„Zawsze odnajdziesz mnie w swoich słowach, w nich właśnie żyję.”

     Czasami życie stawia nad przed sytuacjami, w których ciężko jest nam się odnaleźć. Nie można go jednak przewinąć jak filmu. Nie można żadnym sposobem, jak przy czytaniu książek, zerknąć na ostatnią stronę, by upewnić się, że wszystko skończy się dobrze. Życie to nie muzyka, którą umiemy, ot tak, wyłączyć. Czasem żałuję, że w życiu nie pojawia się napis „dwa lata później”, po którym oglądamy już tylko to, co jest piękne. Ostatnio oglądałam film, do którego na początku ciężko było mi się przekonać. Jednak film ten, „Złodziejka książek”, uświadomił mi, że warto przeżyć nawet to, co trudne, żeby mieć większą satysfakcję tego, co piękne. Trzeba przeżyć każdą sekundę, przecierpieć każdą boleść i rozkochać się w każdej przyjemności – tylko wtedy życie ma sens.

     Jak wiele filmów w obecnych czasach, tak i ten został oparty na książce. Zdjęcia do niego zaczęto kręcić wraz z początkiem marca 2013 w niemieckim Babelsberg Studio, premierę planując na bieżący rok. Prace szły dobrze, film wybiegał ponad terminarz, a pierwszy zwiastun opublikowano w sierpniu ubiegłego roku. W końcu film „Złodziejka książek” jako dzieło reżysera Briana Percivala, scenarzysty Michaela Petroniego, kompozytora Johna Williamsa i wielu innych, wszedł do światowych kin 3 października 2013, a do polskich – 31 stycznia 2014. Choć krytykowany przez część recenzentów, film zapewnił ekipie kilka nagród. Głównie młodej aktorce Sophie Nélisse, która wygrała na galach Satellite Awards, Hollywood Film Awards i Phoenix Film Critics Society. Poza nią wielu aktorów było nominowanych do nagród m.in. Geoffrey Rush do nagrody dla najlepszego aktora drugoplanowego na AACTA International Awards.

     Fabułę filmu jest dość trudno określić. „Złodziejka książek” przedstawia kilka lat z życia młodej niemki Liesel Meminger. Kiedy opuszcza ją matka, dziewczynka trafia do rodziny zastępczej –  bezdzietnego małżeństwa Hubermannów, którzy mieszkają w miasteczku wypełnionym nazistowską brutalnością. Jedną z największych trosk dziewczynki jest to, że nie potrafi czytać. Przybrana matka trzyma ją na dystans, lecz z ojczymem Liesel od początku dobrze się dogaduje. Hans uczy ją nowych słów i wzbudza zainteresowanie książkami. Mała niemka zaprzyjaźnia się z synem sąsiadów – Rudym. Dalej film przedstawia też tytułowe kradzieże książek od burmistrza przez Liesel oraz to, jak Hubermannowie ukrywają Żyda o imieniu Max.

     Jak już wspomniałam, nie wszyscy recenzenci wypowiadają się ciepło o tym filmie. Muszę przyznać, że dokładnie rozumiem dlaczego. Mimo, że mi się podobał i skali 1-10 dałam mu mocne 7, nie da się ukryć, że „Złodziejka książek” dłuży się przeokrutnie i jak drugą połowę pochłonęłam zaciekawiona, tak samo z pierwszą męczyłam się przerywając chyba ze trzy razy. Poza tym, sam pomysł nakręcenia tego filmu nie jest szczególnie dobry. Jest przecież naprawdę dużo dramatów z dzieckiem w roli głównej osadzonych w czasach drugiej wojny światowej. Tak naprawdę, jakiego problemu nie umieścić w tych czasach będzie on naprawdę przytłaczający i dramatyczny. Dlatego nie wiem, co musiałoby się w takim filmie dziać, aby był on szczególnie pomysłowy, czy wyjątkowy. Skoro już jestem przy znaczących minusach, muszę wspomnieć o dominującym i niesamowicie irytującym języku „niemgielskim”. Może tylko ja to tak odczuwam, ale mówienie słów angielskich i niemieckich na zmianę jest po pierwsze mało przekonujące, po drugie niezwykle mocno wtłaczające w głowę widza słówko (polskie tym razem) „niedbalstwo”. Możliwe, że powodem dłużącego się seansu jest wielowątkowość „Złodziejki książek”. Może gdyby film opowiadał po prostu o tym, jak Liesel kradła te książki, całość oglądałoby się lepiej. Tymczasem, ten motyw został poruszony przez skromne kilka minut, całą resztę zajmują pozostałe wątki – równie ciekawe, ale chyba już na inny film. Ale cóż, w każdym filmie o czasach nazizmu musi być rodzinka ukrywająca Żyda, tudzież kilku. Jednak ekranizacja powieści Markusa Zusaka ma też swoje plusy. Choć trochę ciężko je dostrzec, należy je podkreślić. Wśród nich klasyfikuje się przepiękna głębia kolorów i cudowne kostiumy. Liesel nawet ubrudzona błotem po szyję wygląda naprawdę pięknie. Do niezaprzeczalnych zalet filmu należą muzyka i wiele ujęć, które razem tworzą obraz przypominający sceny z melodramatów z klasyki kina. Jeszcze pokrótce opiszę grę aktorską, choć widzę, że ta recenzja do najkrótszych nie będzie należeć. Sophie Nélisse w roli Liesel Meminger jest niesamowita. Naprawdę, nie mogę się doczekać aż  ta czternastoletnia kanadyjka podrośnie i zacznie grać w kolejnych filmach. Mam tylko nadzieję, że ta śliczna, młoda dziewczynka nie zniknie z kina i nie rozpuści jej sława. Rosa Hubermann nie mogła być lepiej ukazana niż przez Emily Watson. Ta silna, zdystansowana postać świetnie pasowała do twarzy aktorki. No i na końcu śmierć. Śmierć, czyli narrator filmu, któremu głosu użyczył Roger Allam. Narracja zwykle irytuje mnie w filmach, brzmi trochę zbyt patetycznie. Tu jednak głos śmierci był tak subtelny i miękki, że zdobył moje zainteresowanie.

   Na dziś już wystarczy. Zapraszam do obejrzenia filmu, wołam też o cierpliwość, niekiedy pewne sprawy potrzebują czasu. Mam nadzieję, że czytelnikom podoba się nowa odsłona cup-of-art, zarówno tematyka jak i kolorystyka. Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy dotarli aż do końca i życzę miłego weekendu. :)

A.P.