„Chcę wiedzieć, czy o mnie myślał. Tak jak ja każdego dnia myślałam o nim.”

     W tym tygodniu miałam zaskakująco dużo pomysłów na recenzję, a mimo to dość trudno było mi się zdecydować. Miałam wrażenie, że powinnam dzisiaj skupić się na czymś, co będzie niosło za sobą jakiś głębszy sens, jakąś myśl. Z drugiej strony nie chciałam też nadawać dzisiejszemu wpisowi oszukanej wzniosłości. Wybór padł na film, moim zdaniem bardzo ciekawy i oryginalny – ale ja zawsze lubiłam kino brytyjskie, zawarty w nim specyficzny klimat, specyficzny humor. Chociaż ten film potwierdza on regułę, że ostatnio wszystkie filmy powstają na bazie książek, zdecydowałam się o nim napisać. Zobaczmy, komu jeszcze się spodoba „Tajemnica Filomeny”.

KINÓWKI.pl      „Tajemnica Filomeny” to brytyjski dramat wyreżyserowany przez Stephena Frearsa. Scenariusz napisali Jeff Pope i odtwórca głównej męskiej roli – Steve Coogan. Film powstał na podstawie książki Martina Sixsmitha pt.: „Zagubione dziecko Filomeny Lee”. Ekranizacja tej publikacji miała premierę 31 sierpnia 2013 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Dramat brał wtedy udział w Konkursie Głównym. Polska premiera kinowa przypadła na koniec lutego bieżącego roku. Film jest raczej odważny, bardzo łatwo zarzucić mu antykatolickość (co jest bardzo pozorne, ale o tym później). Mimo takiej ogromnej kontrowersji, którą za sobą niesie, został doceniony na niejednej gali nagród filmowych. Ekipa tego dramatu może pochwalić się czterema nominacjami do Oscarów i trzeba do Złotych Globów. Zdecydowanie najbardziej godny wspomnienia jest fakt, że „Tajemnica Filomeny” w Konkursie Głównym Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymała aż dziewięć nagród, m.in. za najlepszy scenariusz.

2      Fabuła tego dramatu jest moim zdaniem nieprawdopodobnie ciekawa. Może nieco ckliwa, może nieco „babska”, ale czasem warto zrobić sobie przerwę od brutalnych filmów Kubrick’a czy Tarantino. Co ciekawe, w zaskakująco dużym stopniu pokrywa się z rzeczywistą historią życia Filomeny Lee. Kiedy film zaczyna się poznajemy dziennikarza Martina Sixsmitha tuż po utracie pracy w BBC. Niedługo potem zaczepia go młoda kobieta, której matka wiele lat wcześniej straciła syna. Córka Filomeny prosi Sixsmitha o spotkanie z poszkodowaną. Mężczyzna początkowo niechętny, w końcu poznaje panią Lee. Ta opowiada mu jak doszło do jej tragicznego rozstania z synem. Wtedy dowiadujemy się, że chłopiec był dzieckiem nieślubnym. Ojciec samotnie wychowujący nastoletnią wtedy Filomenę, oddał ją pod opiekę siostrom zakonnym. Zakonnice z kolei bardzo mocno karały ją za grzech, którego się dopuściła. Bardzo młoda jeszcze Filomena przeszła ciężki poród, w czasie którego jej syn niemal zmarł – to wszystko oczywiście było początkiem jej pokuty. Aby młoda matka i jej syn Anthony mogli żyć wśród zakonnic, pani Lee musiała sporo przecierpieć. Nic jednak nie przekraczało granic jej wytrzymałości, Fil zrobiłaby wszystko, by być z synem. Jednak pewnego dnia do sióstr z wizytą przyjechali goście ze Stanów, którzy zabrali chłopca ze sobą. Historia wymuszonej adopcji poruszyła serce Martina i postanowił on pomóc starszej pani odnaleźć jej pięćdziesięcioletniego syna. Film przedstawia drogę, którą Martin i Filomena razem przeszli by odnaleźć Anthony’ego, odkrywa tajemnice i grzeszki sióstr zakonnych, a przede wszystkim uczy mieć nadzieję i walczyć mimo przeciwwskazań.

      Filomena Lee zagrana przez Judi Dench jest wyjątkowo ciepłą, uroczą i pocieszną babcią. Myślę, że jest to osoba, która potrafi wybaczać, jest wierna swoim przekonaniom i żyje w zgodzie z sobą i z Bogiem. To naprawdę przyjemne popatrzeć na osoby tak silne i szczęśliwe w życiu zbudowanym na zasadach, które wielu ludzi ma dziś za naiwność. Jej historia jest tak przejmująca, że mam ochotę wszystkim wyśpiewać jak potoczyły się poszukiwania Filomeny i Martina. Na całe szczęście ten film to nie tylko dobra fabuła. Historię dziarskiej Irlandki osadzono w przepięknych sceneriach wśród chłodnych angielskich krajobrazów. Dodatkowo Judi Dench i Steve Coogan stanowią naprawdę zgrabnie dogadującą się parę postaci. Mnie osobiście Steve bardzo przypominał Christophera Waltza, do którego mam spory sentyment. Jednak zdecydowanie największym plusem tego dramatu jest fakt, że mimo przytłaczającej tematyki jest to film niesamowicie relaksujący. Nie oglądamy rzewnej historyjki, czy wyciskacza łez. Nie jest to czysta, chamska gra na emocjach. Poza tym subtelnie zarysowanym, brytyjskim humorem, bardzo ciekawe są kwestie bohaterów. Szczerze mówiąc, mogłabym przytoczyć tu sporo cytatów podpatrzonych z tego starcia dwóch światów, ideologii, dwóch sposobów patrzenia na rzeczywistość. Podoba mi się, że to oskarżanie Kościoła i wytykanie mu jakichkolwiek błędów jest mocno pozorne, bo tak naprawdę w wielu scenach i kwestiach wypowiadanych przez aktorów scenariusz broni katolików i ich religijności. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że film promuje zdrową, szczerą wiarę, co mi osobiście bardzo odpowiada.

philomena

    Cóż, zachęcam wszystkich do obejrzenia tego filmu, nie bez powodu przecież powstrzymywałam się od sypania spoilerami, na które miałam ochotę zdanie po zdaniu. Myślę, że warto zapoznać się ze sposobem bycia pani Filomeny, to naprawdę urocza, inspirująca postać. Dziś już kończę, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Kto wie, może znowu was zaskoczę jakąś ciekawą muzyką? Teraz już się żegnam i życzę wszystkim ciepłych, spokojnych świąt Wielkiejnocy.