“It’s gonna be smooth sailing from here on out.”

     Czy wszystko w grudniu musi być świąteczne? Ba, już w połowie listopada wszystko jest już świąteczne! Ledwie ludzie wrócą z cmentarzy, a już zacierając ręce wykrzykując: „Okej, to czas na Boże Narodzenie”. Nie zrozumcie mnie źle, lubię tę całą otoczkę. Lubię, byle nie za wcześnie. Dlatego zanim ja będę czytelników męczyć bożonarodzeniowym duchem, poczekam odpowiednio długo. Dziś chyba jedna z ostatnich recenzji przed serią wpisów związanych z tematyką przejścia z jednego roku na następny. Taka normalność wróci być może miesiąc, więc myślę, że nie powinno to być nic ckliwego, smutnego czy przesadnie łzawego. Obiecałam kiedyś kawałek rocka twierdząc, że lubię sobie czasem „posolić życie”. Cóż, na całe szczęście coraz rzadziej muszę sobie to życie solić, ale w głowie zostają różne zespoły, które mi kiedyś pomagały. Dziś opowiem o płycie zespołu, którego muzyki nie słucham już tyle, co kiedyś, ale nadal ma on dla mnie nie małe znaczenie. Wezmę wreszcie na warsztat najnowszy album zespołu Queens of the Stone Age, czyli „…Like Clockwork”.

 

     Queens of the Stone Age to amerykańska kapela grająca początkowo hard rock, czy rock alternatywny. W miarę biegu czasu zespół konstruował własny styl opierając się na wielu elementach i rozszerzając horyzonty o różne gatunki z pogranicza mocniejszego rocka i lżejszego metalu. QotSA powstało w 1997 roku z inicjatywy lidera/wokalisty Josha Homme po rozpadzie grupy Kyuss. On i basista Nick Oliveri w początkowych latach byli rdzeniem zespołu, pozostali członkowie zmieniali się dość często. Jednak w 2004 Nick został zmuszony do opuszczenia zespołu, co było tłumaczone jego agresywnością i destrukcyjnym zachowaniem. Warto jednak podkreślić, że zespół tworzą i zawsze tworzyli sami panowie, skąd więc w nazwie „queens” zamiast „kings”? Nazwa została nadana przez Chrisa Gossa, producenta muzycznego. Jak tłumaczą muzycy, „królowie” brzmieliby za bardzo macho. Poza tym, ich zdaniem rock powinien być wystarczająco ciężki dla chłopców i wystarczająco słodki dla dziewczynek. Królowie epoki kamienia noszą zbroje, mają topory, walczą między sobą. Za to królowe epoki kamienia spędzają wolny czas z dziewczynami królów, kiedy ci walczą. Nazwę zostawmy już taką jaką jest, całkiem nieźle sprawowała się przez szesnaście lat.

 

    Plany dotyczące nagrywania następcy albumu Era Vulgaris najwcześniej były wspomniane już od 2008 roku, ale cała praca nie rozpoczęła się aż do sierpnia 2012. W marcu 2011, Homme twierdził, że album zostanie wydany pod koniec 2012 roku. Nastały jednak pewne problemy, które opóźniły wydanie krążka. W listopadzie 2012 Homme ogłosił, że Joey Castillo opuścił grupę i zamiast niego partie perkusji na nowej płycie zagra były członek sławnej Nirvany, założyciel Foo Fighters – Dave Grohl, który pojawił się również w pracy nad albumem Songs for the Deaf. Dodatkowo, inni byli członkowie zespołu mieli pojawić się w studiu, m.in. byli to basista Nick Olivieri, czy Mark Lanegan. Ogólnie rzecz biorąc, przy tym albumie zespół może pochwalić się sporą liczbą kolaboracji, bardziej znane nazwiska pojawiające się przy produkcji „…Like Clockwork” to frontman Nine Inch Nails – Trent Reznor, Jake Shears z Scissor Sisters, czy nawet Elton John. Koniec końców praca nad albumem rozpoczęła się na początku 2013 roku w studiu Matador Records. W marcu bieżącego roku ogłoszono, że nowy album będzie nazywał się „…Like Clockwork”, a premierę zaplanowano na czerwiec. Tak też się stało, krążek miał premierę 3 czerwca w Wielkiej Brytanii, a 4 czerwca w Stanach. Queens Of The Stone Age po raz pierwszy pochwalili się nową piosenką „My God Is The Sun” na scenie Lollapollooza Brasil 30 marca, a studyjna wersja tego utworu miała radiową premierę 8 kwietnia. Album ten zadebiutował jako numer jeden amerykańskich list przebojów, warto też zaznaczyć, że był to pierwszy taki w dyskografii zespołu.

     Płyta zaczyna się utworem „Keep Your Eyes Peeled”, który swoim charakterem sprawia, że nie można wykonawców albumu pomylić z żadnym innym zespołem. Nie mogę powiedzieć, że to mój ulubiony kawałek, ale przyznam, ma całkiem ciekawy klimat. Moim zdaniem jest trochę za wolny jak na utwór prawdziwie rockowy, trochę za mało ma mocy. Z kolei za bardzo psychodeliczny jak na balladę rockową. Za to jego następca dzwoni mi w głowie od pierwszej chwili. „I Sat By The Ocean” to według mnie kwintesencja twórczości Queens of the Stone Age, właśnie takie utwory lubię w ich wykonaniu. Co ciekawe, mam wrażenie, że znałam tę piosenkę dużo wcześniej. Dodatkowo bardzo pasuje mi w podróżowaniu na zajęcia – tylko ja, „I Sat By The Ocean” grające dość głośno w słuchawkach i te oburzone miny starszych pań. Bezcenne, prawda? Kolejna piosenka nosi tytuł „The Vampire Of Time And Memory”. W tym przypadku mamy raczej do czynienia ze wspomnianą balladką. Podoba mi się konwencja utworu, choć nie przepadam za takim brzmieniem wokalu Josha Homme, a konkretniej jego wysokimi tonami. Ale biorąc pod uwagę samą muzykę, to zostałam przekupiona. Uwielbiam taki trochę „zmęczony” klimat w muzyce, zwłaszcza gdy jest tak przyjemnie okraszony perkusją. Najbardziej chciałabym jednak podkreślić solówkę gitarową pod koniec utworu, bo choć trochę krótka, jest warta zaznaczenia. A dalej mamy kolejny utwór „If I Got A Tail”. Przypomina mi się określenie „dance rock”, choć nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy na myśl o QotSA. Ale najwyraźniej nie da się zaprzeczyć temu stwierdzeniu, kiedy piosenka rockowa, pełna wymaganej mocy aż porywa do tańca. Może nie takiego tańca jaki można obserwować w klubach (zwłaszcza naszych podlaskich), ale czuję, że zrezygnowanie z udziału na ubiegłorocznym koncercie Queensów w Polsce było jednym z większych błędów mojego życia. Dalej mamy, chyba już wspominany, kawałek „My God Is The Sun”, który stanowi już półmetek naszej drogi. Nie przemawia do mnie tak bardzo jak numer 2 i 4, ale przyznam, że nie jest źle. Chłopaki nieźle grają, a poza tym – zmiana tempa! Jak ja uwielbiam zmiany tempa. Co prawda następuje to dopiero pod koniec utworu. Tak ładnie urywa rosnące przez cały utwór napięcie. Następnie pomówmy o „Kalopsia”. Nie mogę stwierdzić nic szczególnie krytycznego na temat tego utworu, wręcz przeciwnie, jest bardzo ciekawy, mimo, że do gustu mi nie przypadł. Pomysł całkiem dobry, zwrotki tak senne i mgliste poprzerywać energetycznymi, głośnymi. Jak już wspomniałam, ja tego nie kupuję, ale nie mówię też nic złego. Moje ostatnie słowo – kwestia gustu. Przejdźmy może do „Fairweather Friends”. To właśnie ten utwór, w którego produkcji uczestniczył Elton John. W sumie, sytuacja wygląda podobnie jak poprzednio. Zastanawiam się czasem co takiego sprawia, że dana piosenka mi odpowiada, a inna już nie. „Fairweather Friends” ma wszystko, czego jej trzeba, ale jakoś mnie nie zachwyciła. Nawet ma całkiem ciekawą solówkę na elektryku i fortepian przedzierający się ładnie gdzieś tam z tyłu. Dużo lepiej w moich oczach, a nawet uszach, wypada kawałek „Smooth Sailing”, choć jak wspominałam, nie trawię wysokich tonów w wokalu Josha Homme. Nawet jest mi to ciężko ubrać w słowa. Lubię taki zaczepny klimat, szczególnie kiedy jest tak prosty i bezpretensjonalny. Moim zdaniem to jedna z lepszych piosenek albumu „…Like Clockwork”, jedna z lepszych w całej dyskografii. Takim klimatem przejdźmy do utworu „I Appear Missing”. Chciałabym podkreślić ciekawy tekst tej piosenki, nie chcę go tu przytaczać, ale myślę, że warto się z nim zapoznać. Wiadomo jednak, że tekst to nie wszystko, dlatego uważam, że tej piosence należy dać czas. Przyznam, że na początku zupełnie do mnie nie przemawiała, ale po krótkim zapoznaniu się z emocjami, jakie przekazuje udało mi się zmienić zdanie. Zmienić na lepsze. Nadal nie jest to mój ulubiony utwór, ale przynajmniej lepiej rozumiem koncepcję. Został już tylko jeden utwór, czyli tytułowe „…Like Clockwork”. Nie zdziwię nikogo mówiąc, że lubię ten lekko psychodeliczny, depresyjny klimat. Trochę tylko nie podoba mi się ta mocniejsza wstawka między zwrotkami. Mimo to, uważam ten utwór za niezwykle refleksyjny. Nic bardziej nie zmusza do przemyśleń niż kawałek dobrego tekstu i niebanalnej muzyki.

 

     Takim dość prostym stwierdzeniem pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą recenzję. Album dziś omawiany polecam z całego serca, bo oprócz porządnego rockowego grania można na nim jednak znaleźć odrobinę wyciszenia jak również chęci do zabawy. Nic dodać, nic ująć. Panowie z Queens of the Stone Age mnie nie zawiedli. Zapraszam za tydzień na odrobinę bardziej świąteczne wydanie. Tymczasem życzę znów miłego weekendu i pozdrawiam ciepło. :)

„I’m gonna settle down to the hum of electric life and soul.”

     Przez ponad dwa tygodnie udawało mi się uniknąć tej przykrej nagonki na szukanie ciekawych tematów. Cóż, taka desperacka chęć znalezienia punktu zaczepienia poniekąd wróciła. Może nie powinnam się do tego przyznawać, ale to zadanie wcale nie jest takie łatwe jak mi się kiedyś wydawało. Czasem po prostu nie chce mi się szukać interesujących materiałów, a oczywiste jest, że zakres twórczości mi znanej gdzieś tam się jednak kończy. Dziś jeszcze pomęczę muzyką. Pomęczę, bo ktoś ostatnio trafnie spostrzegł, że piszę głównie o albumach dość akustycznych, delikatniejszych. I w sumie zanim tę opinię usłyszałam, miałam zamiar znów trącić te tematy, ale chyba zmieniłam zdanie. Miała być nigeryjsko-niemiecka wokalistka Ayo łącząca folk z rapem, a pójdziemy w zupełnie inny klimat. Dziś pomówimy o tegorocznym albumie „Big TV” zespołu White Lies.

 

     Pod nazwą White Lies kryją się trzej panowie z Wielkiej Brytanii grający rock alternatywny. Grupę tę założyli w 2008 roku, a „Big TV” jest już ich trzecim albumem. Zespół jest dość często porównywany do Joy Division, czy Arcade Fire. Kiedyś nawet ich muzyka otrzymała miano „całkiem nadającej się do tańczenia”. Osobiście ich styl nazwałabym futurystycznym indie, ale w sieci krąży sporo określeń, z którymi zgadzam się w mniejszym lub większym stopniu. Cóż, określenie gatunku muzycznego odgrywa dla mnie najmniejszą rolę, to tak jakby spierać się czy ktoś ma oczy czarne czy ciemnobrązowe – gdzie w tym sens?

    Panowie nie stronią od klimatu futurystyczności, szczególnie dobrze słychać to na omawianym dziś albumie. Jako pierwszy mamy tytułowy kawałek „Big TV”.  Zaczyna się naprawdę kosmicznie, dopiero później można docenić jego dynamikę, a nawet dozę elektroniki. Za muzyką z komputera nie przepadam. Moim zdaniem piosenka miałaby dużo mocniejszy przekaz, gdyby bardziej słyszalne były prawdziwe instrumenty. Wystarczyła by drobna perkusja, jakaś gitarka elektryczna i wszyscy byliby zadowoleni. Zastanawia mnie też tytuł. Jest tyle ciekawszych piosenek, jest tyle ciekawszych fragmentów tekstu, a White Lies  postanowili zatytułować dziwną nazwą „Big TV” nie tylko piosenkę, a cały album. Kompletnie tego nie rozumiem. W tekście pojawiają się parę linijek dalej w refrenie dwa słowa „modern life”, czy nie sądzicie, że dużo lepiej spełniałoby rolę tytułu? Zwłaszcza dla tak modernistycznego albumu. Cóż, przejdźmy do „There Goes Our Love Again”, które 5 sierpnia stało się nawet pierwszym singlem promującym płytę. Ten utwór podoba mi się dużo bardziej, choć ma dość podobny styl. Może to przez wyraźny skok w tempie? Jak już ma być elektronicznie, to wolę na szybko. Tylko jakoś tak po tym dużym telewizorze, „There Goes Our Love Again” wydaje się jakieś krótkie. Numer trzy to spore zaskoczenie – „Space I”, czyli kilkudziesięciosekundowa wstawka. Bardzo proste, nadające delikatności „interludium”. Duży plus, naprawdę nie spodziewałam się, że taki zabieg może sprawdzić się w tak nowoczesnej muzyce. Następny kawałek, „First Time Caller”, też mnie po trochu przekonuje. Czy mi się tylko wydaje, czy słychać już trochę więcej instrumentów?  Studyjna wersja nie porywa mnie całkowicie, ale ma potencjał. Założę się, że akustycznie brzmi pięknie… [15 sekund później] Wygrałam. Akustyczne „First Time Caller”:

, jest genialne, choć zupełnie inne od tego na płycie. Uciekamy z tego wciągającego świata muzyki akustycznej na rzecz „Mother Tongue”. Muszę powiedzieć, że czuję się zaspokojona tą piosenką. Wreszcie piosenka z odrobiną rockowej mocy. Nie jest źle, utwór ma fajny przekaz, są te wyczekiwane przeze mnie żywe instrumenty. Myślę, że mogę „Mother Tongue” porównać do debiutanckiej płyty White Lies, która podobała mi się najbardziej. Dalej mamy „Getting Even”, który został umieszczony 4 czerwca 2013 roku na oficjalnym profilu zespołu na SoundCloud jako darmowy do pobrania. Można się też pochwalić, że piosenka ta zadebiutowała na liście radia Eska Rock jako numer 1. Nie mogę się wcale temu dziwić. Piosenka jest bardzo radiowa, nie mogę nawet powiedzieć, że mnie gdzieś tam nie tknęła. Wszystko jest dobrze, jedyne, czego mogę się przyczepić to ten wszędobylski efekt echa, który nigdzie nikomu nie jest potrzebny. Jakby na siłę panowie chcieli sprawić, żeby ta ciekawa piosenka konsekwentnie pasowała do reszty. Dalej mamy „Change”. To bardzo piękna ballada. Dość ciężka, prawie sakralna melodia wzbogacona przejmującym wokalem i w miarę ciekawym tekstem. Dla mnie wystarczy. Wystarczy, żeby wbić mnie w fotel zapatrzoną w jeden punkt, zanurzoną w możliwie najgłupsze i najmniej tego warte wspomnienia. W sumie mogę powiedzieć, że ten utwór jest jednym z lepszych powodów do tego, żeby posłuchać tej płyty. Ale przejdźmy dalej, do „Be Your Man”. Sam tytuł brzmiał dla mnie jakoś niepokojąco popowo, ale chyba zechciałam zbyt pochopnie ocenić. Nie mogę napisać złego słowa o tej piosence. Cieszy mnie, że jednak nie cały album jest taki kosmiczny i to, że jest jednak na nim taka fajna rockowa piosenka. Dalej jest „Space II”, czyli wydawałoby się kontynuacja numeru trzeciego. Nie jest już taki zaskoczeniem jak „Space I”, raczej powiedziałabym, że dziwne byłoby gdyby się taki utwór nie pojawił. Muszę przyznać, że jest równie ciekawym łącznikiem, ale nie tak przyjemną kompozycją samą w sobie. Daje ona wstęp do utworu „Tricky to Love”. Przyznam, że nie spodziewałabym się po White Lies tylu piosenek o uczuciach, czy miłości. Cóż, tekst nie jest szczególnie skomplikowany, ale za to całkiem dobrze ubrany w instrumenty. Nie mogę powiedzieć, że ten utwór zauroczył mnie jakoś naprawdę wyjątkowo, dlatego najchętniej przejdę do następnego. To przedostatnia już pozycja na tym albumie, czyli „Heaven Wait”. Czasem nazywam tego typu piosenki rozwojowymi, bo zaczynają się tak delikatnie i niepozornie, a z biegiem czasu nabierają mocy, dynamiki, tempa. Bardzo lubię takie utwory, do tego też chyba z każdym przesłuchaniem nabieram pewnego sentymentu. No i kończymy z wykopem. „Goldmine” to chyba to, czego mi brakowało. Bardzo ciekawe podsumowanie albumu. Muszę przyznać, że zespół ustalił dobrą kolejność utworów, bo „Big TV” na pewno nie zachęciłoby mnie do czekania na kolejną płytę White Lies, a „Goldmine” spełnia tę rolę bez problemu.

 

     Miało być dziś trochę inaczej. W sumie plany zmieniały się co chwila. Zdecydowałam się napisać o White Lies, co w sumie nie było najgorszym pomysłem. Do albumu podchodziłam naprawdę sceptycznie, a po tej krótkiej recenzji nabrałam jakiegoś konkretnego zdania. Może nie jest stuprocentowo pozytywne, ale przynajmniej rzeczowo oparte. Na dziś już wystarczy, zapraszam za tydzień, obiecuję opisać pewien ciekawy film.

„If there’s a future we want it now.”

   Zacznę od słowa wstępu. Po pierwsze, mimo pojawienia się propozycji na temat dzisiejszych rozważań, musiałam z niej zrezygnować. Tak jak mało który ogrodnik wypowiada się o fizyce kwantowej, tak samo ja nie bardzo potrafię pisać o czymś, co mnie zupełnie nie pociąga. Dlatego po chwili przesłuchania proponowanego materiału zdecydowałam się omówić dziś coś innego. Po drugie, jestem raczej zmienną osobą, a zauważyłam, że wszystko, o czym tu piszę jest trochę patetycznie ubrane. Chcę dziś pokazać, że nie wszystko, co lubię jest takie piękne, idealne, głębokie i liryczne. Lubię też czasami posolić sobie życie odrobiną mocniejszej muzyki. I może zaraz znajdzie się ktoś, na pewno nie jeden, kto zacznie wyśmiewać się z dzisiejszego tematu – proszę bardzo. Dziś będzie o najnowszej płycie zespołu Paramore wydanej w kwietniu tego roku. Może nie jest to najostrzejsza strona rocka, ale uważam, że płyta jest godna uwagi, dlatego dziś o niej trochę popiszę.

    Paramore jest uważane za zespół raczej komercyjny i przyznam, na podstawie znajomości poprzednich płyt można było tak odczuć ich muzykę. Mi osobiście to nie przeszkadza. Może dałam nabrać się w jakieś biurokracze sidła, nie wiem. Może słucham to-nie-rock’a, czy tzw. rocka dla dziewczynek. Nie dbam o to. Wcześniejsze płyty były rzeczywiście dość jednolite, ta za to jest dużo bardziej różnorodna i mimo że niektóre piosenki brzmią tak, jakby były robione specjalnie do radiowych list przebojów, lubię ją. Bo mówiąc szczerze, która piosenka nie jest tworzona dla pieniędzy? Tak naprawdę każdy muzyk jest człowiekiem, który chce zarobić na tym, co robi. Płyta składa się z siedemnastu piosenek. Gdybym omawiała każdą po kolei, nie zmieściłabym się w ramach długości notki zachęcającej do czytania. Dlatego piosenki postaram się pozbierać w jakieś logiczne grupki i omówić je razem.

   Ale wcześniej postaram się opowiedzieć trochę o wokalistce. Charyzmatyczna Hayley Williams sama przyznała w którymś z wywiadów, że ta płyta to dla niej swojego rodzaju przełom. Mówi, że lubi śpiewać piosenki z tej płyty, bo wreszcie może nazwać to śpiewaniem, a nie wrzeszczeniem. I niezaprzeczalnie prawda. Wystarczy posłuchać paru nagrań akustycznych wersji piosenek. Hayley brzmi dużo przyjemniej. Wcześniej słuchając Paramore tłumaczyłam sobie – to jest rock, taki urok tej muzyki, nic nie musi być idealne. Ale da się. Można zrobić ciekawą rockową muzykę z profesjonalnym podejściem do spraw wokalnych. Duży plus za to. Właściwie po tej płycie nie lubię już poprzednich.

   Płyta ma tytuł taki, jak nazwa zespołu. To podobno ma oznaczać jakieś ponowne odrodzenie grupy pod odejściu braci Farro, który byli jej współzałożycielami. Omawianie zacznę od dwóch utworów, które stały się reklamą albumu zanim jeszcze można było posłuchać go w całości. Jest to pierwszy singiel z płyty „Now” (2) i późniejszy radiowy hit „Still Into You” (9). Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę „Now” byłam zawiedziona. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego zespół poszedł w tak elektryczny klimat. „Still Into You” z kolei przestraszył mnie swoją komercyjnością, choć uznałam go za bardzo ciekawy. Dziwne jednak było to uczucie usłyszeć Paramore w polskim radiu i widzieć koleżanki podskakujące i krzyczące: „Ooo! Lubię tą piosenkę!!” tak, jakby to była Rihanna czy inna Lady Gaga. Do obu utworów w końcu się jednak przekonałam. Jak już pisałam głównie ze względu na dobry wokal i ciekawy klimat. Dalej należy wspomnieć, że różnorodność album głównie zawdzięcza trzem interludiom „Moving On” (5), „Holiday ” (11) i „I’m Not Angry Anymore” (15). To bardzo proste utwory składające się tylko z wokalu i (bodajże) banjo. Lubię je, chociaż nie grzeszą długością. Chociaż zespół zarzeka się, że tak nie jest – w wielu piosenkach, czuć dozę goryczy po odejściu braci Farro z zespołu. I tu mówię o kilku utworach: „Fast in My Car” (1), „Grow Up” (3), „Anklebiters” (10) i „Be Alone” (16). Mimo mojego szczerego zadowolenia w związku z powstaniem tych piosenek, muszę stwierdzić, że to takie kolce, które zespół chciał wbić braciom Farro za odejście z grupy. Takie oświadczenie „spójrzcie jak nam dobrze bez was”. Kolejny utwór o jakim chcę wspomnieć to „Part II” (7). To też takie połączenie z przeszłością. Jest to bowiem kontynuacja utworu „Let The Flames Begin” ze starszego albumu. Moim zdaniem wcale tej piosenki nie przypomina, jedynie część tekstu zaczerpnięta jest z tej rzekomo pierwszej części. Dalej „Ain’t It Fun” (6) i „Last Hope” (8) – dwa najlepsze kawałki z płyty. Szóstka swoją energetyką, ósemka delikatnością, obie pobudzają do działania. Bardzo dobre do posłuchania, kiedy dni zaczynają się tak ciężko i deszczowo jak teraz. Podobnie „Daydreaming” (4) i „Proof” (12). Zaczynają się spokojnie, ale z czasem stają się zastrzykiem energii, której źródła tak trudno znaleźć budząc się wcześnie rano i widząc tę okropną szarówkę za oknem. A kiedy już człowiek się rozbudzi, pojawi się uśmiech na jego twarzy Paramore podaje kolejne dwie piosenki. Idealnie, czule wprowadzające w chwilę z własnymi myślami „Hate To See Your Heart Breaks” (13) i „(One of Those) Crazy Girls” (14). To dwie najdelikatniejsze piosenki tego zespołu. To wspaniałe, że zespół rockowy potrafi stworzyć coś tak niesamowicie subtelnego. To właśnie to, czego szukam w muzyce. Ludzie nieograniczający się do jednego gatunku, umiejący wyjść poza granicę. Brawo. I na koniec perełka. Ostatni na liście utwór „Future” (17). Zaczyna się tak cicho i spokojnie. Na początku to prosta pioseneczka z przeciętnym wokalem i melodią. Później wokal się kończy i przez parę dodatkowych minut mamy miażdżący kawałek mocnej, ciężkiej muzyki. Genialny kawałek na zakończenie płyty.

 

   Cały album jest niewątpliwie krokiem do przodu dla zespołu. Odcinają się od przeszłości. Tworzą nową teraźniejszość. Opinię oczywiście wystawi każdy sam we własnym zakresie, ale myślę, że moją rolą jest poprosić szanowne internetowe hejterstwo o szansę dla Paramore. Co z tym godnym zauważenia kawałkiem muzyki państwo zrobią, to już nie mój problem. Widzimy się za tydzień, obiecuję, że będzie znowu nudno i lirycznie.

    Życzę miłego weekendu i pozdrawiam.