„Łączyła ich nie tylko prawda; łączyła ich zbrodnia. Czyż nie popełniali wspólnie zbrodni?”

    Znajomi czytując mojego bloga radzą czasem, żebym wreszcie opisała coś z większą dozą krytyki. Racja, przyznaję się bez bicia, że bardziej zachwalam tutaj to, co mi się podoba niż recenzuję cokolwiek. Cóż, profesjonalną recenzentką (jeszcze) nie jestem, a to co piszę na pewno daleko odbiega od definicji recenzji. Dodatkowo wychodzę z założenia, że lepiej po raz kolejny zachwalić książkę lub płytę, która na to zasługuje, niż „marnować” czas na opisywanie czegoś, co mi się nie podoba. Dziś będzie podobnie. Na książkę, którą dziś przedstawiam nie znajduję ani jednego złego słowa. Jest to jedno z nowszych dzieł jednego z moich ulubionych autorów. Dziś recenzja będzie tak samo nudna i pełna zachwytów. Z przyjemnością przedstawiam Trucicielkę E.E Schmitta.

   Zacznę od przedstawienia autora. Éric-Emmanuel Schmitt to francuski filozof, autor powieści, dramatów, eseista. Najwięcej sławy przyniosła mu rola twórcy teatralnego. Po sukcesach pierwszych dwóch sztuk teatralnych porzucił stanowisko wykładowcy filozofii na Uniwersytecie w Savoir, i został pisarzem pełnoetatowym. Jego książki tłumaczone są na wiele języków, on sam przetłumaczył Wesele Figara na język francuski. W 2001 roku przyznano mu nagrodę Grand Prix du Théâtre de l’Académie Française, a w roku 2010 Nagrodę Goncourtów w kategorii opowiadania, właśnie za Trucicielkę. Książka, nawet bez samego czytania, wzbudza we mnie wiele sentymentu. Była prezentem od przyjaciółek na moje osiemnaste urodziny. Parę rzeczy się od tego czasu pozmieniało, zmieniłam się niewątpliwie sama ja, ale wystarczy, że zerknę na grzbiet książki błyszczący mi wśród innych na półce i od razu zanurzam się we wspomnieniach. Piękne, beztroskie czasy liceum. Wracając jednak do sedna. Cała nazwa brzmi bodajże „Trucicielka i inne historie o namiętnościach”, ale tego dowiedziałam się dopiero poszukując o niej informacji w internecie. Jak już było wcześniej wspomniane, książka ta to zbiór czterech opowiadań. Każde z nich połączone jest za pomocą motywu obsesji, walki z emocjami. Dodatkowo, w każdym z czterech opowiadań wspomniana jest święta Rita, która przede wszystkim jest patronką spraw trudnych i beznadziejnych, jest też opiekunką wielu dzieł charytatywnych i bractw m.in. bractwa pod jej wezwaniem w Krakowie. Poza tym jak widać, jest inspiracją do powstania niejednej książki czy filmu.

    Pierwsze opowiadanie to właśnie Trucicielka. Przedstawia ono historię starej kobiety posądzonej niegdyś o zamordowanie swoich mężów. Z powodu braku dowodów Marie Maurestier została uniewinniona i przez ponad dwadzieścia lat żyła spokojnie w małym francuskim miasteczku. Jej spokój nie był jednak typowy. Mieszkańcy miasteczka nie wierzyli w jej niewinność, dzieci się jej bały, dorośli unikali. W sklepie nie musiała stać w kolejce do kasy, i klienci i sprzedawcy chcieli jak najszybciej pozbyć się jej z najbliższego otoczenia. Marie mimo swojej czarnej sławy codziennie chodziła na nabożeństwa do miejscowej kaplicy. Kiedy pojawił się w niej nowy ksiądz, najpierw traktowała go jako zło konieczne, dziwiła się, jak tak młody mężczyzna poradzi sobie w roli proboszcza. Z biegiem czasu bawiła się nim, cieszyła się, że wystarczy w czasie spowiedzi wyjawić parę słów o otruwaniu zmarłych mężów, a w myślach młodego księdza istnieje tylko ona. Zakończenia zdradzać nie zamierzam, ale tu autor niesamowicie ujął emocje Marie, dziwnego rodzaju związek między starą morderczynią i młodym księdzem. Związek, który proboszcza powoli wyniszczał, a pani Maurestier dawał wielką radość i spełnienie niemal erotyczne. Tu święta Rita pojawia się, kiedy ksiądz Gabriel opowiada Marie żywoty świętych. Zwraca właśnie uwagę na patronkę spraw beznadziejnych prosząc Marie, aby wyjawiła policji prawdę o śmierci mężów. Drugie opowiadanie nosi tytuł Powrót. Na początku poznajemy Grega pracującego na statku towarowym. Czytając można wywnioskować, że jest on typową siłą roboczą, jakby był zaprogramowany by pracować. Wielka masa, bez emocji, nadziei, tęsknoty za rodziną. Na samym początku opowiadania Greg zostaje wezwany przed kapitana, który otrzymał telegram z tragiczną wiadomością. Córka Grega nie żyje. Mężczyzna nie reaguje. Zupełnie bez emocji pyta tylko, która córka, ma przecież cztery. Niestety taka informacja nie jest podana w telegramie. Bez zastanowienia wraca do pracy. Zanim dopłyną do portu musi minąć jeszcze parę godzin. Greg dopiero przez te długie godziny myśli o Kate, Grace, Joan i Betty. Wspomina, jak nieczułym był dla nich ojcem. Zastanawia się także, śmierć której z córek najmniej by go zabolała. Myśli też o swojej żonie, o tym jaki ból musi przeżywać, jak cierpi, a jego nie ma w pobliżu, żeby jej pomóc. Święta Rita również pojawia się w jego przemyśleniach, nie mogę jednak dokładniej wyjawić w jakiej postaci. To zdradzałoby za dużą część historii. Trzecia historia nosi tytuł Koncert Pamięci Anioła. Całość zaczyna się na obozie dla muzyków. Młody pianista o imieniu Chris starał się zaistnieć na koncercie i choć przez chwilę być lepszym niż zachwalany przez wszystkich skrzypek Axel. Chłopak próbował ze wszystkich sił, męczyło go i drażniło ogólne zainteresowanie młodszym o rok wirtuozem. Z kolei Axel wcale nie prosił o sławę. Robił to, co lubił robić – grał na skrzypcach, a przy okazji chciał dobrze bawić się na obozie. Po koncercie, na którym Axel popisał się jak zwykle wspaniałą, wirtuozerską grą nastąpił wyścig. Muzycy mieli ścigać się po różnych terenach, m.in. mieli za zadanie przepłynąć pewien trudny odcinek. Chris cieszył się, kiedy tuż przed metą udało mu się wyprzedzić Axla. Spokojnie płynął do brzegu kiedy zauważył, że jego kolega się topi. Nie pomógł mu, nie jest przecież tak naiwny. Wygrał wyścig i poszedł do swojego pokoju. Rano wyjechał do domu we Francji, wiedząc, że jakaś kobieta w Sydney oczekuje na powrót swojego syna. Męczony wyrzutami sumienia zmienił się. Chris po dwudziestu latach był zupełnie innym człowiekiem. Pomagał niepełnosprawnym, pracował w ośrodku dla trudnej młodzieży. W końcu spotkał się z tajemniczym, żądnym zemsty wytwórcą dewocjonaliów z wizerunkiem świętej Rity. Bohaterami ostatniej już historii Elizejska Miłość jest para prezydencka Francji. Catherine i Henri Morel w prasie są przedstawiani jako para idealna. Mają spory staż, poznali się jeszcze zanim Henri zajął się polityką. Kiedyś szalona, wyzwolona studentka na akademii sztuk pięknych, nonkorfomistka z zasadami, teraz skuta w kajdany tytułu jaki został jej przypisany z racji zawodu jej męża. Nie mogła pokazywać się publicznie w miejscach, które lubi, nie mogła nosić ubrań, które lubi. Była przecież pierwszą damą Francji. Po dwudziestu paru latach małżeństwa czuła się jak w klatce. Z wielką niechęcią do męża pomyślała o rozwodzie. Ale to tylko spowodowałoby wielki szum wokół jego osoby i mogło znacznie pomóc mu w wygraniu wyborów i przedłużeniu kadencji. Wcale nie zaszkodziłaby w ten sposób mężowi. Henriemu wcale też nie zależało na obecności żony. Od wielu lat ją zdradzał nie kryjąc tego szczególnie. Dlatego wyznała mu, że nie chce z nim żyć, ale nie zgodzi się na rozwód. Postanowiła uprzykrzać mu życie. Zaprzyjaźniła się z Charlesem, znanym paryskim antykwariuszem. Natychmiast zaczęły się plotki o ich rzekomym romansie. Potem zaczęły się dziwne wypadki takie jak uszkodzony hamulec w jej aucie. Okazało się, że Henri próbuje doprowadzić do jej śmierci. Potem jednak okazuje się, że Catherine jest poważnie chora. Kiedy przebywa w szpitalu Henri uświadamia sobie, że nie jest w stanie bez niej żyć, odradza się w nim uczucie do żony. Ta jednak po wielu zamachach na jej życie nie wierzy wcale w uczucia męża. Na jaw wychodzi diagnoza, Catherine jest świadoma swojego ciężkiego stanu, wie, że niedługo może umrzeć dając Henriemu wolność, której jej zdaniem mąż tak bardzo chce uzyskać. Przebywając w Domu Rity, specjalistycznej placówce medycznej, postanawia napisać książkę, w której ma zamiar opisać wszystkie, najbardziej upokarzające i zaskakujące wspomnienia po dwudziestuparu latach życia z prezydentem Morelem.

     Ale Schmitta okazuje się czytywałam już jako młoda nastolatka. Kiedy byłam w podstawówce lub w gimnazjum, hitem wśród wszystkich dziewczynek była powieść Oskar i Pani Róża. Już wtedy pan Schmitt zauroczył mnie kompletnie. To nie była książka fajna, jak inne w tamtych czasach wydawały mi się być. Była przejmująca i już wtedy wiedziałam, że muszę odnaleźć jej „siostry” i przeczytać zapewne od deski do deski w jeden wieczór. W twórczości Schmitta często powracają najważniejsze tematy egzystencjalne: sens istnienia, miłość, tęsknota, pragnienie. Jednak w tym, co pisze pan Eric zawsze czuć swojego rodzaju ciepło, nadzieję, pogodę ducha, bez względu na to, jak trudny jest temat wypowiedzi. Nie mogłam tego rozgryźć. Facet pisze o trucicielce uwodzącej proboszcza wyznaniem o morderstwach, jakim cudem mogę wyczuwać w tym jakiekolwiek ciepło? Wszystko wyjaśniło się po obejrzeniu paru wywiadów z autorem, czy chociażby poszukiwaniu jego zdjęć. To bardzo sympatyczny, zawsze uśmiechnięty człowiek. Być może jest to jedna z tajemnic jego wielkiej popularności. Schmitta polecam więc zawsze, na każdy humor, na każdą porę dnia i nocy. Dzisiaj kończę, po raz kolejny z wielkim problemem na co zdecydować się na za tydzień. Miło mi, że pojawiły się propozycje. Wszystko okaże się za tydzień.

Życzę miłego weekendu i pozdrawiam. :)