„If there’s a future we want it now.”

   Zacznę od słowa wstępu. Po pierwsze, mimo pojawienia się propozycji na temat dzisiejszych rozważań, musiałam z niej zrezygnować. Tak jak mało który ogrodnik wypowiada się o fizyce kwantowej, tak samo ja nie bardzo potrafię pisać o czymś, co mnie zupełnie nie pociąga. Dlatego po chwili przesłuchania proponowanego materiału zdecydowałam się omówić dziś coś innego. Po drugie, jestem raczej zmienną osobą, a zauważyłam, że wszystko, o czym tu piszę jest trochę patetycznie ubrane. Chcę dziś pokazać, że nie wszystko, co lubię jest takie piękne, idealne, głębokie i liryczne. Lubię też czasami posolić sobie życie odrobiną mocniejszej muzyki. I może zaraz znajdzie się ktoś, na pewno nie jeden, kto zacznie wyśmiewać się z dzisiejszego tematu – proszę bardzo. Dziś będzie o najnowszej płycie zespołu Paramore wydanej w kwietniu tego roku. Może nie jest to najostrzejsza strona rocka, ale uważam, że płyta jest godna uwagi, dlatego dziś o niej trochę popiszę.

    Paramore jest uważane za zespół raczej komercyjny i przyznam, na podstawie znajomości poprzednich płyt można było tak odczuć ich muzykę. Mi osobiście to nie przeszkadza. Może dałam nabrać się w jakieś biurokracze sidła, nie wiem. Może słucham to-nie-rock’a, czy tzw. rocka dla dziewczynek. Nie dbam o to. Wcześniejsze płyty były rzeczywiście dość jednolite, ta za to jest dużo bardziej różnorodna i mimo że niektóre piosenki brzmią tak, jakby były robione specjalnie do radiowych list przebojów, lubię ją. Bo mówiąc szczerze, która piosenka nie jest tworzona dla pieniędzy? Tak naprawdę każdy muzyk jest człowiekiem, który chce zarobić na tym, co robi. Płyta składa się z siedemnastu piosenek. Gdybym omawiała każdą po kolei, nie zmieściłabym się w ramach długości notki zachęcającej do czytania. Dlatego piosenki postaram się pozbierać w jakieś logiczne grupki i omówić je razem.

   Ale wcześniej postaram się opowiedzieć trochę o wokalistce. Charyzmatyczna Hayley Williams sama przyznała w którymś z wywiadów, że ta płyta to dla niej swojego rodzaju przełom. Mówi, że lubi śpiewać piosenki z tej płyty, bo wreszcie może nazwać to śpiewaniem, a nie wrzeszczeniem. I niezaprzeczalnie prawda. Wystarczy posłuchać paru nagrań akustycznych wersji piosenek. Hayley brzmi dużo przyjemniej. Wcześniej słuchając Paramore tłumaczyłam sobie – to jest rock, taki urok tej muzyki, nic nie musi być idealne. Ale da się. Można zrobić ciekawą rockową muzykę z profesjonalnym podejściem do spraw wokalnych. Duży plus za to. Właściwie po tej płycie nie lubię już poprzednich.

   Płyta ma tytuł taki, jak nazwa zespołu. To podobno ma oznaczać jakieś ponowne odrodzenie grupy pod odejściu braci Farro, który byli jej współzałożycielami. Omawianie zacznę od dwóch utworów, które stały się reklamą albumu zanim jeszcze można było posłuchać go w całości. Jest to pierwszy singiel z płyty „Now” (2) i późniejszy radiowy hit „Still Into You” (9). Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę „Now” byłam zawiedziona. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego zespół poszedł w tak elektryczny klimat. „Still Into You” z kolei przestraszył mnie swoją komercyjnością, choć uznałam go za bardzo ciekawy. Dziwne jednak było to uczucie usłyszeć Paramore w polskim radiu i widzieć koleżanki podskakujące i krzyczące: „Ooo! Lubię tą piosenkę!!” tak, jakby to była Rihanna czy inna Lady Gaga. Do obu utworów w końcu się jednak przekonałam. Jak już pisałam głównie ze względu na dobry wokal i ciekawy klimat. Dalej należy wspomnieć, że różnorodność album głównie zawdzięcza trzem interludiom „Moving On” (5), „Holiday ” (11) i „I’m Not Angry Anymore” (15). To bardzo proste utwory składające się tylko z wokalu i (bodajże) banjo. Lubię je, chociaż nie grzeszą długością. Chociaż zespół zarzeka się, że tak nie jest – w wielu piosenkach, czuć dozę goryczy po odejściu braci Farro z zespołu. I tu mówię o kilku utworach: „Fast in My Car” (1), „Grow Up” (3), „Anklebiters” (10) i „Be Alone” (16). Mimo mojego szczerego zadowolenia w związku z powstaniem tych piosenek, muszę stwierdzić, że to takie kolce, które zespół chciał wbić braciom Farro za odejście z grupy. Takie oświadczenie „spójrzcie jak nam dobrze bez was”. Kolejny utwór o jakim chcę wspomnieć to „Part II” (7). To też takie połączenie z przeszłością. Jest to bowiem kontynuacja utworu „Let The Flames Begin” ze starszego albumu. Moim zdaniem wcale tej piosenki nie przypomina, jedynie część tekstu zaczerpnięta jest z tej rzekomo pierwszej części. Dalej „Ain’t It Fun” (6) i „Last Hope” (8) – dwa najlepsze kawałki z płyty. Szóstka swoją energetyką, ósemka delikatnością, obie pobudzają do działania. Bardzo dobre do posłuchania, kiedy dni zaczynają się tak ciężko i deszczowo jak teraz. Podobnie „Daydreaming” (4) i „Proof” (12). Zaczynają się spokojnie, ale z czasem stają się zastrzykiem energii, której źródła tak trudno znaleźć budząc się wcześnie rano i widząc tę okropną szarówkę za oknem. A kiedy już człowiek się rozbudzi, pojawi się uśmiech na jego twarzy Paramore podaje kolejne dwie piosenki. Idealnie, czule wprowadzające w chwilę z własnymi myślami „Hate To See Your Heart Breaks” (13) i „(One of Those) Crazy Girls” (14). To dwie najdelikatniejsze piosenki tego zespołu. To wspaniałe, że zespół rockowy potrafi stworzyć coś tak niesamowicie subtelnego. To właśnie to, czego szukam w muzyce. Ludzie nieograniczający się do jednego gatunku, umiejący wyjść poza granicę. Brawo. I na koniec perełka. Ostatni na liście utwór „Future” (17). Zaczyna się tak cicho i spokojnie. Na początku to prosta pioseneczka z przeciętnym wokalem i melodią. Później wokal się kończy i przez parę dodatkowych minut mamy miażdżący kawałek mocnej, ciężkiej muzyki. Genialny kawałek na zakończenie płyty.

 

   Cały album jest niewątpliwie krokiem do przodu dla zespołu. Odcinają się od przeszłości. Tworzą nową teraźniejszość. Opinię oczywiście wystawi każdy sam we własnym zakresie, ale myślę, że moją rolą jest poprosić szanowne internetowe hejterstwo o szansę dla Paramore. Co z tym godnym zauważenia kawałkiem muzyki państwo zrobią, to już nie mój problem. Widzimy się za tydzień, obiecuję, że będzie znowu nudno i lirycznie.

    Życzę miłego weekendu i pozdrawiam.

 

„Life is no garden of roses, roses just wither and die”

Album "Roses".

Tydzień miałam dość zabiegany, a pierwsza recenzja nie odbiła się szczególnie potężnym echem, ale jest sobota i przyszedł czas na kolejną porcję szczęścia. Tym razem z wielką fascynacją prezentuję album, który jest dla mnie arcydziełem, pocieszeniem, chwilą relaksu i powodem do krótkiej refleksji. Dzisiejszym tematem jest wydany w 2012 roku album „Roses” jednego z moich ulubionych zespołów, czyli The Cranberries.

Płyta jest utrzymana w spokojnym, gitarowym klimacie wzbogacona perkusją i niezawodnym głosem wokalistki. Okładka albumu jest nadzwyczaj prosta. Białe tło prezentujące w środku graficznie podkoloryzowane zdjęcie grupy. Przyznam, że nawet sama oprawa graficzna bardzo mi się podoba.

Przejdę teraz do poszczególnych piosenek. Pierwszą z nich jest utwór „Conduct”. To ballada opowiadająca o rozterkach w związku, o przemyśleniach, czy para ma jeszcze przyszłość. Moim zdaniem to bardzo rytmiczna piosenka, świetnie nadająca się do słuchania w podróży, linia melodyczna perkusji nieodłącznie kojarzy się z dźwiękami pędzącego właśnie pociągu. Kolejnym utworem jest singiel promujący płytę- „Tomorrow”. Nie rozumiem tego zjawiska, ale odkąd po raz pierwszy posłuchałam tej piosenki, mam wrażenie, że znam ją od dawna. Zespół trafnie wybrał singiel, „Tomorrow” jest bardzo skocznym, chwytliwym utworem. Jego tekst mówi o tym, że ludzie za bardzo przejmują się drobnostkami, za dużo myślą. Dalej na liście mamy „Fire&Soul”. Muszę przyznać, że to chyba najbardziej relaksująca piosenka na całym albumie. Na bijące z piosenki zaproszenie do odpoczynku składa się prosta, optymistyczna melodia, świetnie dobrane instrumenty i oczywiście głos Dolores O’Riordan. Czwarta piosenka jest raczej mniej wesoła, ale to nie znaczy, że jest melancholijna czy smętna. Sam tytuł „Raining in my heart” mówi dużo. Ogólnie rzecz biorąc, piosenka jest o tęsknocie za kimś, kto odszedł. Jest bardzo melodyczna i chyba do niej mam największy sentyment, bo jest jedną z takich piosenek do słuchania po rozstaniu z kimś, która nie sprawia, że popadam w depresję. „Raining in my heart” jest też jedną z piosenek o najmocniejszych, najwyraźniejszych emocjach. Kolejna- „Losing my mind” ma tak naprawdę podobną koncepcję, co poprzedniczka. To, co w niej cenię to różnice tempa między refrenem i zwrotkami. Zwrotki spokojne, jakby zwykłe słowa kierowane w rozmowie, za to refren to kulminacja emocji, wykrzyczenie ich rozmówcy. Taka separacja emocji, różnice w rytmie zawsze mi się podobały. Następną piosenką jest „Schizophrenic playboys”. Powiem dość niepewnie, bo wszystkie piosenki są moim zdaniem świetne, ale ta jest wyjątkowo dobra. Jest swojego rodzaju ostrzeżeniem przed ludźmi skłonnymi wykorzystać seksualnie młode osoby. Oprócz mądrego przekazu ubranego w ciekawy tekst, doceniam też pracę muzyków niezajmujących się wokalem. To zdecydowanie najmocniejsza, najbardziej rockowa piosenka na albumie, a muszę przyznać, że trochę mi tego rocka brakuje. Zawsze, kiedy zdarzy mi się wysłuchać tej piosenki przed wyjściem z domu, budzi się we mnie jakiś niepokój. Dziwne, muzyka chyba za mocno na mnie wpływa. Doszliśmy już do siódmej piosenki, którą jest „Walking in Walthamstow”. Przyznam, że przy pierwszym przesłuchaniu płyty, nie spodobała mi się zbytnio. Nadal nie jest to mój ulubiony utwór, ale przekonałam się do niego. Tekst opowiada o dawnym miejscu spotkań, o myśleniu o dawnym ukochanym, o rozczarowaniu. To jest właśnie taka piosenka, która prowadzi mnie do depresji. Smutna, ciężka melodia, depresyjny wokal. Dzięki temu powstała muzyka do słuchania po zerwaniu. Dalej jest utwór „Show me”. Zwrotka przypomina mi trochę muzykę z westernów, a refren – jeśli mogę to powtarzanie słów tytułu nazwać refrenem – jest dość monotonny. Mimo tego nieco odrzucającego opisu, zespołowi udało się skleić z tego całkiem niezły kawałek mówiący głównie o niepewności, są to prośby o wskazanie kierunku w życiu, o bycie wsparciem. Następnie mamy, chyba mój ulubiony, utwór „Astral Projections”. Podobnie jak „Losing my mind”, ma tę wspaniałą zmianę tempa. Refren z całkiem niezłym wykopem może być ciekawym gitarowym wyzwaniem. Tematyka utworu też jest ciekawa, bo mówi on głównie o świadomym śnieniu. Warto się zagłębić w ten temat. Sama osobiście nie próbowałam, ale podobno fajna sprawa. A wracając do płyty – już dziesiąty kawałek, ten chyba najbardziej odprężający, czyli „So good”. To głównie gitarowa piosenka z – o ile mam w miarę dobry słuch muzyczny – delikatnym perkusyjnym wsparciem. Jak tak sobie słucham i myślę, doszłam do wniosku, że całkiem nieźle nadawałaby się na różne ogniska, ale dla mnie jest taką osobistą kołysanką, wyznaniem, które chciałabym codziennie wieczorem śpiewać ukochanemu do ucha. Bo, jak nie trudno się domyślić, to utwór z miłosnym wątkiem. Na koniec tytułowa piosenka „Roses”. Spokojna, prosta ballada o życiu, chyba najbardziej depresyjna z wszystkich jedenastu. Depresyjna, ale według mnie najpiękniejsza i najbardziej inspirująca. Cieszę się, że jest ostatnia. Czeka się na nią. Jest wyciszeniem. Jest też naprawdę pięknym zakończeniem dzisiejszej recenzji.

Jak już widać, to koniec na dziś. Zapraszam za tydzień na kolejną recenzję. Teraz najpewniej można spodziewać się tematyki filmowej, ale wszystko zależy od tego, co wpadnie mi do głowy. Czekam więc na komentarze i życzę miłego tygodnia.

A.P.