Mam chęć na Quentina.

Przepraszam, miałam pisać trochę częściej. Tymczasem dopadło mnie przeziębienie i wszystko, na co mam teraz ochotę to spanie. Cóż, odliczałam minuty aż zrobi się ciemno i będę mogła położyć się do łóżka bez najmniejszych wyrzutów sumienia, a tu nagle wpadłam na pomysł zorganizowania sobie podkołderkowego seansu. Na razie wiem, że będzie Tarantino, ale nie zdecydowałam jeszcze czy puścić „Pulp Fiction” po raz n-ty, czy „Kill Bill” po raz drugi. Ooo, a może „Grindhouse”, na który ostatnio wszystkich próbuję namówić?

Co do „Ojca Chrzestnego”, obejrzałam drugą część następnego dnia, ale tak jak fani poczekali kilkanaście lat na trójkę, tak samo ja potrzebuję chwili oddechu. Muszę przyznać, że dwójeczka bardziej mi się podoba, zwłaszcza te sceny, które ukazywały wcześniejsze życie Vita Corleone. No i proszę was! Młody Robert DeNiro! Nie byłabym kobietą, gdybym nie uznała go za wisienkę na torcie.

Cóż, chyba zaraz włączę ten „Grindhouse” i wskakuję pod kołdrę. Oczywiście mówię o „Death Proof” z kaskaderem Mikiem. Kolejny świetny aktor poprzedniego pokolenia. Jednak nie wypada tak tylko wspomnieć o filmie i zakończyć wpis, prawda?grindhouseFilm „Grindhouse: Death Proof” to nie kino dla małych dziewczynek. Ten podzielony na dwie części thriller jest kwintesencją twórczości Quentina Tarantino, a to oznacza dużo krwi, wulgaryzmów i bezpruderyjności. W obu częściach tego filmu kilka dziewcząt próbuje się zabawić, jednak na ich drodze staje niejaki Kaskader Mike, który uwielbia prędkość i zabijanie. Tylko czy zawsze kobiety są bezbronne? Czy za każdym razem sztuczki Mike’a wyjdą mu na dobre? Przetoczy się sporo krwi zanim widz dostanie odpowiedź na te pytania.

Tu nie ma co pisać, tu trzeba oglądać. Dlatego dziękuję za przeczytanie dzisiejszego wpisu i wskakuję już pod tą moją kołderkę, bo pisząc wpis zjadłam już prawie całą kolację przygotowaną na seans. :) Do przeczytania następnym razem!

„This one made it personal.”

    Tydzień temu zaprezentowałam raczej ckliwy film, na pewno pełen wartości, ale dość nudny dla osób poszukujący wrażeń. Ostatnio obejrzałam tak porywający thriller, że nie mogę nawet znaleźć słów by jakoś zgrabnie zacząć dzisiejszy wpis. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że czytelnikom spodoba się tak samo jak mi, proponuję więc przejść do rzeczy. Zaczynamy rozmyślania nad „Połączeniem”. 1

     Film ten miał premierę ponad rok temu, ale nie pamiętam, żeby był jakoś szczególnie promowany. Scenarzystą „Połączenia” jest Richard D’Ovidio, a reżyserem Brad Anderson, autor m.in. filmu z 2005 roku pt.: „Mechanik”. Pierwszy pokaz filmu odbył się na Women’s International Film Festival w Regal South Beach 26 lutego 2013. Film okazał się sukcesem komercyjnym, zarobił prawie 60 milionów dolarów pomimo otrzymania mieszanych recenzji. Halle Berry, która grała główną rolę, była nominowana do nagrody Teen Choice Awards dla najlepszej aktorki w kategorii dramatów i najlepszej aktorki na festiwalu BET Awards.

2

    Halle Berry wciela się w postać Jordan Turner, telefonistki odbierającej połączenia alarmowe na numer 911. Na początku filmu odbiera połączenie z niejaką Leah Templeton, która zgłasza włamanie do jej domu. Połączenie to przez drobny błąd Jordan kończy się fatalnym niepowodzeniem. Następnie akcja zostaje przeniesiona do dnia około pół roku później. Jordan nie odbiera już połączeń ze względu na szczególne przeżycia sprzed kilku miesięcy. Zajmuje się wprowadzaniem nowych pracowników do świata, w którym kiedyś ona była jedną z lepszych. Jedna z nowicjuszek na oczach Jordan odbiera telefon, z którym wyraźnie sobie nie radzi, Jordan więc przejmuje słuchawkę. Okazuje się, że nastoletnia Casey została porwana i przerażona dzwoni z bagażnika samochodu. Jej telefon jednak jest na kartę, co uniemożliwia zlokalizowanie dziewczyny. Turner obiecuje sobie, że drugi raz nie popełni tego samego błędu. Nastolatka i telefonistka mają na swojej drodze sporo do przejścia, ale Jordan robi wszystko, by Casey przeżyła tę dramatyczną sytuację.

       Swój podziw zacznę od młodej Abigail Breslin, którą w tym filmie znamy jako Casey. Siedemnastoletnia wtedy dziewczyna świetnie poradziła sobie w tak trudnej roli. W niczym nie ustępowała aktorskiej weterance Halle Berry. Myślę, że tworzyły bardzo dobry duet, choć jest naprawdę niewiele scen, w których występują razem. Również Michael Eklund jest godny zauważenia w roli psychopatycznego oprawcy. Co najbardziej podobało mi się w „Połączeniu” to fakt, że akcja porwała moją uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy. Kiedy zostało ostatnie dziewięć minut filmu akcja została delikatnie „przyciszona”, a ja byłam pewna, że to już koniec, że zostały jakieś same końcowe sceny pokazujące, co wydarzyło się po całej sprawie. Nic takiego! Od tego filmu nie mogłam odwrócić oczu od samych początków do kompletnego końca. Myślę, że osoby spostrzegawcze dojrzą pewne sceny nieścisłości, których nie chcę wymieniać, aby nie psuć nikomu seansu. Są jednak drobne niedociągnięcia w scenariuszu. THE CALL

      Dzisiaj tak szybciutko. Jestem ostatnio kompletnie zablokowana twórczo i każde słowo wychodzi mi z ogromnym trudem. Nie wiem jakie są dalsze losy tego bloga. Naprawdę nie chcę go zawieszać, kończyć ani nic podobnego, ale nie wyobrażam sobie sytuacji w której musiałabym zmuszać się do pisania. Cóż, zostańmy na tym, że za tydzień jeszcze spróbuję. :) Dlatego zapraszam wszystkich serdecznie do komentowania, dajcie mi odrobinę motywacji. Miłego weekendu, moi drodzy.

A.P.

„The closer you look the less you’ll see.”

     Wracam po krótkiej przerwie, cała i zdrowa na szczęście. Tak jak obiecałam, przygotowałam na dziś wpis o całkiem przyjemnym filmie. Tym razem chciałam odbiec troszeczkę od tych napompowanych, przesadnie patetycznych dramatów, ale też starałam się unikać przekolorowanych komedii. Dlatego wybrałam film pierwotnie określony jako thriller, ale po obejrzeniu mogę śmiało stwierdzić, że ma on w sobie pewną lekką żartobliwość. Dodatkowo skusiła mnie obsada, a w niej m.in. legendarny Morgan Freeman, Jesse Eisenberg znany z  „Social Network”, czy Mélanie Laurent odkryta przeze mnie dzięki „Bękartom Wojny”. Przechodząc do rzeczy, dziś przedstawiam „Iluzję”.

      Reżyserem filmu jest Louis Leterrier, autor filmów „Transporter” i „Incredible Hulk”. Jego najnowsza praca, czyli „Iluzja” miała światową premierę 21 maja 2013, a polską nieco ponad miesiąc później. Ekipa zdobyła nagrodę People’s Choice w kategorii ulubiony thriller, a na gali Saturnów mogła cieszyć się dwoma nominacjami. Thriller zdobył mieszane recenzje, ale niewątpliwie okazał się sukcesem kasowym. Podobno nawet produkcja sequela „Iluzji” została oficjalnie potwierdzona.

       Kiedy film się zaczyna poznajemy czwórkę iluzjonistów i ich drobne sztuczki. J. Daniel Atlas jest ulicznym magikiem, a jego była asystentka, rudowłosa Henley Reeves występuje na scenie pokazując jak zakuta w łańcuchy potrafi uciec m.in. z akwariów. Jack Wilder to drobny kieszonkowiec specjalizujący się z imitowaniu głosów i otwieraniu zamkniętych drzwi, z kolei najstarszy z bohaterów – Merritt McKinney to mentalista, samozwańczy medium zajmujący się hipnozą. Cała czwórka otrzymuje zaproszenie do organizacji łączącej iluzjonistów zwanej Okiem. Jednak, aby do niej dołączyć muszą wykonać trzy przedstawienia globalnych rozmiarów. Po roku przygotowań główni bohaterowie nazwami Czwórką Jeźdźców rozpoczynają serię przekrętów, z którymi wiążą się ogromne sumy pieniędzy znikające z banków. Magiczne zagadki próbuje rozwiązać FBI i Interpol.

        Chciałoby się powiedzieć, że w filmie nie ma ani grama mało prawdopodobnych akcji typowych dla filmów o magii. Wszystko wydaje się z pozoru nie możliwe i sprawia wrażenie jednej wielkiej ściemy. Jednak każda ze sztuczek Czwórki Jeźdźców jest bardzo zręcznie wyjaśniona, mimo, że prawdziwy iluzjonista nie powinien zdradzać sekretu swojej magii. Jak już napisałam wcześniej, film jest naprawdę lekki, relaksujący i miejscami zabawny, choć przyznam, że jest też wyjątkowo intrygujący. Dodatkowo, mimo tego, że przez cały czas trwania filmu narzekałam tylko jakie to wszystko jest przewidywalne, zakończenie mnie odrobinę zaskoczyło. Podoba mi się to w jaki sposób iluzja została tu pokazana, wydaje mi się, że z odpowiednią ilością dystansu. Nie jest to uparte twierdzenie, że iluzja jest jedną wielką bzdurą, nie oglądamy też blisko stu dwudziestu minut uwielbienia magii i naiwnej wiary w nią. Kolejnym plusem „Iluzji” są ciekawie wykonane efekty specjalne, bo nie da się zaprzeczyć, że stanowią one spory procent całości. Znowu ekipa trafiła w punkt. Efekty nie są na miarę kolejnej części „Matrixa”, ale ich odpowiednia ilość i forma nadaje „Iluzji” odpowiedni klimat. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to sam scenariusz. Jego realizacja jak najbardziej mi pasuje, jednak jak na mój gust brakowało trochę scen pomiędzy występami Jeźdźców, cały film to praktycznie ich spektakle widziane jak w telewizji. Za to obsada to chyba największy plus tego filmu. Bardzo przyjemnie było patrzeć na pracę właściwie każdego z aktorów. Za bardzo się już rozpisałam, żeby wymienić każdego po kolei i opisać co mi się w ich grze podobało. A byłoby w czym przebierać! Oprócz osób które wymieniłam już we wstępie, w „Iluzji” wystąpili również Mark Ruffalo, Woody Harrelson, Dave Franco i Michael Caine. Jedynie Isla Fisher w roli Henley wydawała mi się troszeczkę przesłodzona, cała reszta jak najbardziej pasowała do swoich ról.

     Podsumowując, jak najbardziej polecam. „Iluzja” to kino dla zmęczonych wymuszonym humorem dzisiejszych komedii, dla tych, którzy na moment chcą uwierzyć w magię. Na dziś już wystarczy, ale serdecznie zapraszam za tydzień. Postaram się robić jak najmniej takich przerw jak tydzień temu. Miłego weekendu. :)

A.P.