze. Nie znajdziecie tu oklepanych rytmów „All I Want For Christmas Is You”, ani wywołującego zażenowanie „Last Christmas”. Ja i moja niechęć, do wszystkiego, co popularne wybrałyśmy dużo ciekawszy zestaw.

http://www.youtube.com/watch?v=uhH5jPq5mVQ

    Zacznijmy od Michaela Buble i jego wersji znanego utworu „It’s Beginning To Look A Lot Like Christmas”. Powinnam pewnie pochwalić cały jego świąteczny album wydany w 2011 roku, bo w sumie cała płyta jest godna przesłuchania w święta. Mimo to, zdecydowałam się na tylko na ten jeden utwór. Moim zdaniem jest najbardziej klimatyczny. W całej reszcie jakoś tak trochę przeszkadza mi nienaturalne brzmienie głosu Michaela. Ale „It’s Beginning To Look A lot Like Christmas” w jego wykonaniu jest chyba jednym z lepszych. Chyba tylko Frank Sinatra go przebija, ale do tego wrócimy.

    Kolejny utwór to piękne, kokieteryjne „Santa Baby” śpiewane przez Earthę Kitt. Ta piosenka nie jest wyjątkowa i podobnie jak wiele innych angielskojęzycznych piosenek o tym temacie ma naprawdę sporą ilość coverów (jeśli mogę to tak nazwać). Bardzo wyraźnie jest tu zarysowany jazzowy klimat, który wprost ubóstwiam w tych wszystkich utworach. Wybrałam wersję pani Kitt właśnie dla podkreślenia tego pięknego jazzowego charakteru. Taka piękna zabawa muzyką. To przypomina mi, że muzyka nie jest po to, żeby kłócić się nad przynależnością do gatunku czy „prawdziwości” któregokolwiek z nich. Muzyka jest rozrywką.

     Podobną zabawę i prostotę mamy w utworze „Sliver Bells” wykonanego przez zespół She & Him. Duet ten musiał się znaleźć w wybranej przeze mnie dwunastce, ponieważ jestem nim ostatnio kompletnie zauroczona. Ciepły, choć trochę krótki utworek oparty na prostej melodii granej na banjo naprawdę uroczo brzmi wzbogacony głosem aktorki (i jak niedawno odkryłam, wokalistki) Zooey Deschanel. To wykonanie wybrałam głównie ze względu na jego dość nietypową lekkość i przekonanie, że tak piękny utwór nie potrzebuje szczególnej otoczki. Tylko Zooey i banjo.

     Teraz czas na trochę większą podróż w czasie. „I’ll Be Home For Christmas” znalazło się w dorobku Connie Francis za sprawą albumu Christmas In My Heart wydanego aż 54 lata temu. Jak na muzykę to kawałek czasu, prawda? Jeśli chodzi o utwory świąteczne to uważam, że te starsze są znacznie piękniejsze od nagrywanych obecnie. Brak im jakiejkolwiek sztuczności, a w święta powinno się cenić taką niezastąpioną czystość i naturalność. Poza tym, do utworu „I’ll Be Home For Christmas” mam spory sentyment z racji tego, że zawsze jesteśmy w tak szalonym biegu. A na święta każdy – gdzie by nie był, jakiej rodziny by nie miał – wraca do domu. Ten utwór podkreśla wagę posiadania rodziny, przynajmniej w mojej głowie układa sprawy tak, że to rodzina staje się najważniejsza. A czy nie takie właśnie nastawienie powinniśmy mieć w Boże Narodzenie?

     Teraz trochę poczujemy się trochę lżej dzięki piosence, którą mogłabym śpiewać w każdej minucie świąt. Oczywiście nie potrafię sztandarowego dla mnie „Let It Snow” zaśpiewać tak nisko jak niezawodny Dean Martin. Mój nieprofesjonalny, damski głosik nie oddaje uroku tej piosenki, a mimo to uwielbiam go nucić w każdym możliwym momencie. Nie wyobrażam sobie świąt bez tego utworu. Jest tak lekka, prosta i nienachalna. Szczerze mówiąc, jest chwilą odetchnienia od tego świątecznego zamieszania przypominającego niemal przepych barokowy – wszędzie ciężkie potrawy, pełne brzuchy, nawet Mikołaj jest gruby! A tu Dean Martin śpiewa do nas „ …the fire is slowly dying, and my dear, we’re still goodbye’ing, but as long as you’d love me so – let it snow”. Od razu lżej, prawda?

    Następny utwór również wzbudza we mnie ogromną chęć śpiewania. To jedna z piękniejszych pozycji na albumie A Very Merry Perri Christmas, czyli „Something About December”. Koniecznie trzeba słuchać oglądając klip. Sceny z dzieciństwa Christiny Perri dosłownie ogrzewają mnie od środka. Christina jest dla mnie naprawdę niesamowitą wokalistką, bo swoim dość potężnym głosem potrafi wyśpiewać tak delikatny utwór jak ten. Taka piosenka na święta to czysta sielanka. Znowu, podobnie jak przy Michaelu Buble, polecam przesłuchać całą płytę. Oprócz tego utworu znajdziecie tam parę równie pięknie wyśpiewanych coverów, m.in. „Happy X-Mas (War Is Over)” beatlesów.

     Ale jak już pisałam, najpiękniejsze są te starsze, jazzowe piosenki. Dlatego teraz wspomnę o królowej jazzu – Elli Fitzgerald. Zdecydowałam się na żartobliwy utwór „Rudolf, The Red-Nosed Reindeer”. Przyznam, że kojarzy mi się on z czasami podstawówki. Zawsze w okresie przedświątecznym śpiewaliśmy na lekcjach angielskiego między innymi ten utwór. Głównie dlatego dalej mam taki sentyment i lubię do niego w święta wracać. A „Rudolfa” w wykonaniu Elli Fitzgerald można słuchać w tym okresie na okrągło.

     Teraz moment szczytowy mojego subiektywizmu. Mój prezent świąteczny, czyli ulubiona wokalistka śpiewająca ulubiony utwór z dzisiejszego tematu. „Have Yourself A Merry Very Christmas” doczekało się naprawdę wielu wersji i muszę przyznać, że każda z nich wyróżnia. Jednak dopiero gdy wzięła się za to Katie Melua, prawdziwie pokochałam ten utwór. To właśnie jej czysty, ciepły wokal nadaje piosence tę delikatność, której nie mogłam znaleźć w wykonaniu nawet Franka Sinatry. Wydaje mi się, że wykonania innych artystów są jakieś takie za płaskie lub wręcz przeciwnie, za bardzo urozmaicone. Katie jest moją osobistą mistrzynią, między innymi za tę piosenkę.

    Może jednak przejdziemy do czegoś weselszego? A skoro już tak uparłam się tego Sinatry, to będzie Sinatra. Frank i jeden z najbardziej znanych utworów świątecznych – „Jingle Bells”. Nie cierpię tych wszystkich chomikowo-wiewiórczych, sztucznie brzmiących wersji „Jingle Bells”. Stare dobre wykonanie z uroczym literowaniem tytułu to wszystko, czego mi potrzeba. Prosta wersja, pięknie słyszalne różne instrumenty, dobry chór i miły głos Franka Sinatry. Czego chcieć więcej?

   Zaraz znowu się rozczulę, bo będzie niesamowity, romantyczny utwór. Oryginalne wykonanie „Merry Christmas, Darling”. Będąc szczera, ten piękny kawałek zespołu The Carpenters poznałam dzięki wspomnianej już płycie Christiny Perri. Mimo to, jestem równie zauroczona oryginałem i doszłam do wniosku, że to on powinien znaleźć się w świątecznej dwunastce. Dla mnie to taka dużo prawdziwsza, dużo subtelniejsza i bardziej nastrojowa wersja dobrze wszystkim znanego „All I Want For Christmas Is You”. Tekst jest przepiękny, a zarazem niesamowicie prosty. Do tego wszystkiego jeszcze solówka na saksofonie. Genialny utwór, naprawdę polecam komuś, kto w święta tęskni za swoją lepszą połową.

     Ale żeby nam się nie zrobiło za smutno, przerzućmy się na Brendę Lee i „Rockin’ Around The Christmas Tree”. Kojarzycie ten utwór ze sztandarowego „Kevina”? Była taka scena w pierwszej części przygód chłopca, kiedy zrobił udawaną imprezę z kartonowym Michaelem Jordanem jeżdżącym po zabawkowych torach. Już jako dziecko zastanawiałam się co to za fajny kawałek Kevin włączył na tej swojej imprezie. Naprawdę lubię ten utwór. Podobnie jak „Let It Snow” jest to piosenka, którą nucę dosłownie w każdym momencie przygotowań do świąt.

     Na koniec znowu urocza Zooey Deschanel wraz z kolegą Josephem Gordon-Levittem w utworze Elli Fitzgerald „What Are You Doing New Year’s Eve?”. Podoba mi się taki zaczepny, słodki, trochę nawet bajkowy charakter tej piosenki. Są takie utwory, które budują we mnie nieodparte wrażenie, że cokolwiek by się złego nie działo – liczy się tylko melodia i tekst, tylko właśnie ta piosenka. I choćby świat miał mi runąć na głowę, muszę skończyć ją śpiewać, pięknie do końca wyciągnąć ostatni dźwięk. To tak piękna sielanka, która pozwala w bardzo prosty sposób zapomnieć o wszystkich problemach.

       Cóż, to już koniec. Przedstawiłam już część moich ulubionych utworów na święta. Dziś w ramach zakończenia chciałabym życzyć wszystkim czytelnikom wesołych świąt. Życzę wam również, żebyście te wolnych kilka dni spędzili w miłej, rodzinnej atmosferze pełnej ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Zapraszam za tydzień na ostatni wpis…

 …w tym roku. :)

A.P.

“It’s gonna be smooth sailing from here on out.”

     Czy wszystko w grudniu musi być świąteczne? Ba, już w połowie listopada wszystko jest już świąteczne! Ledwie ludzie wrócą z cmentarzy, a już zacierając ręce wykrzykując: „Okej, to czas na Boże Narodzenie”. Nie zrozumcie mnie źle, lubię tę całą otoczkę. Lubię, byle nie za wcześnie. Dlatego zanim ja będę czytelników męczyć bożonarodzeniowym duchem, poczekam odpowiednio długo. Dziś chyba jedna z ostatnich recenzji przed serią wpisów związanych z tematyką przejścia z jednego roku na następny. Taka normalność wróci być może miesiąc, więc myślę, że nie powinno to być nic ckliwego, smutnego czy przesadnie łzawego. Obiecałam kiedyś kawałek rocka twierdząc, że lubię sobie czasem „posolić życie”. Cóż, na całe szczęście coraz rzadziej muszę sobie to życie solić, ale w głowie zostają różne zespoły, które mi kiedyś pomagały. Dziś opowiem o płycie zespołu, którego muzyki nie słucham już tyle, co kiedyś, ale nadal ma on dla mnie nie małe znaczenie. Wezmę wreszcie na warsztat najnowszy album zespołu Queens of the Stone Age, czyli „…Like Clockwork”.

 

     Queens of the Stone Age to amerykańska kapela grająca początkowo hard rock, czy rock alternatywny. W miarę biegu czasu zespół konstruował własny styl opierając się na wielu elementach i rozszerzając horyzonty o różne gatunki z pogranicza mocniejszego rocka i lżejszego metalu. QotSA powstało w 1997 roku z inicjatywy lidera/wokalisty Josha Homme po rozpadzie grupy Kyuss. On i basista Nick Oliveri w początkowych latach byli rdzeniem zespołu, pozostali członkowie zmieniali się dość często. Jednak w 2004 Nick został zmuszony do opuszczenia zespołu, co było tłumaczone jego agresywnością i destrukcyjnym zachowaniem. Warto jednak podkreślić, że zespół tworzą i zawsze tworzyli sami panowie, skąd więc w nazwie „queens” zamiast „kings”? Nazwa została nadana przez Chrisa Gossa, producenta muzycznego. Jak tłumaczą muzycy, „królowie” brzmieliby za bardzo macho. Poza tym, ich zdaniem rock powinien być wystarczająco ciężki dla chłopców i wystarczająco słodki dla dziewczynek. Królowie epoki kamienia noszą zbroje, mają topory, walczą między sobą. Za to królowe epoki kamienia spędzają wolny czas z dziewczynami królów, kiedy ci walczą. Nazwę zostawmy już taką jaką jest, całkiem nieźle sprawowała się przez szesnaście lat.

 

    Plany dotyczące nagrywania następcy albumu Era Vulgaris najwcześniej były wspomniane już od 2008 roku, ale cała praca nie rozpoczęła się aż do sierpnia 2012. W marcu 2011, Homme twierdził, że album zostanie wydany pod koniec 2012 roku. Nastały jednak pewne problemy, które opóźniły wydanie krążka. W listopadzie 2012 Homme ogłosił, że Joey Castillo opuścił grupę i zamiast niego partie perkusji na nowej płycie zagra były członek sławnej Nirvany, założyciel Foo Fighters – Dave Grohl, który pojawił się również w pracy nad albumem Songs for the Deaf. Dodatkowo, inni byli członkowie zespołu mieli pojawić się w studiu, m.in. byli to basista Nick Olivieri, czy Mark Lanegan. Ogólnie rzecz biorąc, przy tym albumie zespół może pochwalić się sporą liczbą kolaboracji, bardziej znane nazwiska pojawiające się przy produkcji „…Like Clockwork” to frontman Nine Inch Nails – Trent Reznor, Jake Shears z Scissor Sisters, czy nawet Elton John. Koniec końców praca nad albumem rozpoczęła się na początku 2013 roku w studiu Matador Records. W marcu bieżącego roku ogłoszono, że nowy album będzie nazywał się „…Like Clockwork”, a premierę zaplanowano na czerwiec. Tak też się stało, krążek miał premierę 3 czerwca w Wielkiej Brytanii, a 4 czerwca w Stanach. Queens Of The Stone Age po raz pierwszy pochwalili się nową piosenką „My God Is The Sun” na scenie Lollapollooza Brasil 30 marca, a studyjna wersja tego utworu miała radiową premierę 8 kwietnia. Album ten zadebiutował jako numer jeden amerykańskich list przebojów, warto też zaznaczyć, że był to pierwszy taki w dyskografii zespołu.

     Płyta zaczyna się utworem „Keep Your Eyes Peeled”, który swoim charakterem sprawia, że nie można wykonawców albumu pomylić z żadnym innym zespołem. Nie mogę powiedzieć, że to mój ulubiony kawałek, ale przyznam, ma całkiem ciekawy klimat. Moim zdaniem jest trochę za wolny jak na utwór prawdziwie rockowy, trochę za mało ma mocy. Z kolei za bardzo psychodeliczny jak na balladę rockową. Za to jego następca dzwoni mi w głowie od pierwszej chwili. „I Sat By The Ocean” to według mnie kwintesencja twórczości Queens of the Stone Age, właśnie takie utwory lubię w ich wykonaniu. Co ciekawe, mam wrażenie, że znałam tę piosenkę dużo wcześniej. Dodatkowo bardzo pasuje mi w podróżowaniu na zajęcia – tylko ja, „I Sat By The Ocean” grające dość głośno w słuchawkach i te oburzone miny starszych pań. Bezcenne, prawda? Kolejna piosenka nosi tytuł „The Vampire Of Time And Memory”. W tym przypadku mamy raczej do czynienia ze wspomnianą balladką. Podoba mi się konwencja utworu, choć nie przepadam za takim brzmieniem wokalu Josha Homme, a konkretniej jego wysokimi tonami. Ale biorąc pod uwagę samą muzykę, to zostałam przekupiona. Uwielbiam taki trochę „zmęczony” klimat w muzyce, zwłaszcza gdy jest tak przyjemnie okraszony perkusją. Najbardziej chciałabym jednak podkreślić solówkę gitarową pod koniec utworu, bo choć trochę krótka, jest warta zaznaczenia. A dalej mamy kolejny utwór „If I Got A Tail”. Przypomina mi się określenie „dance rock”, choć nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy na myśl o QotSA. Ale najwyraźniej nie da się zaprzeczyć temu stwierdzeniu, kiedy piosenka rockowa, pełna wymaganej mocy aż porywa do tańca. Może nie takiego tańca jaki można obserwować w klubach (zwłaszcza naszych podlaskich), ale czuję, że zrezygnowanie z udziału na ubiegłorocznym koncercie Queensów w Polsce było jednym z większych błędów mojego życia. Dalej mamy, chyba już wspominany, kawałek „My God Is The Sun”, który stanowi już półmetek naszej drogi. Nie przemawia do mnie tak bardzo jak numer 2 i 4, ale przyznam, że nie jest źle. Chłopaki nieźle grają, a poza tym – zmiana tempa! Jak ja uwielbiam zmiany tempa. Co prawda następuje to dopiero pod koniec utworu. Tak ładnie urywa rosnące przez cały utwór napięcie. Następnie pomówmy o „Kalopsia”. Nie mogę stwierdzić nic szczególnie krytycznego na temat tego utworu, wręcz przeciwnie, jest bardzo ciekawy, mimo, że do gustu mi nie przypadł. Pomysł całkiem dobry, zwrotki tak senne i mgliste poprzerywać energetycznymi, głośnymi. Jak już wspomniałam, ja tego nie kupuję, ale nie mówię też nic złego. Moje ostatnie słowo – kwestia gustu. Przejdźmy może do „Fairweather Friends”. To właśnie ten utwór, w którego produkcji uczestniczył Elton John. W sumie, sytuacja wygląda podobnie jak poprzednio. Zastanawiam się czasem co takiego sprawia, że dana piosenka mi odpowiada, a inna już nie. „Fairweather Friends” ma wszystko, czego jej trzeba, ale jakoś mnie nie zachwyciła. Nawet ma całkiem ciekawą solówkę na elektryku i fortepian przedzierający się ładnie gdzieś tam z tyłu. Dużo lepiej w moich oczach, a nawet uszach, wypada kawałek „Smooth Sailing”, choć jak wspominałam, nie trawię wysokich tonów w wokalu Josha Homme. Nawet jest mi to ciężko ubrać w słowa. Lubię taki zaczepny klimat, szczególnie kiedy jest tak prosty i bezpretensjonalny. Moim zdaniem to jedna z lepszych piosenek albumu „…Like Clockwork”, jedna z lepszych w całej dyskografii. Takim klimatem przejdźmy do utworu „I Appear Missing”. Chciałabym podkreślić ciekawy tekst tej piosenki, nie chcę go tu przytaczać, ale myślę, że warto się z nim zapoznać. Wiadomo jednak, że tekst to nie wszystko, dlatego uważam, że tej piosence należy dać czas. Przyznam, że na początku zupełnie do mnie nie przemawiała, ale po krótkim zapoznaniu się z emocjami, jakie przekazuje udało mi się zmienić zdanie. Zmienić na lepsze. Nadal nie jest to mój ulubiony utwór, ale przynajmniej lepiej rozumiem koncepcję. Został już tylko jeden utwór, czyli tytułowe „…Like Clockwork”. Nie zdziwię nikogo mówiąc, że lubię ten lekko psychodeliczny, depresyjny klimat. Trochę tylko nie podoba mi się ta mocniejsza wstawka między zwrotkami. Mimo to, uważam ten utwór za niezwykle refleksyjny. Nic bardziej nie zmusza do przemyśleń niż kawałek dobrego tekstu i niebanalnej muzyki.

 

     Takim dość prostym stwierdzeniem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą recenzję. Album dziś omawiany polecam z całego serca, bo oprócz porządnego rockowego grania można na nim jednak znaleźć odrobinę wyciszenia jak również chęci do zabawy. Nic dodać, nic ująć. Panowie z Queens of the Stone Age mnie nie zawiedli. Zapraszam za tydzień na odrobinę bardziej świąteczne wydanie. Tymczasem życzę znów miłego weekendu i pozdrawiam ciepło. :)

„I’m gonna settle down to the hum of electric life and soul.”

     Przez ponad dwa tygodnie udawało mi się uniknąć tej przykrej nagonki na szukanie ciekawych tematów. Cóż, taka desperacka chęć znalezienia punktu zaczepienia poniekąd wróciła. Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale to zadanie wcale nie jest takie łatwe jak mi się kiedyś wydawało. Czasem po prostu nie chce mi się szukać interesujących materiałów, a oczywiste jest, że zakres twórczości mi znanej gdzieś tam się jednak kończy. Dziś jeszcze pomęczę muzyką. Pomęczę, bo ktoś ostatnio trafnie spostrzegł, że piszę głównie o albumach dość akustycznych, delikatniejszych. I w sumie zanim tę opinię usłyszałam, miałam zamiar znów trącić te tematy, ale chyba zmieniłam zdanie. Miała być nigeryjsko-niemiecka wokalistka Ayo łącząca folk z rapem, a pójdziemy w zupełnie inny klimat. Dziś pomówimy o tegorocznym albumie „Big TV” zespołu White Lies.

 

     Pod nazwą White Lies kryją się trzej panowie z Wielkiej Brytanii grający rock alternatywny. Grupę tę założyli w 2008 roku, a „Big TV” jest już ich trzecim albumem. Zespół jest dość często porównywany do Joy Division, czy Arcade Fire. Kiedyś nawet ich muzyka otrzymała miano „całkiem nadającej się do tańczenia”. Osobiście ich styl nazwałabym futurystycznym indie, ale w sieci krąży sporo określeń, z którymi zgadzam się w mniejszym lub większym stopniu. Cóż, określenie gatunku muzycznego odgrywa dla mnie najmniejszą rolę, to tak jakby spierać się czy ktoś ma oczy czarne czy ciemnobrązowe – gdzie w tym sens?

    Panowie nie stronią od klimatu futurystyczności, szczególnie dobrze słychać to na omawianym dziś albumie. Jako pierwszy mamy tytułowy kawałek „Big TV”.  Zaczyna się naprawdę kosmicznie, dopiero później można docenić jego dynamikę, a nawet dozę elektroniki. Za muzyką z komputera nie przepadam. Moim zdaniem piosenka miałaby dużo mocniejszy przekaz, gdyby bardziej słyszalne były prawdziwe instrumenty. Wystarczyła by drobna perkusja, jakaś gitarka elektryczna i wszyscy byliby zadowoleni. Zastanawia mnie też tytuł. Jest tyle ciekawszych piosenek, jest tyle ciekawszych fragmentów tekstu, a White Lies  postanowili zatytułować dziwną nazwą „Big TV” nie tylko piosenkę, a cały album. Kompletnie tego nie rozumiem. W tekście pojawiają się parę linijek dalej w refrenie dwa słowa „modern life”, czy nie sądzicie, że dużo lepiej spełniałoby rolę tytułu? Zwłaszcza dla tak modernistycznego albumu. Cóż, przejdźmy do „There Goes Our Love Again”, które 5 sierpnia stało się nawet pierwszym singlem promującym płytę. Ten utwór podoba mi się dużo bardziej, choć ma dość podobny styl. Może to przez wyraźny skok w tempie? Jak już ma być elektronicznie, to wolę na szybko. Tylko jakoś tak po tym dużym telewizorze, „There Goes Our Love Again” wydaje się jakieś krótkie. Numer trzy to spore zaskoczenie – „Space I”, czyli kilkudziesięciosekundowa wstawka. Bardzo proste, nadające delikatności „interludium”. Duży plus, naprawdę nie spodziewałam się, że taki zabieg może sprawdzić się w tak nowoczesnej muzyce. Następny kawałek, „First Time Caller”, też mnie po trochu przekonuje. Czy mi się tylko wydaje, czy słychać już trochę więcej instrumentów?  Studyjna wersja nie porywa mnie całkowicie, ale ma potencjał. Założę się, że akustycznie brzmi pięknie… [15 sekund później] Wygrałam. Akustyczne „First Time Caller”:

, jest genialne, choć zupełnie inne od tego na płycie. Uciekamy z tego wciągającego świata muzyki akustycznej na rzecz „Mother Tongue”. Muszę powiedzieć, że czuję się zaspokojona tą piosenką. Wreszcie piosenka z odrobiną rockowej mocy. Nie jest źle, utwór ma fajny przekaz, są te wyczekiwane przeze mnie żywe instrumenty. Myślę, że mogę „Mother Tongue” porównać do debiutanckiej płyty White Lies, która podobała mi się najbardziej. Dalej mamy „Getting Even”, który został umieszczony 4 czerwca 2013 roku na oficjalnym profilu zespołu na SoundCloud jako darmowy do pobrania. Można się też pochwalić, że piosenka ta zadebiutowała na liście radia Eska Rock jako numer 1. Nie mogę się wcale temu dziwić. Piosenka jest bardzo radiowa, nie mogę nawet powiedzieć, że mnie gdzieś tam nie tknęła. Wszystko jest dobrze, jedyne, czego mogę się przyczepić to ten wszędobylski efekt echa, który nigdzie nikomu nie jest potrzebny. Jakby na siłę panowie chcieli sprawić, żeby ta ciekawa piosenka konsekwentnie pasowała do reszty. Dalej mamy „Change”. To bardzo piękna ballada. Dość ciężka, prawie sakralna melodia wzbogacona przejmującym wokalem i w miarę ciekawym tekstem. Dla mnie wystarczy. Wystarczy, żeby wbić mnie w fotel zapatrzoną w jeden punkt, zanurzoną w możliwie najgłupsze i najmniej tego warte wspomnienia. W sumie mogę powiedzieć, że ten utwór jest jednym z lepszych powodów do tego, żeby posłuchać tej płyty. Ale przejdźmy dalej, do „Be Your Man”. Sam tytuł brzmiał dla mnie jakoś niepokojąco popowo, ale chyba zechciałam zbyt pochopnie ocenić. Nie mogę napisać złego słowa o tej piosence. Cieszy mnie, że jednak nie cały album jest taki kosmiczny i to, że jest jednak na nim taka fajna rockowa piosenka. Dalej jest „Space II”, czyli wydawałoby się kontynuacja numeru trzeciego. Nie jest już taki zaskoczeniem jak „Space I”, raczej powiedziałabym, że dziwne byłoby gdyby się taki utwór nie pojawił. Muszę przyznać, że jest równie ciekawym łącznikiem, ale nie tak przyjemną kompozycją samą w sobie. Daje ona wstęp do utworu „Tricky to Love”. Przyznam, że nie spodziewałabym się po White Lies tylu piosenek o uczuciach, czy miłości. Cóż, tekst nie jest szczególnie skomplikowany, ale za to całkiem dobrze ubrany w instrumenty. Nie mogę powiedzieć, że ten utwór zauroczył mnie jakoś naprawdę wyjątkowo, dlatego najchętniej przejdę do następnego. To przedostatnia już pozycja na tym albumie, czyli „Heaven Wait”. Czasem nazywam tego typu piosenki rozwojowymi, bo zaczynają się tak delikatnie i niepozornie, a z biegiem czasu nabierają mocy, dynamiki, tempa. Bardzo lubię takie utwory, do tego też chyba z każdym przesłuchaniem nabieram pewnego sentymentu. No i kończymy z wykopem. „Goldmine” to chyba to, czego mi brakowało. Bardzo ciekawe podsumowanie albumu. Muszę przyznać, że zespół ustalił dobrą kolejność utworów, bo „Big TV” na pewno nie zachęciłoby mnie do czekania na kolejną płytę White Lies, a „Goldmine” spełnia tę rolę bez problemu.

 

     Miało być dziś trochę inaczej. W sumie plany zmieniały się co chwila. Zdecydowałam się napisać o White Lies, co w sumie nie było najgorszym pomysłem. Do albumu podchodziłam naprawdę sceptycznie, a po tej krótkiej recenzji nabrałam jakiegoś konkretnego zdania. Może nie jest stuprocentowo pozytywne, ale przynajmniej rzeczowo oparte. Na dziś już wystarczy, zapraszam za tydzień, obiecuję opisać pewien ciekawy film.

„Success is the Best Revenge”.

                Zastanawialiście się czasem, co jest najmniej przyjemnego w pisaniu recenzji? W całym tym ujmującym zajęciu, jakim jest odkrywanie sztuki, pisanie o wzbudzonych przez nią emocjach i wspomnieniach, w tym dzieleniu się przemyśleniami na dany temat jest jednak drobny niesmak. Zawsze pominięcie tej drobnostki jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Mówię tu o budującej się we mnie raczej jednolitej opinii o danym materiale. Ten film był taki, tamten album taki, a tamta książka jeszcze inna. Mile widziana jest bowiem spójność i konsekwencja w pracy artysty, ale jak ją potem mamy postrzegać oceniając poszczególne fragmenty? Szczególny problem miałam z tym pisząc jakiś czas temu o City and Colour. Cóż, każda piosenka była na swój sposób ciekawa, ale tak naprawdę były prawie jednakowe. Dlatego zaciekawił mnie pewien temat, do którego oczywiście na początku podeszłam dość sceptycznie. Zdecydowałam się jednak pisać dziś o kilku utworach kompozytora Hansa Zimmera, choć chyba nigdy nie zostały one zebrane w jedno wydawnictwo. To właśnie pomoże mi wyzbyć się poczucia jednolitości.

                 Hans Zimmer urodził się we Frankfurcie w 1957 roku. Podobno uczył się gry na fortepianie przez tydzień, bo jego prywatny nauczyciel zrezygnował z pracy, chłopak więc nauczył się sam. Jego marzeniem była kariera rockmana, po studiach udzielał się w The Buggles. Kiedy zespół stworzył hit lat 80. „Video Killed the Radio Star”, Hans brał też udział w tworzeniu teledysku do tego utworu. Później występował jeszcze z formacjami takimi jak Krisma, czy Ultravox. Dopiero kiedy zaczął współpracować ze Stanleyem Meyersem zaczęła układać się jego ścieżka kompozytora. Wtedy młody Zimmer, który wcześniej tworzył jedynie jingle dla Air-Edel Studios, został asystentem brytyjskiego kompozytora, a ten nauczył go tworzyć muzykę na orkiestrę. Zadebiutował w 1983 pomagając Meyersowi w tworzeniu muzyki do filmu „Moonlighting” Jerzego Skolimowskiego. Już sześć lat później Zimmer został nominowany do Oscara za muzykę do „Rain Man” Barry’ego Levinstona, ale na otrzymanie tej nagrody musiał pracować jeszcze kolejnych sześć lat. Hans Zimmer za ścieżkę dźwiękową do „Króla Lwa” uhonorowany został Oscarem, Złotym Globem i dwiema statuetkami Grammy, a nagranie osiągnęło rekordową sprzedaż. Zimmer razem z producentem muzycznym Jay’em Rifkinem założył w Hollywood pierwsze zalegalizowane stowarzyszenie zrzeszające kompozytorów muzyki filmowej o nazwie Media Ventures, w 1989 roku w Santa Monica. Hans Zimmer jest chyba jednym z najbardziej skrytych ludzi Hollywood, jednym z najbardziej cenionych kompozytorów współczesnego kina. To on jako pierwszy połączył klasykę z elektroniką i był też jednym z pierwszych kompozytorów tworzących muzykę filmową przy pomocy komputerów. Obecnie jest szefem działu muzyki filmowej w DreamWorks Pictures.

                 Kompozycje Zimmera pojawiają się w wielu filmach. Bardziej znane z tych, które mogą się tym zaszczytem pochwalić to m.in.: „Rain Man”, „Wożąc panią Daisy”, „Thelma i Louise”, „Król Lew”, „Cienka, czerwona linia”, a później, po roku 2000 jeszcze „Gladiator”, obie części „The Ring”, „Kod Da Vinci”, również dwie części „Piratów z Karaibów” i trzy „Batmana”, czy jeden z moich ulubionych filmów ostatnich lat, czyli „Incepcja”. Wszystkie tytuły można wymieniać jak z rękawa, co zajęłoby imponująco dużo miejsca. Zainteresowanych pełną filmografią odsyłam jednak do poszperania w internecie, polecam Filmweb. Wcześniej wspomniałam, że utwory Hansa Zimmera nie zostały zebrane, co nie jest całkowicie prawdą. Udało mi się znaleźć dosłownie parę albumów zbierających w jedność wybrane dzieła kompozytora takie jak The British Years czy The Wings Of A Film: The Music Of Hans. Mimo wszystko nie zdecydowałam się na recenzowanie tych albumów z czysto egoistycznej chęci samodzielnego wybrania najciekawszych utworów.

 

                Przyszedł więc czas na decyzję, która, nie będę ukrywać, do prostych nie należała. Starałam się wybrać dwanaście utworów tak, aby podkreślić ich różnorodność i zarazem nie pominąć żadnego z tych bardziej popularnych filmów. Oczywiście nie było to możliwe, bo samych tych znanych było sporo więcej, a ja chciałam pomówić też o tych spychanych w cień. Pominęłam animacje takie jak m.in „Madagaskar”, „Kung Fu Panda”, czy któreś z kolei części „Króla Lwa”, nie znalazłam też miejsca na „Mission Impossible”, „Anioły i Demony”, „Kod Da Vinci”, „Hannibala”, czy wszystkie części „Piratów z Karaibów”. Poza tym, pomówimy pewnie tylko o głównych soundtrackach, tzw. „theme song”, bo chyba nie sposób opisać w krótkim wpisie dwunastu kompozycji trwających tak naprawdę po półtorej godziny.

                No dobrze, zacznijmy od filmu „Wożąc panią Daisy”, który do kin trafił w 1990 roku. Z tego soundtracku wybrałam utwór do napisów końcowych, którego posłuchać można tu:

. To niesamowicie ciepła melodia, na początku smyczkowa, potem śmiało wkraczają flety i klawisze. Utwór nabiera dynamiki i staje się taką typową pioseneczką do filmów familijnych z lat 90. Samego „Wożąc panią Daisy” nie widziałam, ale muszę przyznać, że kompozycja Zimmera przemawia do mnie na tyle, że chciałabym go zobaczyć. Następny będzie kawałek z filmu „Szybki jak błyskawica” z Tomem Cruisem, również z 1990 roku. Konkretniej, jest to właśnie ten utwór:
http://www.youtube.com/watch?v=V7lakvaC1FM
. Ten, choć brzmi dość podobnie, wydaje mi się dużo mniej instrumentalny. Wolę muzykę filmową brzmiącą ciut bardziej symfonicznie. Tu początek jest mocno elektroniczny, dopiero dalej pojawiają się delikatnie przebijające się instrumenty. Dalej „Dziewczyna z kalendarza” z 1993 roku. Już podaję link:
http://www.youtube.com/watch?v=l1sXTYXqagU
. Myślę, że jest to naprawdę uroczy utwór. Zaczyna się tak niewinnie i delikatnie, ot czysty, klawiszowy walczyk. Później ten charakter jest na krótko wzmocniony, zmienia się w coś bardziej jazzowego, może trochę country, a z biegiem utworu pojawiają się też kolejne instrumenty. Właśnie za to cenię tę kompozycję. Potem ta delikatność i sensualność wraca i raczy nas swoim pięknem do końca utworu przewijając się przez niemalże Broadwayowską wstawkę. Teraz zmienimy klimat przechodząc do utworu „This Land” z filmu „Król Lew”, który amerykańskie kina zachwycił w 1994 roku. „This Land” można usłyszeć tu:

. W tym przypadku, można wyraźnie usłyszeć jak Hans Zimmer przy tworzeniu muzyki posługuje się elementami charakterystycznymi dla różnych kultur. Sama animacja jest osadzona w Afryce, stąd w utworze można usłyszeć przeciągnięte, można powiedzieć plemienne śpiewy. Melodia budzi naprawdę wiele emocji, moim zdaniem jest jedną z  najmocniejszych, najbardziej potężnych spośród tych, z którymi się zaznajomiłam. Nic dziwnego, że dzięki tej pracy Zimmer otrzymał Oscara. Następnie chciałabym poruszyć temat tej kompozycji:

. Jest to motyw z filmu Gladiator z 2000 roku. Chciałoby się powiedzieć, że utwór ten ma coś podobnego do wykonań operowych. Oprócz krótkiej, dynamicznej wstawki, dość mocno zarysowany jest poruszający charakter utworu. Tak jak film jest wzruszający, sam soundtrack skłania do przemyśleń i całkiem dobrze wycisza. Następnie kawałek z „The Ring”, czyli

. O ile zaczyna się równie spokojnie jak pozostałe, nie byłby dobrą kompozycją do horroru, jeśli dość szybko nie budowałby grozy i niepokoju. Moim zdaniem ten utwór bardzo wyraźnie odznacza się od pozostałych, nie jest już to prosta, urocza melodyjka. To prawdziwie poruszająca, mocno rozbudowana symfonia. Najbardziej zaskoczył mnie fragment, w którym dźwięki zostały poukładane tak, że przypominają bicie serca, co w sumie jest dość pomysłowym zabiegiem przy tworzeniu muzyki do takiego filmu jak „The Ring”. Przejdźmy do „Ostatniego samuraja” z 2003 roku. Utwór „A Way of Life”, którego można posłuchać tu:

, jest dużo spokojniejszy niż wcześniej tu omawiane. Swoim charakterem zahacza prawie o muzykę relaksacyjną. W takiej ociekającej emocjami muzyce bardzo łatwo jest się odnaleźć w takie ciężkie, jesienne dni jak dziś. Leżeć w łóżku do południa zapominając o całym świecie. Następny utwór zaczyna się dość podobnym akcentem. Kompozycja „Lasirus” z filmu ”Batman: Początek” (

) to pasmo krótkich motywów i wyciszeń. Wśród emocji, jakie buduje, niewątpliwie można odnaleźć niepokój podobny do tego z „The Ring”, mimo, że filmy różnią się diametralnie. Ten utwór jest zdecydowanie mniej dynamiczny, nie przyspiesza bicia serca samymi dźwiękami, dlatego nie będę ukrywać, że dużo mniej przypadł mi do gustu. Dziewiąty już kawałek wzięłam z soundtracku filmu „Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka”. Utwór (

) nosi tytuł „Jack Sparrow”, a wybrałam właśnie ten, ponieważ swoimi klimatem czyści mój umysł z jakichkolwiek innych myśli zostawiając jedynie wizerunek przebranego Johnego Deepa i jego zupełnie unikatowe ruchy i gesty. Nie wyobrażałam sobie innego utwory przy tym filmie. Nawet ktoś, kto filmu nie widział, po kilku pierwszych dźwiękach rozpoznałby go bezbłędnie. Przejdźmy jednak do zdecydowanie najmocniejszego utworu –

. To kawałek z „Sherlocka Holmesa”, bardzo rytmiczny, dynamiczny, trochę krótki, ale zadziwiająco dobrze przekazujący emocje. Kryje w sobie pewną tajemnicę, a to jest właśnie w całym tym utworze najpiękniejsze. Jest niebanalny, a ja banalności nie znoszę. Teraz czas na tę kompozycję:

, reprezentującą film „Incepcja”. Kawałek ma tytuł „Time”i jest sporą zmianą po głośnym poprzedniku. „Time” jest powoli rozwijającym się utworem, któremu nie potrafię odmówić jakiejś oceaniczności. Mam wrażenie, że to pewnego rodzaju fala, która z każdym uderzeniem o brzeg nabiera mocy. Tak jak w przypadku filmu potrzeba odrobiny czasu, aby to dzieło docenić. Nie można wyłączyć go po 15 minutach tłumacząc się tym, że się nic nie rozumie. Tak samo ten utwór należy przesłuchać cały, aby go zrozumieć i to jest właśnie piękne. Na koniec chciałam jeszcze pokazać jedną z ostatnich prac Hansa Zimmera. Utwór, który kryje się pod tym linkiem:

, jest częścią soundtracku z tegorocznego filmu „Man of Steel”. Myślę, że świetnie nadaje się na zwieńczenie dzisiejszego wpisu, bo poniekąd podsumowuje wszystkie wyżej opisane. Jest niepokój, są czyste emocje na zmianę z mocą, jest rozwijający się charakter, przerwany nagle by dać miejsce na zakończenie pozostawiające lekki, przyjemny niedosyt.

                Myślę, że muzyka Hansa Zimmera to coś, czym nie można się znudzić. Choć muszę przyznać, że w miarę pisania okazała się dla mnie dość trudnym zadaniem, cieszę się, że zdecydowałam się o niej dziś napisać. Jakoś recenzje, które szybko się pisze, nie cieszą tak bardzo jak te, nad którymi trzeba się trochę dłużej zastanowić. Mam nadzieję, że czytanie było chociaż częściowo tak przyjemne, jak satysfakcjonujące był dla mnie pisanie. Zapraszam za tydzień i życzę ciepłego, miłego weekendu. :)

‚Never give up, you’re army of one.’

     Postanowione. Nieodwołalnie zatwierdzone. W tym tygodniu przeszłam ze skrajności w skrajność, bo jak nigdy nie miałam pomysłu na recenzję, tym razem nie mogłam się zdecydować. Wciąż jeszcze jest kolejka płyt, wydanych w ciągu bieżącego roku o których chciałabym napisać, ale po kilkukrotnej zmianie decyzji, wybrałam. Dzisiaj przed szereg wysuwam album, którego wydanie było dla mnie nie małym zaskoczeniem. Losów tego zespołu nie śledzę na bieżąco, znam parę bardziej popularnych piosenek, ale nie jestem aż tak wielką fanką jak np. moja znajoma, którą poznałam w czasie moich niedługich studiów w Gdańsku. Przyznam, że wydawało mi się, że zespół ten nie nagrywa już utworów. Dlatego z przyjemnością zanurzyłam się w nowym albumie i ze specjalną dedykacją dla Laury piszę dziś o albumie „What About Now” legendarnego Bon Jovi.

 

    „What About Now” to dwunasty album studyjny rockowego zespołu Bon Jovi. Wyprodukowany przez John’a Shanks’a, album został wydany 8 marca 2013 w Australii i 12 marca w Stanach Zjednoczonych. Tylko w USA zostało sprzedanych 101 tysięcy egzemplarzy w tydzień po premierze płyty, zaś do tej pory na całym świecie sprzedano już ponad milion kopii. Zespół może po raz piąty pochwalić się albumem debiutującym na pierwszym miejscu list przebojów, z czego jest to już trzeci raz pod rząd – „What About Now” osiągnął taki status zaraz po „Lost Highway” z 2007 i „The Circle” z 2009 roku. Krążek jest promowany trasą koncertową zatytułowaną „Because We Can: The Tour”. Należy dodać, że w trakcie tej trasy zespół wystąpił również w Polsce. Jon Bon Jovi wystąpił z kolegami w właśnie Gdańsku 19 czerwca bieżącego roku na PGE Arenie.

   W wywiadzie dla magazynu Classic Rock, gitarzysta Richie Sambora stwierdził, że materiał na płytę powstał dość szybko – razem z Jonem zaczęli pisać i zanim się zorientowali byli już w studiu z zespołem. Muzyk scharakteryzował też nowy album jako kompilację różnych elementów, ale upewnił też wieloletnich fanów, że będą równie zadowoleni z tego materiału, jak byli zadowoleni z wcześniejszych. Wyprodukowano teledyski do dwóch singli: „Because We Can” i tytułowego „What About Now”. Powstał również teledysk do solowego utworu Jon’a „Not Running Anymore”, który jest zawarty w albumie jako utwór bonusowy wraz z kawałkiem „Old Habits Die Hard”.  Obie piosenki pojawiają się w soundtracku filmu Twardziele. W grudniu 2012 ogłoszono też nominację utworu „Not Running Anymore” do Golden Globe Award.

 

     Album otwiera „Because We Can”. To dość lekki, radiowy kawałek. Wyprzedzając trochę fakty, napiszę, że podobnie jak na całej płycie tu bardzo mi brakuje takiego charakterystycznego, mocnego rocka. Tekst jest raczej optymistyczny, co w połączeniu z niepretensjonalnym beatem tworzy przyjemny dla ucha naprawdę ciekawą propozycję. Dodatkowo trzeba powiedzieć, że utwór doskonale spełnia swoją rolę, bo mam wrażenie, że dużo bardziej niż inne zaprasza do zapoznania się z całością materiału. Panowie z zespołu i ekipy nie mogą się mylić. Następnie słyszymy „I’m With You”. Jak na moje amatorskie ucho, ten utwór jest trochę niżej osadzony. Mam nadzieję, że wszyscy wiedzą o co mi chodzi. Przede wszystkim wokalista śpiewa trochę niższym głosem, instrumenty grają trochę niższe dźwięki. To sprawia, że cała piosenka jest trochę mniej dynamiczna. Efekt ten jest pogłębiony przez przeciągnięte sylaby w śpiewie Bon Jovi’ego. Ten kawałek nie jest tak „wakacyjny” jak poprzedni, jeśli mogę tak powiedzieć, ale mimo wszystko ma podobną, raczej relaksującą konwencję. Numer trzeci to tytułowa piosenka „What About Now”. To co teraz napiszę może nie być najlepszą reklamą dla zespołu, ale przez ten kawałek dość mocno (w moim odczuciu!) upodobnili się do aktualnie powstających numerów pseudorockowych. To taki trochę indie-rock z półki (bądź co bądź, całkiem słuchalnego) Kings of Leon. Czepiam się, ale to Kings of Leon powinni się uczyć od Bon Jovi, a nie odwrotnie. Kawałek po którym słychać, że w zamierzeniu ma być hitem. Nie przepadam za takimi, ale zły nie jest. Przechodzimy dalej, do „Pictures of You”. Tutaj też mogłabym przyczepić się takiej irytującej radiowości i odejścia od prawdziwej mocy rocka, ale cóż, cała płyta ma podobny zarys. „Pictures of You” – moim mocno subiektywnym zdaniem – jest trochę lepsze. Nie mogę jednak za bardzo pochwalić zespołu za ten utwór, jest zupełnie przeciętny. Delikatnie zmieniamy klimat przy „Amen”. To, co mi się tu najbardziej podoba i czego nie chcę pominąć to niezaprzeczalne ciepło w śpiewie Jona. Idealnie dopasowuje się do nastroju muzyki. Można powiedzieć, że utwór ten to swojego rodzaju kołysanka, prosta, lekka balladka. Dobrze, bardzo dobrze. Myślę, że w całym tym niedostatku mocy przy tej piosence odnajduję sens pomysłu. Aż chce się schować z kubkiem herbatki pod ciepłym kocem. Ach, coś pięknego. Następne na playliście mam „What the Water Made Me”. Tutaj właśnie odnajduję to, czego mi brakuje. Jak na razie najbardziej energiczny kawałek. Myślę, że świetnie nadaje się do podróżowania. Już pewnie nie raz wspominałam, że bez słuchawek w uszach z domu nie wychodzę. Wydaje mi się, że to bardzo przyjemny utwór na samotny, jesienny spacer, dojazd do szkoły czy pracy. Dalej jest „What’s Left of Me”, ciekawy kawałek. Mam wrażenie, że bardzo fajnie grałoby się go na ognisku. Cóż, żeby to sprawdzić muszę poczekać do wiosny, ale przynajmniej mam czas, żeby się nauczyć. W każdym razie, tworzy całkiem dobre tło do krótkich refleksji w gronie znajomych. Ósmy już utwór to „Army of One”. Muszę przyznać, że jest to jeden z moich ulubionych z tego albumu. Cenię go głównie za ciekawy tekst. Piosenki są dla mnie jak krótkie wiadomości, myślę, że z każdej z nich powinna płynąć jakaś informacja, inaczej równie dobrze mogłyby być instrumentalne. Z „Army of One” da się odczytać przesłanie może trochę banalne, ale bardzo prawdziwe i potrzebne wielu osobom. Cały ten tekst jest okraszony ciekawą linią melodyczną, dlatego sądzę, że warto przesłuchać ten kawałek. Następne jest „Thick As Thieves”. Tu podobnie jak w „Pictures of You” mamy kawałek nienajgorszej miłosnej balladki. Z tym, że „Thick As Thieves” jest bardziej filmowe, myślę, że całkiem nieźle nadawałby się jako soundtrack jakiegoś romansidła. Myślę też, że ten utwór zostanie ze mną trochę dłużej niż pozostałe piosenki. Cóż, jestem przecież kobietą, nigdy tak do końca nie wyzbędę się sentymentu do romansów. Zostały jeszcze trzy piosenki, a im dalej w las tym bardziej odczuwam ciepło i optymizm bijące z każdej z tej dwunastki. „Beautiful World” przypomina mi te kawałki z początku recenzji – ma predyspozycje, żeby zachwycić rzesze fanów, wystarczy ją wpuścić na antenę radiową. Ale nie zachwyci mnie. Mówcie, że jestem wybredna, proszę bardzo, ale czegoś mi tu brakuje. Może takiej trochę prywatności, odrobiny pokory, nie lubię piosenek tworzonych po to, aby stały się hitem. Brakuje mi tego, co jest w utworze „Room at the End of the World”. Pewnie marna ze mnie recenzentka, skoro nie umiem tego określić. Może to taki spokojny charakter, który przy refrenie zamienia się w spory hałas? Nie wiem, bardzo możliwe. Już przestanę się czepiać i przejdę do ostatniej piosenki, do „The Fighter”. Jak mogłoby się wydawać koncepcja ogólnie podoba do tej w „Army of One”, z tym, że „The Fighter” jest sporo spokojniejsze. Wydaje się cichsze, właśnie tak trochę niżej osadzone podobnie jak „I’m With You”. Płyta kończy się więc bardzo przyjemnym dla ucha, prostym, akustycznym utworem, który bardzo chętnie wybrałabym jako ostatni jak miałabym usłyszeć po ciężkim dniu.

      Pisanie o płytach takich jak ta, to czysta przyjemność. Cieszę się, że mogłam bliżej się jej przyjrzeć, jak również podzielić się moimi osobistymi przeżyciami. Widzę, że mam tendencje do skracania zakończeń, ale po prostu recenzje same w sobie wychodzą dość długie i nie widzę sensu zbędnego przedłużania. Dziękuję za uwagę, zachęcam do komentowania. Zachęcam również do podsuwania własnych propozycji, jeśli będą w miarę aktualne, bardzo chętnie je zrealizuję. Dziś już wystarczy, więc zapraszam za tydzień i jak zwykle życzę miłego, trochę dłuższego niż zwykle, weekendu. :)

„It’s easy to hate yourself but you must realize that the black part needs to be loved as well.”

                Nareszcie wyszło mi zebranie się w sobie i pisanie w miarę zgodnie z planem. Bardzo nie lubię zostawiać spraw na ostatnią chwilę, zawsze wolę być przeraźliwie za wcześnie niż się spóźnić. To spora ulga, po szeregu spóźnień mieć czas, ochotę, siłę i wenę by napisać normalnie. Dzisiaj chcę przedstawić album, który znam już od jakiegoś czasu i słuchając go ostatni pomyślałam: „Czemu nie?” Czytelnicy znający ten krążek na pewno z chęcią przeczytają o ciekawostkach, które uda mi się skądś wygrzebać, z kolei inni być może zainteresują się tak interesującą, nietypową muzyką. A zapowiada się naprawdę ciekawie, bo dzisiaj będzie notka o debiutanckiej płycie pięknej belgijki, który nosi tytuł taki sam jak jej pseudonim, czyli Selah Sue.

                Sanne Putseys urodziła się dwadzieścia cztery lata temu w niewielkim belgijskim miasteczku Leuven, a wychowała w pobliskim Leefdaal. Przeznaczeniem dziewczyny nie wydawała się być kariera muzyczna. Jako dziecko chciała zostać baleriną, ponieważ uczyła się tańczyć w wieku 6-12 lat. Gitarzystką i autorką tekstów jest odkąd skończyła 15 lat. Już dwa lata później zaproszono ją do studia i zaoferowano kontrakt płytowy. Warunkiem było jednak nagranie piosenek autorstwa jej niedoszłego producenta. Siedemnastoletnia Sanne odmówiła, ponieważ chciała śpiewać własne piosenki. Putseys postanowiła natomiast rozpocząć psychologię na Katholieke Universiteit Leuven. Śpiewała w lokalnych klubach w weekendy, a w dni powszednie uczęszczała do liceum. Nagrywała domowe albumy w domach przyjaciół, publikowała szkice na Myspace, na co internauci zareagowali bardzo pozytywnie. Przyciągnęło to uwagę profesjonalistów oraz wydawnictwa Because Music, co w końcu zaowocowało kontraktem płytowym. Wtedy zajęto się produkcją pierwszego albumu Selah Sue. Debiutancki album Sanne zatytułowany jej pseudonimem został wydany w 2011 roku i osiągnął spory sukces. Sprzedano go bowiem w ilości ponad 720,000 egzemplarzy w Europie, w samej Francji 320,000. 28 sierpnia 2012 został też wydany w Stanach Zjednoczonych, gdzie spotkał się z równie pozytywnymi opiniami. Krótko mówiąc, marzenia artystki spełniły się w dwa lata. Ze zwykłej belgijki szybko zmieniła się w znaną na całym świecie, cenioną młodą piosenkarką. Jest teraz artystką z grupy młodego pokolenia, dla którego muzyka nie ma granic. Łamiąca granice, łącząca gatunki Selah Sue od momentu wydania debiutanckiej płyty wyraźnie i umiejętnie definiuje własny styl muzyczny ocierający się o gatunki takie jak soul, hip-hop, funk i reggae.

                 W Polsce jej muzyka przyjęła się zadowalająco dobrze. Tylko ubiegłej jesieni Selah wystąpiła w naszym kraju aż pięć razy. Dodatkowo 12 grudnia 2012 płyta osiągnęła status platynowej po sprzedaniu dwudziestu tysięcy egzemplarzy. Mimo to, wydaje mi się, że Selah Sue nadal kojarzona jest jedynie jako autorka piosenki „This World” wykorzystanej do reklamy batonów Kinder Bueno. Chciałabym trochę bardziej przybliżyć twórczość dość nietuzinkowej, niezwykłej kobiety.

                 Selah Sue nazywana jest europejskim odpowiednikiem Erykah Badu i Lauryn Hill. Tematyka jej piosenek jest niezaprzeczalnie trudna. Jak udało mi się przeczytać, młoda artystka twierdzi, że nauka psychologii pomaga lepiej zrozumieć emocje, które są czymś, z czym musi zmagać się prowadząc karierę muzyczną. Artystka nie boi się podejmować zgubnego tematu depresji, jej przełamywania, radzenia sobie w życiu mimo coraz częstszego widzenia braku sensu. Przyznaje się, że w muzykę przelewa własne emocje. Łatwo jest więc stwierdzić, że Selah jest lub częściowo czuje się dotknięta depresją. Oczywiście to bardzo dobrze uwidacznia się w utworach gatunkowo zbliżonych do soulu, ale co zaskakujące – nawet te pozornie radosne, skoczne utwory funkowe czy reggae są okraszone dość ciężkim tekstem. Zaraz wszystko stanie się jasne, gdy przeanalizujemy poszczególne piosenki.

 

                Pierwszy na liście jest wspomniany utwór „This World”. Osobiście uważam go za jeden z lepszych na płycie i wcale się nie dziwię, że został wybrany do reklamy. Jest niesamowicie klimatyczny i zabarwiony swojego rodzaju intrygą i tajemniczością. Mam jednak taki dziwny nawyk budowania w sobie niechęci do najbardziej znanych utworów danego artysty. Odbieram też (być może mylne) wrażenie, że dla niektórych piosenka ta stała się „tą z reklamy” i straciła swoje pierwotne znaczenie. We mnie budzi się zwierzę, chcę wyśpiewać, wykrzyczeć nawet każde słowo tej piosenki, a przyjdzie ktoś i zapyta: „oo, to jest to z Kinder Bueno?”. No po prostu ręce opadają. Dalej mamy chyba najbardziej hip-hopowy kawałek, czyli „Peace of Mind”. Tu Selah nabiera takiej pewności siebie, takiej grozy w głosie, że po prostu brakuje słów. Artystka bardzo przekonująco śpiewa o zagubieniu w świecie, w ciemności. Nawet nazywa świat jedną wielką wojną. Podobnie jak następny utwór cenię go za rozszerzanie moich horyzontów. A to dlatego, że kolejna piosenka – „Raggamuffin” zahacza o gatunek, za którym nie przepadam, czyli reggae. Nie mam pojęcia jak Selah to robi, ale po raz kolejny śpiewam zamiast pisać. Nie jest to typowe reggae, bardziej taka mieszanka z rapem. Może brzmi to śmiesznie, ale… no nie jest inaczej. Następnie słyszymy „Crazy Vibes”. Tu z kolei przykład takiej ogniskowo – ulicznej piosenki. Znowu dość śmieszne, mało profesjonalne określenie, no ale cóż, profesjonalistką jeszcze nie jestem. Piszę, co słyszę. A po zamknięciu oczu przy tej piosence widzę dziewczynę z gitarą i kawałkiem zespołu umilającą dzień przechodniom na jakiejś londyńskiej, czy nowojorskiej ulicy. Kolejny numer jest równie interesujący. Zupełnie nie wiem, jak mam określić „Black Part Love”. Przyznam, że nigdy nie słyszałam niczego podobnego, a to bardzo dobrze! Krótko mówiąc, utwór jest o pokonywaniu w sobie słabości, budowaniu zdrowej samooceny, a bynajmniej nie jest rzewny. Jest w nim odrobina wcześniej wspomnianej uliczności, ale zdecydowanie większy procent klimatu tej piosenki tworzy elektronika. Za co właśnie cenię Selah. Tak niebanalnie potrafi połączyć nowoczesne dźwięki z żywym instrumentem i w dodatku okrasić to wszystko nienagannym wokalem. Brawo. „Black Part Love” to chyba mój ulubiony utwór, podobnie jak następny w kolei – „Mommy”. Nie trzeba dużo myśleć, by wyjść z założenia, że jest to ukłon w stronę mamy artystki. Słuchając tej piosenki można się na chwilę zatrzymać. Bardzo prosta melodia, jedna z takich, które ubóstwiam, do tego niezawodny głos Selah. Następne, dość lekkie „Explanations”. Tą lekkością uciekamy z wokalistką od zbędnych przemyśleń. Cenię ten kawałek za prostotę. Jak wcześniej wspominałam, piosenki Selah potrafią być bardzo wyszukane składniowo, dość rozbudowane. „Explanations” jest inne, ot, zwykła gitarowa, ciekawa pioseneczka. Dalej jest duet z niejakim Cee Lo Green. Kawałek „Please” przypomina mi trochę klimat filmów z Jamesem Bondem. Ma w sobie niepowtarzalną wykwintność. Należy podkreślić, że wokal Cee Lo Greena, również jest niesamowicie głęboki. Żeby już nie przedłużać przejdę do dziewiątej już piosenki. „Summertime” jest najbardziej depresyjną piosenką na tej płycie, nie mogę jednak pominąć faktu, że moją bezsprzecznie ulubioną. Takim mianem może się pochwalić głównie przez swój charakter. Uwielbiam takie bluesowe kawałki. Powiem więcej, przestaje się liczyć to, co jest dla mnie bardzo ważne – tekst piosenki. Przypomina mi się jak przy Atlasie Chmur zachwycałam się soundtrackiem. „Summertime” mogłoby być instrumentalne i nie straciłoby wcale w mojej ocenie. Mimo to, uwielbiam sobie podśpiewywać tę piosenkę, w sumie, jak prawie wszystkie z tego albumu. A żeby takiego rozkojarzenia nie było za wiele po niespełna 5 minutach piosenki następuje „Crazy Sufferin Style”. Nie wiem co tu wstępuje w Selah. Po porównaniu dwóch tych piosenek można odnieść wrażenie, że wykonują je zupełnie inne osoby. To się nazywa różnorodny album! „Crazy Sufferin Style” jest w moim odczuciu zabawą, bardzo cenię artystów umiejących bawić się muzyką, dlatego Selah znowu zgarnia u mnie sporego plusa. Przedostatnim już utworem jest niepowtarzalne „Fyah Fyah”. To dzięki tej piosence już chyba 1,5 roku temu zapoznałam się z muzyka Selah, muszę tu umieścić link do akustycznego wykonania tej piosenki, który zauroczył mnie na tyle, że postanowiłam zaznajomić się z resztą piosenek. Oto on:

Co mogłabym napisać? Powtórzyć, jak bardzo uwielbiam zmiany tempa w muzyce? Jak bardzo cenię proste, gitarowe piosenki z akompaniamentem oryginalnego wokalu? Może spróbować określić dość trudny gatunek tej piosenki? Nie. Żadnymi słowami nie potrafię określić tej piosenki. Czyste emocje. Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z tym utworem, radzę zagłębić się również w ciekawy jego tekst. A na końcu mamy jeszcze „Just Because I Do”. Zaczyna się dość ciężko, rytmicznie, można powiedzieć hip-hopowo (?). Potem, łącznie z wokalem, ten ciężar się utrzymuje. Selah i producenci albumu zadbali, by ich pracy nie dało się zapomnieć. Ostatni kawałek jest odrobinę bardziej elektroniczny, za to podobnie jak reszta albumu jest tak dopracowany, że nawet mi – przeciwniczce elektro – zupełnie to nie przeszkadza. Myślę, że do wszystkiego należy mieć wyczucie, a w przypadku tej piosenki artystce nie można wyczucia odmówić.

 

                Dzisiaj wyszło strasznie długa ta moja rozprawka, nie będę już zbędnie przedłużać. Mam wrażenie, że się powtarzam, ale powiem jeszcze na wylocie, że album Selah Sue jest naprawdę godny przesłuchania. Mimo to, jak zwykle opinię każdy wyda we własnym zakresie. Zapraszam do czytania za tydzień, wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiam i życzę miłego dnia. :)

„Z dala od zgiełku miast i gonitw, złych myśli, co szklą się na twej skroni.”

     Po małym kryzysie twórczym wracam, mam wrażenie, wypoczęta. Sama zdziwiłam siebie własnymi myślami. Czasami trudno jest zdrowo i z rozsądkiem spojrzeć na sytuacje, które pojawiają się na naszej drodze. Jeszcze tydzień temu nie mogłam przestać zaprzątać sobie głowy kumulującymi się problemami, dziś już widzę trzeźwo każde z nich osobno. Każde z nas czasem musi rzucić wszystko w kąt i odetchnąć, by móc ujrzeć problemy takie, jakimi w rzeczywistości są. To porzucenie trwa krócej, lub dłużej. W moim przypadku było to kilka burzliwych dni, a w przypadku artystki, o której dziś piszę – dobre piętnaście lat. Dla mnie jest ogromną nadzieją i dumą polskiej sceny muzycznej. Zaraz obok Kasi Kowalskiej, Nosowskiej, koło Perfectu stoi dzielnie broniąc naszej polskiej muzyki. Jej muzyka jest jak księga cytatów – znajduję w niej niebanalne przemyślenia, zbudowane zawsze z tych samych słów, a za każdym razem znaczące co innego w zależności od tego, co mnie boli. Dziś prezentuję wyczekane przez fanów „Renovatio” Edyty Bartosiewicz.

 

  Do niedawna muzykę Edyty Bartosiewicz postrzegałam za muzykę martwą. Tak samo jak muzykę Nirvany, Queen czy Pink Floyd. Uwielbiam te zespoły i żałuję, że nigdy nie poczuję tego dreszczyku emocji, kiedy napada tydzień przed premierą nowej płyty kochanego artysty. A dziś pani Edyta udowadnia mi, że jej muzyka martwa absolutnie nie jest.

   Edyta Bartosiewicz w czasach, kiedy ja chodziłam uczyłam się literek była chyba jedną z najpopularniejszych wokalistek w Polsce. Jej kariera zaczęła się dość niepozornie, najpierw płyta z krótkotrwałym zespołem, potem pierwsza solowa, która nie odbiła się szczególnie ogromnym echem. Pani Bartosiewicz stawała się coraz bardziej popularna, zdobywała nagrody, m.in. Bursztynowego Słowika zdobyła w tamtym czasie. Sprawy toczyły się chyba dość naturalnie, odstępy między kolejnymi płytami były dość regularne, każda z nich zawierała też utwory znane i kochane do dziś. Najpierw usłyszeliśmy „Sen”, potem „Szok’n’Show”, dalej „Dziecko”, aż w końcu jesienią 1998 roku album „Wodospady”. Krążek podbił serca Polaków, podobno nazywany był nawet najdojrzalszym dziełem Edyty. Potem artystka trochę usunęła się w cień, ale nadal była aktywna zawodowo.  Pisała m.in. teksty do utworów Justyny Steczkowskiej, współpracowała też z Anitą Lipnicką. W 2002 roku zaczęła współpracę z nowym wydawcą i w tym samym roku pojawił się singiel „Niewinność”, zapowiadający nowy album. Płyta, choć planowana na „za niedługo”, miała datę premiery wielokrotnie przesuwaną. Kiedy w końcu miała ukazać się w sklepach zmarł menedżer, organizator koncertów i największy przyjaciel Edyty, Jacek Nowakowski. Artystka odwołała więc premierę płyty. Wokalistkę na scenie po raz ostatni można było zobaczyć 5 lipca 2008 roku. Po przeczytaniu starszych wpisów na stronie raczej godnej zaufania (
http://edytabartosiewicz.wordpress.com
) można łatwo dojść do wniosku, że prób powrotu było wiele. Jedna z pierwszych miała miejsce w połowie 2009 roku, ale podobnie jak wiele następnych – była próbą nieskuteczną.

   Teoretycznie „Renovatio” wcale nie jest nowe. Większość materiału powstało w 2002 roku i czekało na nagranie i wydanie publiczności. Muzyka gotowa, fani też – gotowa nie była Edyta. Dlaczego nie wracała, dlaczego tak ciężko było jej stawić się na scenie nie wiem, chyba nikt z poza kręgu najbliższych znajomych nigdy się nie dowie. Sama artystka jako powód podaje niekończący się stres jako powód uszkodzenia jej strun głosowych. Oczywiście są też rzesze „jajek mądrzejszych od kury” rzucających pomysłami takimi jak problemy z używkami, załamanie emocjonalne i zakleszczenie się w sidła perfekcjonizmu. Sądzę jednak, że nie należy szukać dziury w całym. Muzyk też człowiek.

 

   Album „Renovatio” otwiera utwór „Pętla”, który dokładnie oddaje to, w jakiej sytuacji życie postawiło artystkę. Podoba mi się połączenie typowej „bartosiewiczowej” melancholii ze szczyptą elementów muzyki współczesnej. Szczególnie przyjemnie przypomina wcześniejszy dorobek Edyty. Utwór jest bardzo ciepły, podobnie jak reszta albumu, mimo tekstu nie do końca uderzającego wesołością. Nie można też zapomnieć właśnie o niebanalnych słowach w piosenkach artystki. Zawsze były dla mnie czymś, do czego chce się wracać. Dalej mamy tytułowe „Renovatio”. To jedna z takich piosenek, przy których się nie myśli. Ot, człowiek się wyłącza. Ten utwór jest dla mnie takim kopniakiem, zastrzykiem pozytywnej energii. Wczoraj zdarzyło mi się dyskutować z siostrą i szwagrem na temat kategoryzowania muzyki a propo poprzedniego wpisu. Myślę, że mam prawo stwierdzić, że utwór „Renovatio” jest dosyć rockowy. Doszłam bowiem do wniosku, że wszystko jest względne i porównując ten utwór do piosenek typowo popowych nie da się odmówić mu rockowej rytmiczności, elektrycznych gitar, perkusji. Uważam też, że muzyka nie jest encyklopedyczna, nie można jasno stwierdzić, co można zaliczyć do danej grupy, a co nie. Trzeci utwór to przedpremierowy singiel „Rozbitkowie”, który już chyba dał się usłyszeć w paru miejscach. Gdzieś udało mi się przeczytać, że płyta jest pozbawiona radiowych hitów. Osobiście nie jestem tego zdania. Utwór wyjątkowo nadaje się do swojej roli, przypomina czasy świetności Edyty, uświadamia, że wróciła, że nadal jest i tworzy tak samo dobre piosenki jak kiedyś. Tak, to piosenka, która poniekąd przynosi ulgę. Ale zapomnijmy, o tym, co było kiedyś. Przejdźmy do zupełnych nowości. Czwarty utwór nosi tytuł „Italiano”. Tu dużo bardziej słyszalne są elementy nowoczesnej muzyki, ale w sposób na tyle subtelny, że mi, kompletnemu technofobowi, to nie przeszkadza. Głównym motywem utworu jest wypowiedź skierowana do dawnej miłości. Myślę, że warto mieć sentyment. Nigdy nie chciałabym źle myśleć o kimś, kto był kiedyś dla mnie ważny. Cóż, różnie się sprawy w życiu toczą, ale po co komu ten gniew, po co pretensje? Zupełnie nie rozumiem koleżanek, które opowiadają jakie to gnojki z tych ich dawnych miłostek. Nie wiem, co mogłabym jeszcze w tej sprawie napisać. Moim zdaniem nie ma sensu rozsiewać starego rozgoryczenia. Można się ewentualnie uśmiechnąć z zażenowaniem. „Italiano” jest takim pozytywnym utworem, mimo, że mówi o jakimś tam starym uczuciu. Następny z kolei, czyli „Zbłąkany Anioł” jest lekkim, gitarowym kawałkiem. Trochę kojarzy mi się z klimatem ogniskowym. Naprawdę zaczynam teraz myśleć, żeby sięgnąć po gitarę i nauczyć się go grać. Jaka szkoda, że gitara została te 40km na południe (piszę z domu, gitara na stancji). „Zbłąkany Anioł” budzi we mnie chęci do robienia czegokolwiek, czego nie mogę powiedzieć o wszystkich piosenkach Edyty Bartosiewicz. Podobnie jak „Rozbitkowie”, prawie sprawił, że zaczęłam śpiewać z całych sił mimo chorego gardła i słuchawek na uszach. Kolejny dość ciekawy przypadek – utwór „Niewinność”, który premierę miał dobre parę lat temu. Przypomina mi o starej znajomej, z którą nie mam już tak dobrego kontaktu jak kiedyś. Chyba nie miałybyśmy już o czym rozmawiać, ale mimo to żałuję, że nie ma już jej tyle w moim życiu ile było kiedy miałyśmy po 13 lat. Żałuję, że nasza przyjaźń nigdy nie dojrzała, nigdy nie umiałyśmy rozmawiać o sprawach, które teraz wydają się dla mnie zupełnie naturalne. Przyjaźń została gdzieś tam w ławkach podstawówki. Jeszcze do studiów rozmawiałyśmy od czasu do czasu. Potem ona wyjechała w jedną stronę, ja w drugą równie daleko. Ale ja wróciłam, ona przyjechała na wakacje i mieszkałyśmy parę miesięcy znów tak blisko siebie i nawet się nie minęłyśmy, nawet nie porozmawiałyśmy. Ale koniec sentymentów! Następny numer to „Cień”. Najciemniejszy, najgłębszy. Edyta śpiewa tak potężnym, niskim głosem. Świetna piosenka na smutki, świetna do zasypiania, świetna do nauki. Lubię takie ciężkie, psychodeliczne klimaty. A dalej w kolejce mamy znaną już niektórym „Madame Bijou”. Edyta po raz pierwszy zaśpiewała ten utwór na Orange Warsaw Festival w 2010 roku. Tu znowu odkrywamy typową „bartosiewiczową” atmosferę, trochę przypominającą stary, jeden z najpopularniejszych utworów Edyty, czyli „Opowieść”. Ten kawałek ma jednak z sobie tę dozę nadziei i dobrych myśli, których w „Opowieści” brakuje. Dalej jest numer dziewięć o przewrotnym tytule „Ryszard”. To imię zawsze będzie mi się kojarzyć z polonistą z liceum, więc mogę odbierać ten utwór dość subiektywnie. Nie mogę się nie zaśmiać słysząc „Ryszard z kwiatem w dłoni, pijany kołysaniem traw” i wyobrażając sobie okrągłego, łysawego flegmatyka, który nie umiał zapanować nad gromadką rozszalałych nastolatków. Dlatego przejdę do „Żołnierzyka”. I znowu te gitary! Tylko usiąść i grać, albo lepiej położyć się i słuchać nienagannej muzyki Edyty. Trochę przypomina mi utwór, o którym zapomniałam wspomnieć. Bowiem jakiś czas przed wydaniem płyty Edyta nagrała bardzo ciepłą piosenkę do filmu o Kubusiu Puchatku – „Witaj w Moim Świecie”. Tu też czuć taką potulność, czułość, prawie bliskość. Bardzo uroczy utwór, podobnie jak „Orkiestra Tamtych Dni”. Klimatyczny kawałek, trochę rytmem przypominający reggae. Spodobałby się mojej mamie. Tu Edyta znowu wspomina dawne czasy, które przyznam szczerze, zachęcają by usiąść jak przedszkolaki w kółeczku, zamknąć się i słuchać. Ja fanką reggae nie jestem, dlatego nie jest to mój ulubiony utwór. Za to kolejny singiel „Upaść, By Wstać” dużo bardziej zasługuje na takie miano. Nie chcę nic nikomu wypominać, bo z racji tego, co pisałam przy „Italiano” nie chcę wyjść na hipokrytę. „Co było odeszło, szkoda tylko Twojej zbolałej głowy” to właśnie taka deklaracja, że nie ma sensu trzymać w sobie niepotrzebnych nikomu goryczy. Trzeba pozwolić sobie i komuś minąć ten okres, którego nie ma sensu zbędnie przedłużać. Ostatnia już piosenka, czyli „Tam, Dokąd Zmierzasz” miała pierwotnie być utworem tytułowym. Dopiero kilka lat temu Edyta zdecydowała się na „Renovatio”. Trzynastka, niby nieszczęśliwa, dla mnie przynosi tak potrzebne ostatnio wyciszenie. Zawsze zastawiałam się, dlaczego ludzki organizm nie ma takiego zwykłego wyłącznika emocji. Widać, można go znaleźć w muzyce. Spokojna, prawie bluesowa piosenka to wszystko, czego teraz potrzebuję. Chciałam tu przytoczyć jakiś ciekawy fragment, ale chyba musiałabym wpisać cały tekst.

    Edyta Bartosiewicz zawsze była dla mnie sztandarowym przykładem dobrej polskiej wokalistki. Naprawdę bardzo cieszę się, że wróciła na scenę i dalej będzie karmić mnie swoim ciepłym głosem, nieskomplikowanym gitarowym brzmieniem i wyjątkowymi tekstami. Jestem też oczarowana wyczekiwanym przez lata albumem. Dziś już kończę, ale proszę wierzyć, że Edyta podbudowała mnie troszeczkę do działania. Nie będzie żadnej przerwy, nie będzie żadnym zmian. Zapraszam więc za tydzień i życzę wszystkim miłego tygodnia. :)