„Czas przemija, pamięć nie.”

    Jakoś powoli brakuje mi natchnień. Dlatego dziś zamiast nad filmem postanowiłam popracować trochę nad muzyką. Myślę, że album, który wybrałam jest jednym z najbardziej wyczekiwanych z polskiego rynku muzycznego. Wiązały się z nim nadzieje i różne oczekiwania. Pewnie każdy, kto czekał na tę płytę wyobrażał ją sobie nieco inaczej. A jaka jest naprawdę solowa płyta Artura Rojka?

      Pan Rojek, były członek zespołów Myslovitz i Lenny Valentino, dziś raczy nas swoim pierwszym solowym projektem. Album zatytułowany „Składam się z ciągłych powtórzeń” miał premierę 4 kwietnia. Od dłuższego czasu promowany jest utworem „Beksa”, który pierwsze miejsce na liście przebojów trójki utrzymywał przez dobre kilka tygodni. Rojek tą płytą (i już od jakiegoś czasu OFF Festiwalem) udowadnia, że nie jest tylko maszynką do robienia dobrych kawałków dla Myslovitz.
    Płyta zaczyna się bardzo osobistym „Latem ’76″. To dobry utwór na rozpoczęcie pierwszego projektu. Myślę, że artysta tu się mocno otwiera, pokazuje swój prywatny świat. Słowa „gdybyś nie zahamował, nie byłoby mnie” wyśpiewane przez mężczyznę, który w wieku kilku lat prawie zginął pod kołami samochodu, mówią same za siebie – album będzie naprawdę osobisty. Ale czy to wszystko jest takie prawdziwe? Szczerze mówiąc, tylko Rojek wie co jest wspomnieniem, a co tworem wyobraźni. Można to przemyśleć podczas dalszych utworów m.in. „Beksy”, czyli wyżej przytoczonego singla. Kawałek ciekawy, ale uważam, że na płycie są inne, bardziej nadające się na promowanie albumu w radiu. „Beksa” jednak dobrze reprezentuje to wszystko, co po części istnieje w pozostałych piosenkach. Podoba mi się przechodzenie między utworami, podoba mi się taka niepolskość tego kawałka. „Beksę” cenię jednak najbardziej za to, że tak ciekawie ukazuje emocje, to dość rzadko spotykane w polskich produkcjach muzycznych ostatnich lat. W następnej piosence, czyli w „Krótkich momentach skupienia” bardziej da się wyczuć nowoczesność, ale nie jest to jeszcze tak irytujące jak mogłoby być. Ten kawałek mimo, że równie kipiący emocjami za sprawą charakterystycznego wokalu Artura Rojka, jest dużo mniej melancholijny. Przynajmniej muzycznie! Tekst, przyznaję, jest dość depresyjny. Numer cztery – „Czas, który pozostał”, chyba najmniej mi przypadł do gustu. Bardzo mocno przypomina mi amerykański rock eksperymentalny. To takie lekko teatralne brzmienie jest dosyć intrygujące, fajnie ubrany ciekawy tekst. Mimo wszystko, jak dla mnie to jest za dużo pomysłów skupionych w jeden numer. Mocno gryzą mi się te wspomniane teatralne granie z nowoczesną muzyką. Następną piosenkę fani poznali już jakiś czas temu. „Kot i pelikan” to nowa aranżacja utworu powstałego lata wcześniej. Niektórzy narzekają, że liczyli na jakieś nowe kawałki, ale przecież to tylko jeden na dziesięć! Moim zdaniem, Rojek podjął dobrą decyzję, dopracował starszą piosenkę i zgrabnie wkomponował ją w całość, która miała przecież być zanurzeniem we wspomieniach i potencjalnej, niespełnionej rzeczywistości. A „Kot i pelikan” to naprawdę porywająca spokojem i prostotą piosenka. Tym razem nie zgodzę się z zarzutami, przykro mi.
    Za to, stworzę własne zarzuty, bo nie rozumiem tego, co wydarzyło się w przypadku utworu „Kokon”. I to zaraz po tak delikatnym kawałku. Bardzo mimimalistyczny tekstowo, a dość mocno oparta na poszukiwaniu pomysłu ciekawej, nowoczesnej muzyki. Cóż, jeśli tak ma brzmieć muzyka w przyszłości, to pragnę dzisiaj umrzeć. Może jeszcze w tekście mogłabym znaleźć coś, co mnie zainteresuje, ale to wszystko. Rojka teksty zawsze mi się podobały, więc nie czuję się jakoś szczególnie zauroczona tym kawałkiem. To na szczęście zamienia się diametralnie przy następnym kawałku – „To, co będzie”. Myślę, że to jeden z lepszych utworów tego albumu. Trochę przypomina mi muzykę z jej lat świetności w Polsce, czyli z lat 90. Tutaj dostałam to, na co czekam zawsze przy przesłuchiwaniu nowej płyty, czyli piosenkę, która wpadnie w ucho i będzie mi brzęczeć w głowie przez tydzień. „To, co będzie” niezaprzeczalnie pobudza i motywuje. Miło dostać tak przyjemny zastrzyk energii z rąk (i ust…) Artura Rojka. Następne są „Syreny”, czy chyba najbardziej radiowy kawałek. To właśnie do tej (i do poprzedniej) piosenki będę wracać. Największe plusy tego utworu to jego jakaś naturalność, ona niesie za sobą głębokie odetchnienie, jak oczekiwana wiosna po zimie poprzednich przesadnie modernistycznych numerów na tej płycie. Jedynie mała wstaweczka elektryczna gdzieś w środku i to echo doklejone do wokalu Rojka, psują odbiór, ale to na tyle mało, że da się przełknąć. Zwrotka następnej piosenki – „Lekkość”, jakoś dziwnie przypomina mi tango, sama nie wiem dlaczego. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona tym utworem, ale to może kwestia czasu, bo w sumie nie widzę powodów, żeby go nie lubić. Pozwolę sobie przejść już do ostatniego kawałka. To krótkie interludium z motywem z utworu pierwszego. Ładne zakończenie całego albumu. Tak jak płynne przejścia między piosenkami, tak samo podobają mi zakończenia podobne do początków. To wszystko tak estetycznie spinają całość i nadają mi na nią apetytu.
  Zdecydowanie płyta Rojka jest bardzo rozbudowana i bogata w inspiracje najróżniejszymi gatunkami muzyki. Myślę, że warto jest zapoznać się z jego albumem, poszerzyć nieco swoje muzyczne horyzonty, bo bezwzględu na to, jakie kto ma – „Składam się z ciągłych powtórzeń” je poszerzy. Dzisiaj już kończę, ale zachęcam do komentowania. Zapraszam za tydzień i życzę miłego weekendu.