„Jutro może być równie odległe jak wieczność. Albo równie bliskie.”

     Ktoś kiedyś powiedział, że zasady są po to, aby je łamać. Mówi się też, że od każdej reguły jest wyjątek. Ja raczej uważałam te stwierdzenia za dość bzdurne, traktowałam bardziej jako słaby tekst, kiedy komuś braknie argumentów w dyskusji. Dziś, może trochę wychodząc na hipokrytkę, w szeregu dość nowych albumów i filmów chciałabym umieścić powieść dwa razy starszą ode mnie. Kolejna pozycja wygrzebana z maminej półki. Od moich maleńkich lat straszyła mnie okładką o tak intensywnej czerni, jakiej mój dziecięcy mózg nie umiał zignorować. Mogę śmiało powiedzieć, że intrygowała mnie od zawsze i cieszę się, że wreszcie zdecydowałam się ją przeczytać. Sądziłam, że nie przepadam za kryminałami, ale zdecydowanie zbyt pochodnie podjęłam tę decyzję. Zapraszam do tajemniczego świata w nie najnowszej, ale godnej uwagi powieści „Gdzie przykazań brak dziesięciu” z pod pióra Joe Alexa.

     „Joe Alex” to pseudonim polskiego, zmarłego w 1998, pisarza Macieja Słomczyńskiego, autora wielu powieści, w sporej części kryminałów. Przyznaję się bez bicia – „Gdzie przykazań brak dziesięciu” to pierwsza książka jego autorstwa, którą przeczytałam, więc nie mogę za bardzo odnosić się do poprzednich czy następnych, ale jeszcze wszystko przede mną. Postaram się jednak wspomnieć tu parę informacji wygrzebanych w internecie lub usłyszanych kiedyś od mojej mamy – fanki Joe Alexa. Książka po raz pierwszy została wydana w roku 1968, czyli równe dwadzieścia pięć lat przed moim urodzeniem. Przy tworzeniu tytułu powieści autor nie po raz pierwszy i nie ostatni użył fragmentu jednego z wersów wiersza zagranicznego poety. Tym razem tytuł pochodzi z wiersza Rudyarda Kiplinga „Mandalay”, który Słomczyński przełożył na język polski.

 „Płynąć chcę na wschód, za Suez, gdzie jest dobrem każde zło,
Gdzie przykazań brak dziesięciu i pić można, aż po dno.
Bo świątynny dzwon przyzywa i tam tylko być już chcę -
Przed pagodą starą w Moulmein, tam gdzie morza senny brzeg.”

     I mimo, że (jak już się przyznałam) to była pierwsza przeczytana przeze mnie książka Joe Alexa, bardzo wyraźnie dostrzegam niesamowicie specyficzny styl pisania. Jeśli mogę, pozwolę go sobie nazwać rozwojowym, głównie przez sposób przebiegu akcji. Czytając naprawdę dobrze czuć  powoli zbliżający się punkt kulminacyjny. Dodatkowo przez sporą część czyta się tę powieść jakby był to pamiętnik. Oczywiście nie może nim być – narracja bowiem nie jest prowadzona w pierwszej osobie, ale sądzę, że można odnieść takie wrażenie, ponieważ autor nazywa głównego bohatera swoim imieniem i nazwiskiem. Co ciekawe, podobno każdą książkę autor rozpoczyna zdaniem, w którym zawiera swoje imię. Książki jego tworzą cykl, w każdej występują ci sami bohaterowie uczestniczący w coraz to różnych zagadkach. Jest to Joe Alex właśnie, jego ukochana Karolina Beacon i przyjaciel – pracownik Scotland Yardu – Ben Parker.

     W powieści „Gdzie przykazań brak dziesięciu” akcja rozpoczyna się, gdy Karolina przedstawia swojemu partnerowi list, w którym dziadek zaprasza ją do posiadłości Mandalay House i uparcie nalega, aby pojawiła się wraz z Joe Alexem. Jej dziadkiem jest sir John Somerville, emerytowany generał, szanowany znawca rzeźby Indii. Po ich przybyciu na miejsce Joe dowiaduje się w rozmowie osobistym sługą Somerville’a – starym Birmańczykiem Chandą, że generał otrzymywał z Londynu listy z groźbami i próbami wyłudzeń. Dlatego Sir John zaprosił znanego detektywa do posiadłości na parę dni. Alex poznaje generała, ale ten rozumiejąc jego zmęczenie podróżą, umawia się na rozmowę na następny dzień. W tym czasie Joe poznaje gości Somerville’a pracujących przy wytwórstwie, obróbce, czy klasyfikacji starych, indyjskich rzeźb. Są to William Cowley, James Jowett, Meryl Perry oraz Amerykanin profesor Snider wraz z córką Dorothy. Joe dowiaduje się od współpracującego z nim Bena, że listy były pisane przez niejakiego Plumketta, który rzekomo żądał od generała sporej sumy pieniędzy w zamian za milczenie. Plumkett po otrzymaniu odpowiedniej kwoty gwarantował zachować dla siebie informację, że rzeźba Buddy z Moulmein, której posiadaniem Somerville się głośno chwalił, została z Birmy skradziona. Szantażysta ma pojawić się w Mandalay House w celu odebrania siedemdziesięciu pięciu tysięcy dolarów, jakiś czas przed umówionym spotkaniem generała z Alexem. Wtedy Joe prosi Bena i jego podwładnego Hicks’a o pomoc w obserwacji posiadłości. Jednak mimo to, przed umówionym terminem przybycia Plumketta goście Mandalay House znajdują generała martwego. Joe próbuje zrozumieć, kto i jak zamordował sir Johna praktycznie na jego oczach i rozpoczyna śledztwo. Ponieważ teren był obserwowany, Joe i Ben mogą być pewni, że morderca należy do grupy gości generała, z której nie mogą wykluczyć ukochanej Alexa – Karoliny.

     Fabuła jest może jest nieco bardziej skomplikowana. Jestem świadoma, że pominęłam parę drobnych faktów, ale starałam się opisać ją w sposób jak najbardziej zrozumiały i dodatkowo nie ujawniać bardziej pikantnych szczegółów. Jako kompletny żółtodziób w zakresie kryminałów powiem, że wszystko wydarzyło się tak, jak to zawsze sobie wyobrażałam. Chociaż czytając obiecywałam sobie, że nie będę próbować odgadnąć, kto był mordercą, ale po prostu się nie dało. Duży plus za to, że wyjawienie tej tajemnicy naprawdę było zaskoczeniem. Obstawiałam parę osób, ale nigdy nie spodziewałabym się takiego przebiegu akcji, jaki został wyjaśniony na końcu powieści. Co jeszcze chciałam podkreślić to fakt, że nic nie wydało mi się nienaturalne, nic nie było przesłodzone. Może to, co napiszę to mały spoiler, ale nie było żadnej sceny rodem z przygód Sherlock’a Holmes’a, gdzie detektyw zbiera wszystkich razem w jednym pokoju i przy wszystkich dementuje spekulacje na temat zbrodni. To by mnie trochę rozczarowało. Przyznam, „Gdzie przykazań brak dziesięciu” nie okazała się jedną z tych książek, po przeczytaniu której zupełnie nie wiem, co robić ze swoim życiem. Nie pochłonęła mnie na tyle, żeby przeczytać ją w dwa dni kompletnie zapominając o własnych sprawach. Mimo wszystko mogę jednak stwierdzić, że czytało się ją całkiem przyjemnie i już zdążyłam z tej maminej półki podebrać kolejną powieść Joe Alexa.

     Wniosek jest prosty, warto czasem zainteresować się tym, co czytali nasi rodzice. Taki eksperyment nie należał u mnie do pierwszych i muszę przyznać, że jestem dumna, że moi rodzice interesują się tak ciekawymi sprawami. Tato zaraził mnie „Beatlesami” i „Pink Floydami”, dziś wychodzi na to, że mama przekazała mi ciekawość do zagadek kryminalnych. Jeśli ktoś jeszcze do tej pory doczytał, to naprawdę szczerze dziękuję, to sporo dla mnie znaczy. Zaskoczona tym, jak łatwo i przyjemnie mi się w tym tygodniu pisało zapraszam do lektury w przyszłą sobotę i życzę ciepłego, słonecznego weekendu.

„Kiedy dziecko umaże się, jedząc krem czekoladowy, wszyscy się śmieją; kiedy zrobi to dziecko upośledzone, nie śmieje się nikt.”

   Pisanie recenzji zawsze przysparza mi ilość problemów odwrotnie proporcjonalną do ilości, której się spodziewam. Kiedy zabierałam się za Atlas Chmur, bałam się, że nie zdołam okiełznać tak obszernego tematu, tak ogromnego przedsięwzięcia i nadać mu formę tekstu o poczytnej długości. Dlatego tym razem zdecydowałam się przedstawić książkę, która na początku sprawia wrażenie bardzo prostej do opisania. Zadowolona zaczęłam przeczesywać internet w poszukiwaniu ciekawostek. I tak samo, jak płynne okazało się pisanie o Atlasie Chmur, tak głębokie i niewyczerpane okłady informacji wyjawiły się na temat dzisiejszej książki. Jest nią krótka, niepozorna powieść francuskiego humorysty Jean-Louis Fourniera, czyli „Tato, gdzie jedziemy?”.

   O autorze, przynajmniej w Polsce, nie jest zbyt głośno. Szczerze mówiąc, nigdy o nim nie słyszałam. Książkę udało mi się zdobyć zupełnie przez przypadek. Ot, potrzebowałam zeszytu, więc wybrałam się do księgarni. Trafiłam akurat do takiej, w której właściciele zorganizowali jakąś bardzo interesującą akcję. W małym pokoiku było pełno kartonów wypełnionych książkami do kupienia w cenach porażających swoją maleńkością. „Tato, gdzie jedziemy?” ma z tyłu napisane, że warta jest 24,90zł, a mi udało się zdobyć ją za bodajże 3-4 złote. Z księgarni wyszłam oczywiście bez zeszytu, ale z ciekawym planem na spędzenie wieczoru.

   Czytanie tej książki nie zajęło mi dużo czasu. To 174 strony zawierające króciusieńkie historie z życia Jean-Louis’a zmagającego się z chorobami swoich synów. Urodzili się w odstępie dwóch lat, obaj upośledzeni fizycznie i umysłowo. Jego próby by żyć, radzić sobie z Matthieu i Thomasem, stały się przedmiotem odważnej, ale poruszającej powieści. Najdłuższa ze składowych tej powieści mieści się na półtorej strony, co jest poniekąd irytujące, ale przecież nie sięgamy po książki, aby pozachwycać się formą zapisu. Po lekturze miałam mieszane uczucia. Z jednej strony współczułam autorowi jego ciężkiego życia, z drugiej też nie wiedziałam jak mam odebrać jego czarny humor, cynizm z jakim opisywał te wszystkie sytuacje. Autor opisuje życie z dwójką upośledzonych chłopców pozbawiając je jakichkolwiek banalnych emocji, a to wydaje się nieludzkie nawet osobom takim jak ja tzn. nieznającym ich z autopsji. Przeczytałam gdzieś opinię, jakoby książka stanowiła wsparcie dla rodziców dzieci takich jak Matthieu i Thomas, możliwość odetchnięcia, poczucia zrozumienia, lekcję tego, jak śmiać się z siebie i swojego losu. Z drugiej strony, ludziom niezetkniętym z sytuacją poniekąd otwiera oczy na ten odległy, równoległy wszechświat. Widzę to sama po sobie. Zawsze wyobrażam sobie, jak to wyszkolę swoje dzieci muzycznie, będę im kupować pierwsze płyty, coraz ambitniejsze książki. Każdy wyobraża sobie, że nauczy swoje dzieci tego, co dla niego najważniejsze. Nikt nie bierze pod uwagę tego, że dziecko może być upośledzone. Tak samo, nigdy nie brałam pod uwagę tego, że kiedy za parę lat będę miała już swoje maleństwo okaże się, że nie mam możliwości pokazać mu całego tego piękna, całej mądrości, nie będę mogła uczyć go wartości, bo ono, nawet gdy podrośnie, będzie tylko ślinić się obściskując szmacianą lalkę. Co jeszcze mogę przyznać ciekawego o tej książce to fakt, że mimo nutki przerażenia, jaką niesie ze sobą z racji na tematykę, jest niezwykle pogodna. Same propozycje okładki z różnych wydawnictw, zarówno polskich jak i zagranicznych wzbudzają we mnie pozytywne emocje.

   Powieść jest w dużej mierze autobiograficzna. Nie można jednak powiedzieć, że w stu procentach. Tu zacznę problem kontrowersji, jaką niesie za sobą ta książka. Otóż, jak już wspomniałam, nie wszystkim podobał się czarny dowcip autora. Spora część odbiorców była wręcz oburzona, jak ojciec może tak mówić o swoich dzieciach, w dodatku niepełnosprawnych psychicznie. Jak porządny człowiek może publicznie kpić ze swoich dzieci? Czego nie wiedziałam czytając tę książkę, matka chłopców nie podziela wrażeń Jean-Louis’a. Stworzyła bloga pt.: „Mamo, gdzie jedziemy?”, na którym opublikowała swoje zdanie na temat książki byłego męża. Jednak autor książki i jej wydawca podnieśli głos, jakoby tytuł bloga naruszał prawa autorskie, więc Agnes Brunet zmieniła tytuł na „Matka Matthieu i Thomasa”. Chcę pozostawić recenzji jej zamierzony temat, nie mam zamiaru też wdawać się w prywatne sprawy tego państwa, ale nie mogę pominąć zdania matki chłopców na temat powieści, dlatego pozwolę sobie zacytować kilka zdań:

“Jestem matką Matthieu i Thomasa, dwójki bohaterów książki cieszącej się powodzeniem, której nazwy nie mogę przytoczyć. (…) Korzystając z okazji, chciałabym poprawić fałszywy obraz moich synów, jaki odebrali czytelnicy. Jest on szczególnie obrażający, a książka przedstawia ich jako parę żałosnych, bezużytecznych kulek, które nie umieją stworzyć żadnego rodzaju prawdziwego związku. Ja nie tak to widziałam. Przez całe moje życie, próbowałam dowiadywać się jak edukować moich chłopców. Mogę przysiąc, że ich istnienie było dalekie od bezużyteczności. Odrzucam tę rozpaczliwą myśl, że okres jaki Matthieu i Thomas spędzili na tym świecie był przeznaczony na bezcelowe życie. Życie, którego jedynym celem jest pogrążenie ich ojca w smutku czy podsunięcie pomysłu na książkę, jak świetna by ona nie była.”

   Pani Brunet, muszę przyznać, zmieniła moje zdanie o książce. Dalej w paru podstronach swojej witryny wyjaśnia, że wcale nie porzuciła męża zostawiając go z synami. Jak pisałam, nie chce ingerować w życie prywatnego tego państwa, ale bez wątpienia widać, że mimo, iż Matthieu i Thomas już nie żyją, ich dramat nadal trwa, nadal rodzi wiele goryczy i sporów. Mama chłopców pokazała też parę ich zdjęć, aby pokazać, że nie byli oni tak bezbronni, jak przedstawia ich Fournier. Pozwoliłam sobie je tu pokazać. Chłopiec z jasnymi, kręconymi włosami to Thomas, a ten ciut dłuższymi i ciemnymi to Matthieu.

   I tu kończę tę niedługą opowieść o książce „Tato, gdzie jedziemy?”. Mimo kontrowersji i być może częściowego zatajenia prawdy, uważam, że każdy w miarę wrażliwy człowiek powinien przeczytać tę pozycję. Pomijając prawdziwe losy chłopców i ich rodziców, należy spędzić przy tej powieści jeden krótki wieczór, aby nauczyć się odrobiny dystansu i pokory, aby zauważyć, że z największymi problemami da się walczyć. Mam nadzieję, że kończymy dziś choć trochę optymistycznie. Odkładam książkę na półkę i zapraszam was wszystkich za tydzień.

Miłego weekendu, pozdrawiam. :)